Andrzej Zawistowski, historyk, pracownik Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej SGH. / Materiały prasowe / fot. Darek Golik.

Czy IPN jest jeszcze do czegoś potrzebny?

Nie tylko potrzebny, ale wręcz niezbędny. Bez instytucji tego typu nie jest możliwe prowadzenie skutecznej polityki historycznej lub jak mówią inni – polityki pamięci. Nie wspominając o tym, że IPN to wymagające stałej opieki archiwa: blisko 100 km bieżących akt, które należy konserwować, opracowywać i udostępniać. To także poszukiwania nieznanych miejsc pochówków ofiar totalitaryzmów, to opieka nad miejscami pamięci narodowej. Co więcej – mało kto wie, że po raz pierwszy nazwa Instytut Pamięci Narodowej pojawiła się w kręgach rządu RP na uchodźstwie w czasie II wojny. W kraju instytut działał w pierwszych latach powojennych – ten IPN zlikwidowali komuniści w 1948 r.
A po co uprawiać politykę historyczną?
Słowo „polityka” bardzo często kojarzy nam się pejoratywnie, a przecież z definicji to działanie na rzecz dobra wspólnego. A skoro tak, to istnieje potrzeba jej uprawiania również w tym obszarze. Polityka historyczna powinna służyć temu, aby historia jednoczyła obywateli – zarówno poprzez odwoływanie się do wspólnych wartości i sukcesów, jak i wyciąganie wniosków z błędów i porażek. Polityka historyczna potrzebna jest państwu tak, jak każda inna – naukowa czy edukacyjna. Bo historia – czy tego chcemy, czy nie – jest elementem bieżącej polityki. Spójrzmy na wspólne zdjęcie prezydenta Francji François Mitterranda i kanclerza RFN Helmuta Kohla nad grobami poległych w I wojnie światowej. Znajdziemy je w każdym francuskim i niemieckim podręczniku – zarówno tym sprzed lat, jak i współczesnym; nie zniknie też z książek w przyszłości. A wykonanie gestu widocznego na zdjęciu było właśnie polityką historyczną. Czy przyniosło pożytek obu krajom? Jestem przekonany, że tak.
Wróćmy do IPN. Wspomniał pan o tym, że pod jego opieką są archiwa. Zwolennicy pomysłu likwidacji instytutu chcą je przenieść do Archiwów Państwowych. To ma sens?
Każdy może sprawdzić, jak w pandemii działają Archiwa Państwowe i archiwum IPN. Jak długo czeka się dziś na miejsce w Archiwum Akt Nowych? Ja ostatnio prawie dwa miesiące. W instytucie materiały otrzymuje się dużo szybciej. Co więc stałoby się, gdyby Archiwum Akt Nowych przejęło ludzi i nowe obowiązki? Wszystko zaczęłoby działać lepiej? Uczestnikom trwającej od lat dyskusji o instytucie zadałbym jeszcze jedno pytanie: czy operacja przekształcania archiwum IPN w jednostkę podległą Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych nie jest podejmowana tylko po to, aby zniknęła z przestrzeni publicznej nazwa instytutu? Bo mam wrażenie, że głównie o to chodzi. Bardzo często wygląda to na walkę nie z tym, co robi instytut, ale właśnie z jego nazwą. Paradoksalnie mam wrażenie, że w 2016 r. tego rodzaju motywacją powodowane było ujęte w nowelizacji ustawy o IPN rozbicie Biura Edukacji Publicznej. Jeden z posłów partii rządzącej powiedział mi wtedy, że nazwa BEP drażniła, bo była to instytucja, na którą politycy mieli niewielki wpływ. Być może z nazwą IPN jest podobnie?
Co się nie podoba w nazwie Instytutu Pamięci Narodowej?
Mam poczucie, że nie wszyscy krytycy orientują się, czym IPN się w ogóle zajmuje. Dla jego przeciwników, których część argumentów nawet rozumiem, choć nie podzielam, likwidacja jest populistycznym wytrychem. Pamiętam debatę w Sejmie nad wnioskiem SLD w sprawie likwidacji IPN. Jeden z posłów Ruchu Palikota najpierw zapytał, dlaczego instytut nie zajmuje się tematami dotyczącymi Śląska, a następnie dlaczego przypomina postać Wojciecha Korfantego. Po czym opuścił salę, nawet nie wysłuchał odpowiedzi prezesa instytutu. Nie chodzi więc o to, aby ów fragment polskiej administracji państwowej uczynić lepszym, ale by w niego ślepo uderzać. Istnieje seria wydawnicza prowadzona przez ludzi związanych ideowo z lewicą – „Historia bez IPN”. Rozumiem inne spojrzenie na przeszłość, ale nie da się napisać historii Polski bez akt zgromadzonych w instytucie – i mam tu na myśli nie tylko historię PRL, ale też czasów wojny, a częściowo też okresu przedwojennego.
