Reklama
Z Piotrem Ikonowiczem rozmawia Magdalena Rigamonti
Magdalena i Maksymilian Rigamonti
Ile pan zarabia?
Dostałem taką ankietę bezpieczniacką z ABW. Jak zobaczyłem, że ma chyba z 25 stron, to zrobiło mi się słabo…
Pytali o pańską znajomość z Mateuszem Piskorskim z „prokremlowskiej partii Zmiana”?
Ta partia nie istnieje, gdyż nigdy jej nie zarejestrowano. Od początku uważałem ten projekt polityczny za chybiony. A Mateusza znam towarzysko i wstawiłem się za nim, gdy trzymano go latami w areszcie nawet bez aktu oskarżenia, co było pogwałceniem prawa i na co zwróciła również uwagę Komisja Praw Człowieka ONZ, żądając jego natychmiastowego uwolnienia.
Wróćmy do dochodów. O tym też było w ankiecie ABW?
Chyba też. Są różne pytania. Trzeba wypełnić ankietę, kiedy chce się być rzecznikiem praw obywatelskich.
To ile pan zarabia?
Za działalność społeczną w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej nie biorę ani grosza. Jeszcze czasem stówę od siebie spod serca komuś dołożę. Po godzinach zarabiam na wierszówkach w gazetach.
Powie mi pan ile?
Normalnie to około 3 tys. zł miesięcznie. Ostatnio więcej, bo biorę udział w programie telewizyjnym „Wolni od długów”. W maju będzie premiera, w Polsacie. Jestem tam ekspertem. A w programie jest o upadłościach, negocjacjach, bankach i o długach. Problemy ludzi, czyli to, czym i tak się na co dzień zajmuję. Powiem szczerze, że po tej przygodzie telewizyjnej zmieniłem trochę zdanie o młodych, dobrze zarabiających profesjonalistach, bo poznałem świetnych i empatycznych researcherów, kamerzystów, dźwiękowców.
Wcześniej pan nimi pogardzał.
Miałem trochę uprzedzeń.
Bo pracują po 12 godz. dziennie i się nie skarżą?
Jeśli już miałem pretensje, to do takich, którzy się sadzili, zachowywali się wyniośle.
Pan gloryfikuje biedę.
Nie, ja powtarzam, że to nie wstyd być biednym, ale też nie wielki honor. I nie robię cnoty z biedy, z walonek, kufajek. Chciałbym, żeby wszyscy jedli homary i chodzili do opery. Równajmy w górę! Kiedy przychodzę do urzędu i widzę tam wysoki standard, to mówię, żeby zrobili tak, by substancja komunalna do tego dociągnęła, żeby tak ładnie było w mieszkaniach, na klatkach schodowych, wszędzie. Patrzą na mnie dziwnie.
Pensja RPO to bodaj 11 tys. zł. Miesięcznie.
Do głowy mi nie przyszło, żeby zapytać, ile zarabia RPO.
Co pan z tą kasą zrobi? Rozda pan nadwyżki?
Jeśli ktoś jest socjalistą i akurat ma pieniądze, a ktoś inny ma pilną potrzebę, to się wyciąga i daje.
Pana siostra, Magda Gessler...
Widziała pani ten nagłówek w „Super Ekspressie”? „Brat Magdy Gessler mieszka w biedzie”? A na zdjęciu ja palący w piecu, bo mieszkam w domu z piecami, na granicy Warszawy. Jak było zimno, to się też prądem dogrzewaliśmy i rachunek przyszedł 2,2 tys. zł. Pytała pani o moje zarobki. Jak mam na rachunki, to się cieszę. Wtedy czuję się bajecznie bogaty. I nawet daję innym. Musi pani wiedzieć, że ja też nie mam kłopotów z braniem, bo jak ktoś nie przyjmuje darów, to znaczy, że się wywyższa. Tym darem może być to, że sąsiad zrobił mi półkę, a jak zapytałem, ile się należy, to powiedział, że na koszt fundacji stolarzy polskich... My to nazywamy pomocą wzajemną. Gdyby moja siostra ofiarowywała mi nieograniczone sumy pieniędzy, ja bym je wszystkie przyjmował.
