Obydwa loty były starannie wyreżyserowanymi wydarzeniami marketingowymi: od przesłania, jakie Branson wygłosił podczas swojego lotu, aż do „konferencji” Bezosa (media mogły zadać tylko trzy pytania) po powrocie na Ziemię, podczas której miliarder zdjął z szyi łańcuszek, zszedł ze sceny i założył go matce. Krótko mówiąc, dużo uśmiechów, dużo wzniosłych słów i ładnych ujęć.
Owszem, wożenie ludzi w kosmos – nawet na kilka minut – jest osiągnięciem, którego nie sposób nie docenić. W końcu Bransonowi dotarcie do tego punktu zajęło półtorej dekady, zaś Bezosowi – prawie dwie. Na tym jednak nie kończy się podróż żadnego z panów, a tym bardziej prywatnego sektora kosmicznego. Virgin Galactic – to pod tym banerem będą latać na suborbitalne loty turyści, którzy zdecydują się kupić bilet od Bransona – ma spółkę siostrę, Virgin Orbital, która chce zarabiać na wynoszeniu satelitów. Podobnie dla Blue Origin, firmy Bezosa, pokazywanie ludziom Ziemi z nieco innej perspektywy jest tylko etapem na drodze do realizacji większego planu.