Profesor Sławomir Nowinowski 10 lat temu pisał w „Gazecie Wyborczej”, że fraza „historyk IPN” stała się synonimem złego, niekompetentnego badacza, z którym się nie współpracuje.
Gdy prof. Nowinowski pisał te słowa, w IPN pracowali m.in. Antoni Dudek, Jerzy Eisler, Łukasz Kamiński, Krzysztof Kawalec, Włodzimierz Suleja, Jan Żaryn i wielu innych. Czy ktoś – nawet krytyk – nazwałby ich niekompetentnymi? Przeczytałem kiedyś, że od 2017 r. „Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku przejęła ekipa z IPN”. To miało oznaczać, że niezależnych historyków zastąpili funkcjonariusze wychowani w państwowej instytucji. Tylko że wcześniej to inna „ekipa wywodząca się z IPN” stworzyła tę placówkę. Kiedy kreowano negatywny obraz pracowników instytutu, mówiłem o nagrodach, jakie otrzymywali pracownicy instytutu. Ich książki są nagradzane zarówno w konkursach współorganizowanych przez IPN, jak i zewnętrznych, przeprowadzanych przez środowiska, których nie kojarzymy z obroną tej instytucji. Oczywiście zmiany personalne przeprowadzone w IPN przez Jarosława Szarka mocno zachwiały dość pluralistycznym poglądowo środowiskiem historyków z IPN. Uważam jednak, że – nawiązując do historii biblijnej – wciąż jest tam duże grono sprawiedliwych, z uwagi na których IPN nie powinien być zniszczony.
Wydana przez IPN biografia „Komunista na peryferiach władzy. Historia Leonarda Borkowicza 1912–1989” wygrała w tym roku konkurs „Polityki” w kategorii monografii.
Były inne nagrody, a na ścianie w BEP wisiały wszystkie dyplomy. Działalność wydawnicza pokazywała siłę merytoryczną IPN i w części definiowała jego misję. I to jest coś, czego najbardziej żałuję, kiedy podsumowuję zakończoną tydzień temu kadencję Jarosława Szarka. Będąc dyrektorem Biura Edukacji Publicznej, przygotowałem regulacje prawne, według których każda książka wydana przez IPN po dwóch latach miała trafiać w formie elektronicznej do biblioteki cyfrowej w nieistniejącym już portalu Pamięć.pl. Stamtąd bezpłatnie można byłoby ją pobrać. W ten sposób zasięg polskiej literatury historycznej zwielokrotniałby się, tą drogą rozchodziłyby się niszowe monografie – potrzebne, ale niekoniecznie w formie wydawanych w tysiącach egzemplarzy tomów. Po 2016 r. projekt ten ograniczono. I pośród wielu innych, w mojej ocenie, to najpoważniejsze zaniechanie ostatnich lat: instytut nie dostrzegł, że jego rolą jest upowszechnianie wiedzy nie tyle wśród przekonanych, ile wśród wątpiących. Działania kierowano więc tam, gdzie chętnie je przyjmowano, często bezkrytycznie. A gdzie merytoryczne spory? Nie dziwne więc, że w pozostałych środowiskach IPN kojarzy się z wybrykami jego pracowników i w mojej ocenie całkowicie niekompetentnym prezesem Szarkiem.
Powiedział pan, że rozumie niektóre z argumentów zwolenników likwidacji IPN. Które?
