Reklama
Napisana jest na pewno znacznie ciekawiej niż debiutancki (i też zaangażowany) „Farciarz”, sprawniej niż demaskatorska „Dolina nicości” Bronisława Wildsteina, a prawie tak fajnie, jak szydercza „Ale z naszymi umarłymi” Jacka Dehnela. Dehnel z wyczuwalną przyjemnością walił w mitologię nienawistnego mu prawicowego podwórka. Wildstein z zapałem demaskował wrogów. Horubała, jakby zwariował, bo demaskuje przyjaciół i szydzi z bajek własnego środowiska: „Smoleńsk”, „mąż stanu Lech Kaczyński”, „nowe elity”. Już sam tytuł przynależy do rodziny tych, by tak rzec, czerskich, a nie nowogrodzkich. A to przecież nasz prawicowy Andrzej tak napisał, ten od „Brulionu”, „Pampersów” i „Do Rzeczy”. Ten, który porzucił „Do Rzeczy”, kiedy zablokowano mu próbę krytyki Ziemkiewicza za rzucone z gracją „parchy”. Jeden podnosił poziom pisma, drugi podnosił poziom sprzedaży, o czym tu mówić.
Powieściowy „Andrzej” właśnie wywala się z „Do Rzeczy”. „Andrzej”, neurotyczny i ciężki do wytrzymania katolik w płaszczu ekshibicjonisty, dokonuje autodekapitacji, ale nic a nic ze swojej prawicowości zgubić nie chce. Nie będzie drugim Cezarym Michalskim. Jemu się ciągle marzy zbudowana przez uczciwą prawicę Polska dobra jak… nie wiem, chyba dobra jak chleb. Prawicowa Polska lubiąca ludzi, roztropna w działaniach, z hipokryzją jako przyprawą, nie specjalnością zakładu. Ciągniemy się z autorem przez kolejne strony tego niby-dziennika, być może czytanego, a może jednak nieczytanego (zagadka), przez niepowołane oczy, czyli oczy „Poli”, smoleńskiej piękności z prawicowego świecznika. I wcale nie wchodzimy w żadną tam powieść, w żaden tam udawany dziennik literackiego alter ego. Książka zaczyna w końcu palić w ręce, kiedy zrozumiemy, że czytamy realne wyznanie prawdziwego Horubały: rozpadam się.
Obchodzi cię on czy raczej obchodzi cię zagadka, kto i po co ukradł laptop w redakcji Pawła Lisickiego (tak przy okazji, mówi się, że „Wdowa...” to powieść z kluczem. Aha, dla ułatwienia podane są imiona i nazwiska). Horubała rozpada się, a ponieważ jest z pokolenia, z którego jest, częstuje nas Monty Pythonem, koronką do Matki Boskiej i błazeńskim zwierciadłem. Miota się na granicy jaj i anihilacji, bo chce prawicy, której człowiek prawicy mógłby się nie wstydzić.
Możemy się domyślać, czemu nie miotają się inni prawicowcy. Ich sztuczką okazała się opowieść o wojnie. „Kulturowej” lub „o Polskę”. Im więcej gadają o nowych bitwach warszawskich, z tym mniejszymi skrupułami kłamią i korzystają z życia. Majątek publiczny? Przejęty – konfiskata wojenna. Wspólna Polska? Przecież jest wspólna, bo wyrwana PO. Cena dostosowania do nowych czasów wydaje się niewielka. Trzeba się tylko wyprzeć tego, czego bohater „Wdowy…”, a także jej autor, wyprzeć się, cholera, nie chcą. Trzeba pozostać głuchym na smętne Jezusowe: „Kochaj bliźniego, jak siebie samego”. I nie pamiętać o radości, z jaką na „Któż jest moim bliźnim?” odpowiadał Kościół w czasach, w których Horubała był młody. Dzisiaj na to pytanie odpowiadać należy z lękiem, by z szerzenia lęku czerpać profit.
W Polsce oblepionej smoleńską smołą i biało-czerwonym pierzem bohater o wrażliwości Horubały, czy odniesiemy tę uwagę do powieściowego czy prawdziwego, nie ma szans. Jest skazańcem z odraczanym wyrokiem. Polska wydała na ciebie wyrok. Trzeba było, k…a, kochać ją mniej – słyszę niemal, jakbym trzaskał coś takiego w pożegnalnej mowie, w jakimś akademijnym uniesieniu.
Czyli jednak wkręciła ta nie-powieść oryginała, który zamiast poświęcić się twórczości prawidłowo zaangażowanej i opisywać zdradzieckich ojkofobów woli krzyczeć do swoich przyjaciół. Poobrażanych, pogubionych, często stetryczałych i skłóconych, ale, z Bożą pomocą, jeszcze zdolnych do tego, aby się przebudzić. ©℗
Wywiad z Andrzejem Horubałą pt. „Moja autokompromitacja” ukazał się 21 marca 2021 r. w Magazynie DGP