Ofiarowuje?
Nie.
Nic?
Bogaci nie dają. Ba, zawsze im brakuje. Ale szczerze powiem, że zawsze się mogę u niej najeść za darmo. Rzadko chodzę, bo nie mam czasu. Posiłki w takich miejscach się celebruje.
Czyli nie chodzi o złe relacje?
Nie ma między nami żadnych niesnasek. Dziennikarze próbują coś uszyć, mówić, że się kłócimy. Ułożyliśmy nawet takie oświadczenie wspólne, żeby nas na siebie nie napuszczali. Ona jest rozsądna, ale głupstewka w telewizji opowiada czasem, bo taką ma klientelę.
Jeśli chodzi o skalę celebryctwa, to zaraz jej pan dorówna.
Nie jestem znany z tego, że jestem znany.
Siostra też nie jest.
Świetnie gotuje. Choć tak naprawdę pięknie to ona maluje. I szkoda, że tego nie robi na co dzień.
Pożycza pan od niej pieniądze?
W mojej rodzinie nikt nigdy nie pożyczał od nikogo pieniędzy, ponieważ nigdy nikt nikomu żadnych pieniędzy nie oddał. Co najwyżej sobie dajemy.
Jest pan socjalistą?
Jestem. Jestem prawnikiem, z inteligenckiej rodziny, zdradziłem swoją klasę – wiem, wszystko wiem.
Ojciec reporter, całe lata w PAP-ie, na wielu placówkach.
Ale jak miałem 16 lat, to nie pojechałem na kolejną placówkę z rodzicami, tylko zostałem w Polsce, zasuwałem łopatą i jestem z tego do dzisiaj dumny.
Potem pan skończył dobre studia, mówi pan w obcych językach.
Dlatego mam olbrzymi dług wobec ludzi, którzy tyrali w hucie. I wiem, że go nigdy nie spłacę. Oni tyrali, a ja się uczyłem języków i podróżowałem. Ale jestem socjalistą.
A komunistą?
Kiedyś na zasadzie przekory mówiłem, że co najmniej komunistą. Te wszystkie pojęcia się dziś zdewaluowały. Dzisiaj socjalistami na Zachodzie są straszni burżuje.
W Polsce nazywanie się komunistą jest i śmieszne, i straszne. Nawet socjalizm się nie przyjął.
W Polsce nie było socjalizmu, bo brakowało jednej podstawowej rzeczy – demokracji. Socjalizm może wynikać tylko z demokracji. Siedząc w więzieniu, opowiadałem moim kolegom z Solidarności, jak świat powinien wyglądać. Byli zachwyceni, dopóki nie powiedziałem, że to się nazywa socjalizm.
Nie byli głupi, wiedzieli, że to co innego niż ówczesny ustrój.
Im chodziło o to, żeby to się tylko tak nie nazywało. Problem polegał na tym, że ten socjalizm w Polsce był zaimportowany, fałszywy od początku. To nie zmienia faktu, że miał mnóstwo zalet, za którymi niektórzy do dzisiaj tęsknią. Dla nich to jest raj utracony. Za Funduszem Wczasów Pracowniczych wielu łza się w oku kręci. W 1989 r. wołaliśmy: wolne wybory, a nie pozory. I mieliśmy rację, bo potem w Sejmie zasiadała większość PZPR-owców i robili to, czego Balcerowicz zażądał. Jestem pewien, że gdyby w tym pierwszym Sejmie byli robotnicy z Solidarności, to wszystko by się inaczej potoczyło. Ale opozycja wolała komuchów, a oni aż wyłazili ze skóry, żeby przestać jeździć do Soczi, a zacząć na Riwierę. Teraz jest tak, że 1 proc. ludzkości ma więcej niż 99 proc. pozostałych ludzi, co prowadzi wprost do dyktatury bogatych nad biednymi. A bycie socjalistą – czy bardziej marzycielem – jest próbą ucieczki od tego armagedonu, zapobieżenia katastrofie.