Inaczej: rozumiem, skąd się biorą, co nie oznacza, że je podzielam. Bo jeżeli historyk z IPN bardziej znany jest z dywagacji o wpływie koloru skóry na liczbę strzelonych bramek w piłkarskim meczu, a nie ze swoich prac naukowych, to rozumiem, że ktoś spoza środowiska może patrzeć właśnie przez ten pryzmat na wszystkich pracowników instytutu. A przecież osób pracujących w samym pionie naukowym jest chyba teraz kilkaset. Kolejna duża grupa historyków zatrudniona jest w archiwum, a wśród nich są autorzy znakomitych prac, bez których nie da się dzisiaj napisać monografii powojennej Polski. Jeszcze inni pracują w pionie prokuratorskim i zajmującym się poszukiwaniem nieznanych miejsc pochówków ofiar totalitaryzmów. Można odwoływać się do ich ustaleń krytycznie lub afirmatywnie, ale nie sposób ich pominąć. Widzę też, jak nośna jest krążąca od 10 lat plotka, że budżet IPN jest wielokrotnie większy niż PAN. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że oba budżety są inaczej skonstruowane, a przywoływana kwota dotyczy jedynie centrali PAN.
Może więc należy wyprowadzić z instytutu pion prokuratorski?
Można mieć sporo zastrzeżeń co do jego działalności, ale pamiętajmy o sukcesach. Niezwykle rzetelne śledztwo dotyczące zbrodni w Jedwabnem czy doprowadzenie do prawomocnego skazania Czesława Kiszczaka. Moim zdaniem problem leży gdzieś indziej: pion prokuratorski praktycznie nie podlega prezesowi instytutu. Nie ma współdziałania. Prokuratorzy IPN mają nawet własnych historyków.
Co to znaczy?
Są stanowiska badaczy pracujących wyłącznie dla prokuratorów. Pamiętam, że kiedy powstawał IPN, pomysł był inny: prokuratorzy mieli sięgać do zasobów osobowych pionu naukowego. Tymczasem pion prokuratorski stał się autonomiczny. Dodatkowym problemem jest komunikacja między nim a pozostałymi pionami. Widząc to, jednocześnie nie wiem, jak temu zaradzić, aby prokuratorzy pozostali w IPN. Być może jednak powinien on zostać wyłączony z instytutu? Zapominamy też często, że w IPN jest jeszcze jeden pion zajmujący się swego rodzaju „ściganiem” – to pion lustracyjny. Jestem przekonany, że stopniowo powinien on kończyć swoją działalność.
Inne problemy?
Widzę zgliszcza polityki edukacyjnej, za które w mojej ocenie odpowiedzialny jest Jarosław Szarek. Kiedy zostawał prezesem, ostrzegałem, że to człowiek, który nie powinien zarządzać tego typu instytucją, bo nie potrafi tego robić ani nie ma ku temu predyspozycji. Pracował w pionie, którym kierowałem. I w mojej ocenie był jednym z jego najsłabszych pracowników. Nie chodzi mi o wiedzę merytoryczną, ale umiejętności organizacyjne. To dlatego przez 16 lat pracy nikt – nawet przychylne mu środowisko krakowskie – nie powierzył mu żadnej funkcji kierowniczej w IPN. W chwili kiedy zostawał szefem instytucji zatrudniającej ponad 2 tys. pracowników i dysponującej kilkusetmilionowym budżetem, brakowało mu doświadczenia. Czym się zajmował, zamiast je zdobywać? Jak sam mówił: „walczył z zawistowszczyzną w IPN”. Nie do końca wiem, jak definiował ten termin – choć mogę się domyślać. W 2016 r. z rocznego sprawozdania IPN zniknęły informacje dotyczące mojej pracy jako dyrektora BEP. W 2019 r. w trakcie trwania konkursu „Książka Historyczna Roku” IPN zlikwidował dwie kategorie – w jednej z nich w głosowaniu czytelników prowadziła moja książka. Czy to była walka z „zawistowszczyzną”? Być może. Mam wrażenie, że z powodów ideologicznych zamknięte zostały bardzo ważne ogólnopolskie projekty edukacyjne, np. „Opowiem Ci o wolnej Polsce”, jednoczące prace IPN na poziomie centralnym i lokalnym. Dziś instytut stał się zbiorem wolnych elektronów w postaci oddziałów. Przez lata staraliśmy się budować atmosferę wspólnej pracy. I to też zniszczono. Dokonano takich zmian – proszę bardzo, ale trzeba za nie ponieść odpowiedzialność. Myślę, że politycy, którzy stali za nominacją byłego już prezesa, zdają sobie sprawę z błędów popełnionych w tym obszarze polityki historycznej. Zakończoną kadencję mogę tylko porównać do inicjatywy ustawiania w 2018 r. „ławeczek niepodległości”. Coś, co miało łączyć Polaków wokół radosnej rocznicy stulecia niepodległości, jest dzisiaj dość kuriozalnym pomnikiem częściowej porażki tych obchodów. Jarosław Szarek był dla IPN właśnie taką „ławeczką niepodległości”. Taka jest moja ocena.
