Republikański senator w stanie Iowa Mark Chelgren zaprezentował w 2017 r. projekt ustawy, która miała zerwać z tym, co on i jego koledzy poczytywali za hipokryzję elit akademickich: że uniwersytety rzekomo straciły barwy polityczne. Oto profesorowie (przeważnie humaniści) utrzymują, że przekazują studentom wiedzę zweryfikowaną wedle rygorystycznych standardów. Tymczasem pod płaszczykiem obiektywizmu przemycają treści zideologizowane. Zgodnie z przepisami, które zaproponował Chelgren, uczelnie publiczne w Iowa musiałyby zatrudniać tyle samo akademików głosujących na demokratów, co na republikanów – dozwolone odchylenie nie mogłoby być większe niż 10 proc. Jak dowodził polityk, skoro wydziały pilnują, by rekrutować odpowiednią liczbę kobiet czy czarnych, to powinny troszczyć się też o różnorodność ideologiczną. – Na finansowanie szkół wyższych idzie sporo pieniędzy podatników. Studenci, pytając profesorów o opinie, powinni wiedzieć, czy są oni republikanami, czy demokratami – przekonywał.
W tym samym czasie z inicjatywą na rzecz różnorodności ideologicznej wyszli też senatorzy republikańscy z Karoliny Północnej – ich pomysł polegał na tym, by polityczne preferencje kadry uczelnianej odzwierciedlały rozkład sympatii partyjnych mieszkańców stanu (przeważają w nim wyborcy konserwatywni).