Był pan posłem.
Przez dwie kadencje.
Chciał być pan prezydentem, europosłem.
Powiedzmy sobie szczerze, że po to istnieją demokratyczne procedury, żeby brać w nich udział. I tyle na ten temat. Nie jestem politykiem – to, co robię, jest tożsame z tym, co mówię. Nie widzę powodu, żeby ktoś mnie wykluczył z debaty tylko dlatego, że nie wziąłem walizek pieniędzy i nie zacząłem kłamać i oszukiwać.
Ktoś panu proponował te walizki pieniędzy?
A bo to raz?
W zamian za wejście do polityki?
Opowiem pani historię: mieszkam sobie w mieszkanku przy ul. Czerniakowskiej na Powiślu, a obok jest spółdzielnia Torwar. Buduje luksusową plombę, która zasłania moim sąsiadom okna. Organizujemy więc protest na Radzie Warszawy, po czym prezes spółdzielni Torwar przysyła do mnie pewnego parlamentarzystę, który proponuje mi 110 mkw. mieszkania, do tego 40 mkw. tarasu. Wie pani, kto był tym parlamentarzystą? Jeden z byłych premierów.
Który?
Nie powiem. Gdybym się wtedy zgodził, to już byłbym ich. Mało tego, gdybym wtedy wziął, to mógłbym dalej brać, bo to przecież tak działa. Okazji, żeby wziąć, było wiele. Pamiętam, jak przyszedł do pokoiku PPS-u w Sejmie przedstawiciel koncernu Rockwell i chciał lobbować za uzbrojeniem Huzara. Przegoniliśmy go. Nie dam się przekupić, zrobić z siebie polityka.
Bycie RPO to też polityka.
Jest takie oczekiwanie, że RPO przyłączy się do opozycji lub do obozu władzy. Otóż ja się nie przyłączę do żadnej ze stron.
Pan jest kandydatem Lewicy.
Tak i doceniam to, że mnie wysunęli. Ale to, o co się kłócą partie w Sejmie, w niewielkim stopniu ma cokolwiek wspólnego z realnym życiem obywateli. Oni się tam zajmują jakimś teatrem cieni. A musi być ktoś, kto się zajmie poważnymi problemami zwyczajnych ludzi.
Ich wybierają, a pana nie. Większość wyborów pan przegrał.
A wie pani dlaczego? Ponieważ większość przegrywa wybory, większość nie jest reprezentowana, większości nie było w debacie publicznej. Pamięta pani, że przez chwilę byłem posłem niezależnym. Ukułem nawet definicję posła niezależnego – to jest taki poseł, na którym nikomu nie zależy. Mogę napisać cały słownik polityczny. Na przykład centrolewica to jest lewica, która mieszka w centrum.
Widzę, że lubi pan żarciki i dykteryjki.
Lubię. Jestem anegdotczykiem.
No dobrze, na razie pana kandydaturę popiera tylko Lewica. To za mało, żeby zostać RPO.
Poprosili mnie o spotkanie przedstawiciele niewielkiego koła Polska 2050 pana Hołowni.
Kto jeszcze dzwonił?
Kukiz. Dzwonił też Bartłomiej Wróblewski z PiS-u.
Kandydat PiS na RPO.
Powiedział, że mnie bardzo lubi. Odwzajemniłem komplement, mówiąc, że oczywiście pod warunkiem, że wyjmiemy z tego kwestie kobiece. Każdy, kto mnie atakuje, zawsze zaczyna od pochwalenia mojej działalności. Wykombinował, że jak go poprę, to zrobi mnie swoim zastępcą. I Zuzannę Rudzińską-Bluszcz też. I tym przebłaga opozycję. Taka jest koncepcja, taka jest strategia.
I co pan na to?
