Świat nie jest symetryczny (czasem po prostu taki bywa) i nie ma powodu myśleć, że akurat świat naszej polityki kieruje się nieistniejącą regułą. Oczywiście czasem zdarzy się, że jedni bredzą tak jak drudzy, co nie oznacza, że każdy pisowski Obajtek ma antypisowskiego anty-Obajtka, a każda Pawłowicz ma Niesiołowskiego. Krystyna Pawłowicz faktycznie jawi się jako odbicie Stefana Niesiołowskiego, a przecież symetrii nie ma, skoro PO nie pchnęło pana Stefana do Trybunału Konstytucyjnego.
Nawyk symetryzmu, w gruncie rzeczy nawyk uciekania od zajęcia stanowiska, trzeba tępić. Przypomina on pobekiwania licznych zachodnich intelektualistów, którzy przyznając, że w ZSRR nie wszystko jest dobre, szybko dodawali, „ale w USA…”. Błąd nie tkwił w tym, że dostrzegali ciemne strony amerykańskiego imperializmu, lecz w tym, że dostrzegali je po coś. A po to, by nie za bardzo krytykować Sowietów i wyrabiać sobie markę niezależnych i krytycznych. Zatykali sobie zatem uszy na jęki zniewolonych ludów, uznając, że selektywna głuchota nie jest wysoką ceną za własne poczucie niezależności intelektualnej. Cholerne bałwany!
Emocjonalna komplikacja zaczyna się w chwili, w której dostrzeżemy, że stadne wołanie: „Zdrajcy! Swołocze!”, pod adresem tylko jednej strony sporu jest niczym innym, jak też bałwanieniem. Należy widzieć całe zło wyczyniane przez obecną władzę (a jak zrobi coś dobrego, widzieć i to). I nie należy zamykać oczu na nepotyzm, promowanie średniaków i prostackie horyzonty jakże wielu przeciwników tej władzy. Chociażby po to, aby kiedy wreszcie Gowin położy kładkę między obozem zjednoczonej prawicy a obozem opozycji, nie otrzymać w prezencie mieszaniny najgorszych cech prawicy, centrum i lewicy.