Jak ocenia pan nowego szefa IPN? Karol Nawrocki został mianowany przez ministrów Piotra Glińskiego i Jarosława Sellina dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, po tym jak pozbyli się prof. Pawła Machcewicza. Po czym wprowadził kilkanaście zmian w wystawie stałej, chciał też pozywać prof. Grzegorza Motykę za krytykę.
W czasie gdy kierowałem BEP IPN, dr Karol Nawrocki był moim współpracownikiem. Wiem o jego ostrych sporach z historykami, których bardzo cenię. Odpowiadając na pytanie, mogę się odnieść wyłącznie do okresu naszej współpracy w IPN: zawsze była merytoryczna. To historyk, który ma skrystalizowane poglądy i różnimy się w wielu kwestiach. Ale posiada szeroką wiedzę, swego rodzaju charyzmę uławiającą kierowanie zespołami oraz jest pracowity i doświadczony. Ma na swoim koncie kilka spektakularnych sukcesów, jak doprowadzenie do odnalezienia szczątków żołnierzy, którzy bronili Westerplatte. Nie wiem, jak poradzi sobie z problemami IPN, bo musi zacząć od podstaw, a więc odbudować zespoły pracownicze. Wziął na siebie dużą odpowiedzialność.
Jarosława Szarka i Karola Nawrockiego wybrało to samo kolegium. Oba wybory uznawane są za polityczne.
Można porównać nagrania z przesłuchań kandydatów na prezesa IPN przez kolegium z 2016 r. i 2021 r. Trudno nie uznać, że w tym roku do konkursu stanął lepszy lub równie dobry kandydat. Z kolei pięć lat temu nie można było tego samego powiedzieć o Jarosławie Szarku. Jego prezentacja była dramatycznie słaba. Zwróćmy uwagę na mowę ciała członków kolegium podczas przesłuchania: jeden schował twarz w dłoniach, inny błądził wzrokiem po suficie. A później w głosowaniu wszyscy na niego zagłosowali. Przyznam, że w kilku przypadkach było to dla mnie zaskoczenie. Więc za to, co stało się z IPN nie jest odpowiedzialny tylko Szarek, ale również kolegium. Dziś może jest bardziej doświadczone i z większą świadomością tego, co robi.
Ale wybrane po nowelizacji ustawy o IPN w 2016 r. kolegium reprezentuje wyłącznie jedną opcję polityczną.
Zgadza się. I nigdy wcześniej tak nie było, również w czasach, kiedy zamiast kolegium funkcjonowała rada. Zresztą nowelizacja była też rozprawą z ówczesnym IPN. Rządzący chcieli upokorzyć dotychczasowego prezesa Łukasza Kamińskiego, skracając mu pięcioletnią kadencję o 12 dni, jednocześnie przyznając status pełniącego obowiązki prezesa IPN. Nie chodziło więc o odsunięcie go od instytutu, ale o to, by w jego biogramie znalazła się informacja, że był tym prezesem, którego kadencja została wygaszona. Wtedy też zlikwidowano Biuro Edukacji Publicznej. Rozdzielono edukację od nauki, co było kolosalnym błędem, bo naukowcy powinni współpracować z edukatorami, by wiedzieć, jak zrozumiałym dla każdego językiem opisywać chociażby opresyjność systemu komunistycznego. Chichot historii polega na tym, że coś takiego wydarzyło się w IPN: w czasach stalinowskich, aby historyków oderwać od nauczania akademickiego, wyciągnięto ich do stworzonego właśnie Instytutu Historycznego Polskiej Akademii Nauk. O ile pion naukowy się broni – IPN jest w tym obszarze bardzo mocny, to jeśli chodzi o edukację, w mojej ocenie jest ona cieniem dawnych osiągnięć. Dziś na poziomie centrali w BEP nie ma nikogo, kogo mógłbym polecić do poprowadzenia zajęć w szkołach. I nie chodzi mi o ocenę merytoryczną, ale po prostu dzisiaj jest to zbiór anonimowych urzędników działających wśród wąskiej grupy stałych odbiorców.