No przecież nie mogę być wicemizoginem. Mogę być RPO, a nie jego zastępcą. Wszyscy mnie teraz namawiają, żebym poszedł porozmawiać z prezesem Kaczyńskim. Nie wykluczam, że on się ze mną umówi. Na razie się waham.
Co pana powstrzymuje?
Czy ja jako RPO powinienem uznać wyrok TK czy też uznać, że tego TK nie ma? Nie ma też Sądu Najwyższego, KRS i sędziów, i nie ma wyroków, więc co zostaje? Maczugi zostają. I takiej logiki się boję, jest bardzo niebezpieczna. RPO powinien wzywać obie strony do opamiętania. Jeśli te obie strony się nie dogadają...
Sędziowie, adwokaci, prawnicy zamiast chodzić na demonstracje, powinni byli uprzedzić te ruchy. Wiem, że to jest trudne, wiem, że ciągle trzeba walczyć z uogólnieniami w rodzaju, że sądy są skorumpowane... To nieprawda – prawo jest niesprawiedliwe, a nie sądy są skorumpowane. Ludowe odium na sądy właśnie z tego wynika. Ludzie przegrywają, mają poczucie niesprawiedliwości, choć przecież większość sędziów orzeka w zgodzie z literą prawa.
Jak się pan z PiS-em nie dogada, to „Wiadomości” zajmą się panem, pana miłością do Che Guevary albo do systemu panującego na Kubie za Fidela.
Rzucą się na mnie? Z tą Ameryką Łacińską jest taki problem, że już tyle na jej temat nakłamano, że nie da się odwrócić tego w jednym wywiadzie.
Jaki jest pana stosunek do uwięzienia Nawalnego w łagrze?
Obawiam się, że gdybym mieszkał w Rosji, łatwo trafiłbym do sąsiedniej celi.
Bronił pan Rosji, która zagarnęła ukraiński Krym, tłumacząc, że miała prawo, bo mieszkańcy witali Rosjan kwiatami, a nie pociskami.
Nie broniłem aneksji Krymu. Zwróciłem jedynie uwagę, że odbyła się praktycznie bez jednego wystrzału.
Pytam o to, bo jest pan już oficjalnym kandydatem na rzecznika.
Jestem i uważam, że prezes Kaczyński powinien chcieć ze mną rozmawiać. Poza tym już dwa razy do niego pisałem i dwa razy skutecznie.
W 2016 r. napisał pan w sprawie Adama Bodnara.
Żeby go nie odwoływali. I prezes odpisał, i Bodnara nie odwołali. W TVN o tym nawet powiedzieli, ale tylko że Kaczyński napisał, natomiast nie że do mnie. Potem z „Wyborczej” zadzwoniła dziewczyna, która pisała o jakiejś osobie, której pomogłem. Skarżyła się, że redakcja zabroniła jej wymieniać moje nazwisko. Był zapis. Ale to już przeszłość.
Teraz jest pan bohaterem i GW, i TVN.
A gdzie tam! Napadł mnie Jacek Żakowski, dlaczego nie bronię sędziego Tulei.
Dlaczego go pan nie broni?
Nie mam czasu.
Odpowiedź jak z „Misia”.
Z kolei Michał Rachoń mnie namawiał, żebym napadł na marszałka Grodzkiego. W takich sytuacjach mówię, że jestem zbyt zajęty bronieniem Kowalskiego, którego wyrzucają z mieszkania, bo mu nie wypłacili wynagrodzenia i nie miał czym zapłacić. To jest ta trzecia strona, trzecia opcja, której nikt nie widzi. Zawsze ktoś chce, żebym się przyłączył do którejś ze stron. Słyszę nawet, że muszę się przyłączyć, bo inaczej nie dam rady. A ja się nie chcę zapisywać.
Do Lewicy też nie?
Gdyby ta Lewica była mądra, a może się taka okazać – przecież fakt, że mnie wystawili na RPO, to już jest jakiś akt rozumu – to będzie w stanie zastąpić PO jako główna siła opozycyjna.