Andrzej Krajewski, który pracował we wrocławskim oddziale, podał w DGP inny przykład zapaści BEP: kiedyś światowe media zachwycały się grami planszowymi IPN. Dziś uwagę międzynarodowej opinii publicznej przyciągają katastrofy wizerunkowe instytutu.
Docierały do mnie sygnały z uczelni w USA i Korei, że wykorzystywano tam „Kolejkę” podczas zajęć. To była najbardziej popularna rodzima gra planszowa od czasów powstałej w 1943 r. „Hodowli zwierzątek”. Nikogo z pierwszej ekipy, która tworzyła te najbardziej znane planszówki, nie ma już w IPN. Ale to, co się stało, jest niczym innym jak wypełnieniem przez Jarosława Szarka woli Ryszarda Terleckiego, który w 2016 r. pisał: „IPN coraz częściej redukował historię PRL do śmiesznej egzotyki: saturatory, bary mleczne, zawodowi kolejkowicze, zakładowe wczasy”. A „Kolejka” nie opowiadała o egzotyce, ale o mechanizmie gospodarki niedoboru. Oprócz tej gry powstała cała masa innych. Dla mnie szczególnie ważna była gra „Znaj znak”.
Świetna. Grałam na studiach z pracownikami IPN.
Właśnie – na studiach. „Kolejka” była sukcesem medialnym i rynkowym, „Znaj znak” – edukacyjnym. Zgodzę się z tym, że rządzący mają prawo kształtować politykę historyczną, ale muszą liczyć się z porażką i ponosić jej konsekwencje. Trudno mi podać więcej niż kilka przykładów na to, co się IPN w ostatnich latach udało.
Proszę spróbować podać chociaż jeden.
Kampania edukacyjna o „operacji polskiej” NKWD, która nie istnieje w powszechnej świadomości. Nie uczono o niej w szkole: instytut ma więc za zadanie także edukację po edukacji, a więc docieranie do dorosłych, i to też jest polityka historyczna. To się udało. Ale to jeden sukces, a ja mogę dalej mnożyć przykłady tego, co zepsuto: wypaczono mój pomysł na zagraniczne filie Przystanku Historia (centrum edukacyjne IPN – red.) i nie powstał skansen pomników, a były już wstępne porozumienia z władzami Bornego Sulinowa, miasto chciało udostępnić teren na takie działania.
Skansen pomników?
Tak, miejsce, do którego trafiałyby demontowane pomniki komunistyczne. Nie komercyjny park rozrywki, ale skansen obudowany naukowo i edukacyjnie. Po moim odejściu z IPN zrezygnowano z pomysłu stworzenia tego w Bornem, wskazano lokalizację w pobliskim Podborsku. Moim zdaniem chybioną – punkt oddalony jest od przelotowych dróg, z fatalnym dojazdem kilkukilometrową drogą przez las, położony tuż obok funkcjonującego więzienia. Byłem tam w zeszłym roku, nic się nie dzieje. A przecież na potrzebę tego skansenu odnaleźliśmy nawet warszawski pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, choć wszyscy mówili, że się rozpadł w 1989 r. Skoro instytut odpuścił, skorzystało Muzeum Historii Polski, gdzie będzie jednym z eksponatów. Przecież skansen pomników byłby świetnym miejscem na wycieczkę, służyłby edukacji.
Czy IPN przetrwa?
Kiedyś do polskiego IPN przyjeżdżali uczyć się historycy z innych krajów. Byliśmy pionierami nowoczesnego podejścia do historii. O IPN mówiono, że jest najbardziej udaną instytucją III RP. Oczywiście pojawiały się błędy, problemy, kłopoty. Jednak oprócz mającej sentyment do PRL lewicy, nikt nie podważał pracy naukowej oraz edukacyjnej IPN. Dziś jest inaczej. Jednak instytut wciąż ma szansę na odbudowanie swojej pozycji, ale musi wrócić do swoich źródeł. Mam nadzieję, że zanim zapadnie nieodpowiedzialna decyzja o jego likwidacji, politycy to dobrze przemyślą i przede wszystkim zapoznają się z działalnością instytutu. To jego rolą jest rzetelna polityka historyczna w interesie Polski i jej obywateli. Bo jeżeli nie zrobi tego IPN, to co go zastąpi?
Andrzej Zawistowski, do 2017 r. pracownik IPN – w tym m.in. naczelnik Wydziału Edukacji Historycznej (2008–2011), wicedyrektor (2011–2012), a następnie dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN (2012–2016). Historyk, pracownik Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej SGH