Z Czarzastym na czele?
I z Zandbergiem…
Włodzimierz Czarzasty niedawno powiedział: mam smaka na władzę.
Właśnie. Umie powiedzieć... O mnie też pięknie mówił. Jeden dziennikarz wprost twierdzi, że Włodek już musi po tę władzę, potem będzie za późno. O mnie też tak powiedział. Tyle że ja, jak już wspomniałem, nie muszę do polityki. Ja mam wiele innych zajęć, choćby program telewizyjny. Jak jest pani ciekawa, to opowiem pani jeden odcinek. Jest sobie starszy pan Tadzio, który miał chorą żonę i wziął kredyt na ponad 40 tys. zł. Żona zmarła, opóźniał się ze spłatami. Kiedy udało mu się te 40 tys. jakoś spłacić, dowiedział się, że ma jeszcze 111 tys. zł długu.
To była jakaś „chwilówka”?
Nie, to był kredyt bankowy. Zgromadził leki i jak się wyraził, wybierał się już na Drogę Mleczną. Siedzimy w firmie producenckiej. Na stole leży stos listów. Jedna dziewczyna podaje mi list, czytam, dzwonię… I dzięki temu pan Tadzio nie odebrał sobie życia. Usiłowałem dopytać komornika, jak te odsetki wyliczył. A im bardziej go pytam, tym bardziej on się wierci, a potem poci, aż w końcu mówi, że naliczył o 40 tys. zł za dużo. W końcu się okazało, że pan Tadzio musi spłacić jeszcze tylko 8 tys. zł.
Czyli żeby nie zostać oszukanym przez banki, komorników i firmy windykacyjne, trzeba mieć za sobą telewizję, a najlepiej z Ikonowiczem.
Albo rzecznika praw obywatelskich.
Pan naprawdę chce być tym rzecznikiem?
Chcę. Chcę, ale nie pocą mi się dłonie. To znaczy, nie jest to największe marzenie mojego życia. Nie mam natury urzędnika. Jestem działaczem i to spontanicznym. Mogę pracować 16 godz. na dobę, ale we własnym rytmie, który sam sobie narzucam, więc z punktu widzenia stylu działania, trybu życia, to nie chcę, bo to jest wtłoczenie się w jakieś koleiny. Może powiem, dlaczego chcę. Miasto Stołeczne Warszawa prowadzi w tej chwili ponad 1,8 tys. postępowań eksmisyjnych...
Żeby ratować ludzi przed eksmisjami, nie trzeba być RPO.
Pokazuję skalę. Teraz do mnie zgłasza się w ciągu miesiąca zaledwie kilkanaście rodzin, czyli większość zostanie wyrzucona. Zaapelowałem do prezydenta Trzaskowskiego, żeby po pierwsze szybko wyzdrowiał, a po drugie się z nami spotkał w tej sprawie, by poszukać alternatywy. Eksmisja to nie jest żadne rozwiązanie.
A co nim jest? Getta na obrzeżach miasta też nie zdają egzaminu.
Alternatywa jest taka, żeby nie wyrzucać, tylko udzielić pomocy.
Czyli zapłacić za nich?
To zależy, jaka jest sytuacja danej rodziny. Całkiem niedawno urzędnicy na Woli byli skorumpowani i wynajmowali nielegalnie pustostany, a pieniądze brali do kieszeni. Zostali na tym przyłapani przez jedną z organizacji. I ta organizacja zamiast iść do prokuratury, postawiła warunek: odpuszczamy wam, ale w zamian za to uruchamiacie program „Druga szansa”.
To szantaż.
Ale skuteczny. Rodziny, które miały zostać wyrzucone, dostawały drugą szansę i okazało się, że dziewięć na dziesięć rodzin z niej korzysta, wywiązuje się z umowy, regularnie płaci czynsz.
Kto był wtedy prezydentem Warszawy?
Ja tę historię znam z drugiej ręki. Zweryfikowałem ją w ten sposób, że poszedłem do naczelnika wydziału zasobów lokalowych i zapytałem, jak działa program „Druga szansa” i usłyszałem, że znakomicie. To jest dowód na to, że nie ma sensu ta cała historia i histeria z eksmisjami, przeprowadzkami, bo najczęściej wystarczy podać rękę i ludzie się prostują. Mamy rozeznanie i wiemy, że gros przypadków to wynik zapaści finansowej tych rodzin. To widać w statystykach GUS-u. Ponad 20 proc. gospodarstw wydawało przez lata ponad 140 proc. swoich dochodów, a to znaczy, że pożyczali od lichwiarzy. Nie, nie mają złotej karty kredytowej, nie mogą zwiększyć sobie debetu z 20 do 30 tys. zł. W bankach nikt z takimi ludźmi nie rozmawia.
Zostaje pan RPO i co pan robi z ludźmi, którzy zalegają z czynszem?
Szczerze mówiąc, RPO dużo nie może i dlatego wyobrażam sobie pracę trochę inaczej niż to dzisiaj funkcjonuje. Myślałem o tym, żeby RPO otworzył się na organizacje pozarządowe.
Jest otwarty, współpracuje z wieloma.
Mówię o jeszcze większym otwarciu i kooperacji. Mówi się o tym, że tnie się budżet RPO, a ja na to, że znam cudownych ludzi z organizacji pozarządowych, którzy wiele działań zrobią za darmo.
Za pracę powinno się płacić.
Tak myśląc, nic bym nie zrobił. Śmieję się, że działamy jak mafia. Kiedy ludzie pytają, jak się mogą odwdzięczyć, mówimy: odezwiemy się. I to jest niesamowicie skuteczne. Panu Piotrowi, który mieszkał w altance śmietnikowej, wynajęliśmy mieszkanie na wolnym rynku. Ludzie się składają na czynsz. Pani Iwonce zapłaciliśmy dług czynszowy, a teraz płacimy dodatek mieszkaniowy. Wszystko z pieniędzy, które ludzie wpłacają na konto Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, np. na wyjście z bezdomności pana Piotra. Jest jakaś dziewczyna, która wyłudziła od 200 osób na OLX pieniądze za towar, którego nie wysłała. Okazało się, że miała bijącego męża, który ją do tego zmuszał i zastraszał. On uniknął odpowiedzialności, ona nie. Napisałem o tym w „Angorze” i na FB i natychmiast ludzie się odezwali i zbierają, żeby spłacić długi tej dziewczyny. Głównie kobiety. W ogóle one więcej działają. Kiedy układaliśmy listy do samorządu, to na gwałt musieliśmy ściągać szwagra zięcia, bo nie trzymaliśmy parytetu. Zwyczajnie było wśród nas za mało mężczyzn.
Bo kobiety są bardziej empatyczne?
Nie, bardziej bojowe.
Niech pan zostanie tu, gdzie pan jest, więcej pan zrobi niż jako RPO.
Rozumiem, że wszystkim nie pomogę, a w obecnym stanie prawo jest przeciwko ludziom, samorząd jest przeciwko ludziom, państwo jest przeciwko ludziom. Siła złego na jednego. Musi się pojawić ktoś, kto wprowadzi do agendy parlamentu te tematy.
Ikonowicz. Cały na czerwono.
Skażemy wielu na niebyt, jeśli Sejm się nie zajmie problemem zasiłku stałego z powodu trwałej niezdolności do pracy w wysokości 645 zł, jeśli politycy nie zrozumieją, że czynsz wynosi tyle, śmieci kosztują tyle, jedzenie tyle – i że duża część ludzi nie jest w stanie sprostać sytuacji, w której się znalazła.
Pan by chciał, żeby państwo utrzymywało tych, którzy nie są w stanie sprostać sytuacji.
Nie. Teraz jest tak, że ten, kto jest winien pieniądze, jest od razu winny i skazany. Winien i winny się równoważą. Te słowa się wręcz ludziom mylą. W Polsce istnieje przekonanie, że każdy dłużnik jest zły, a ci, którzy nie mają długów, są dobrzy, bo bogaci. Z wyjątkiem oczywiście pracodawców, bo ci są winni pieniądze pracownikom, ale krzywda im się nie dzieje. Zdaje pani sobie sprawę, że największym czynnikiem dyskryminacji w Polsce jest status majątkowy? Jeśli ktoś świadczy prostą pracę, to można z nim zrobić wszystko. Można go mobbować, molestować, można mu nie zapłacić, można go wreszcie w każdej chwili wyrzucić. Rzecznik praw obywatelskich, który będzie stał po stronie takiego prostego człowieka, jego godności i jego praw, jest potrzebny. Adam Bodnar szedł w tę stronę, trochę się nawet otworzył, trzeba tą drogą iść dalej.
Pan też jest prawnikiem.
Prawnikiem i demokratą. Jednak myślę, że urząd, na którego czele chcę stanąć, powinien mieć inną pozycję. Zbieram doświadczenie i wiedzę o tym, jak bardzo źle działają systemy prawny i społeczno-polityczny i jakie są największe bolączki społeczeństwa. Dotykam tego od kilkunastu lat, niczym innym się nie zajmuję. Myślę, że teraz przyszedł moment realizacji. Oczywiście, że najlepiej byłoby po prostu przejąć władzę i zacząć to zmieniać, natomiast bycie RPO pozwala być moderatorem debaty publicznej. Mam wrażenie, że do tej pory kolejni RPO pochylali się nad obywatelem. A ja będę obywatela reprezentował. RPO to dla mnie ktoś, kto powinien być trybunem ludowym, wyrażać to, co ludzie czują i co ich boli. A boli ich to, że są dyskryminowani. Bardzo poważnym problemem jest dyskryminacja osób o innej orientacji seksualnej, ale dużo poważniejszym problemem jest dyskryminacja osób niezamożnych i tych z niższym kapitałem kulturowym.
Ma pan za złe Adamowi Bodnarowi, że się zajmuje problemami LGBT?
Nie, bo ja się też zajmuję. Co chwilę mam jakąś parę gejów, która mieszka na działkach i potrzebuje pomocy, mieszkania. Jakby pani zobaczyła konserwatyzm urzędników w Warszawie, toby się pani zdziwiła. Rozmawiałem z nimi o mieszkaniu dla dwóch chłopaków. Wyszedłem za drzwi i usłyszałem: „a to sobie pedałek poczeka”. Z tego nawet trudno żartować. Różnica między nami a innymi lewicowymi ugrupowaniami polega na tym, że ja, aby się dowiedzieć, co ludzie myślą, nie muszę nigdzie jeździć, robić badań, ankiet. Wystarczy, że pójdę do siebie na zebranie. Bo my jesteśmy częścią ludu.
Ostrożnie...
Zawsze miałem potrzebę zakorzenienia. Może dlatego, że jeździłem dużo za granicę, byłem takim kolorowym ptakiem. I w końcu się zakorzeniłem.
W tym ludzie?
Zostawmy lud. Już samo słowo zaczyna dzielić. Jest polityczne.
Sam pan go użył.
Wiem, wiem, jakoś się trzeba komunikować. Wie pani, ile liczy przemysłowa klasa robotnicza w Polsce? 5 mln. Też myślałem, że dużo mniej.
Chodzą na wybory?
Chodzą. To jest elektorat PiS.
Zęby pan zrobił?
Nie.
Dlaczego?
...
Kasa?
Tak.
A na NFZ?
Ja nie mam tyle czasu. Pewne rzeczy są dla mnie nie do przejścia. Poza tym bardzo skutecznie maskuję brak górnego uzębienia. Wiem, że ludzie patrzą, interesują się, jak ten Ikonowicz wygląda. Mam przynajmniej dobrego fryzjera, Mariana. Strzyże mnie od 20 lat. Niech pani na mnie spojrzy. Chyba tak źle ze mną nie jest.