Szlachcic Radek Sikorski zadeklarował, że nie zapłaci abonamentu radiowo-telewizyjnego i powołał się przy tym na klauzulę sumienia – po prostu czuje wewnętrzny sprzeciw wobec tego, co wyprawia się w publicznej TV. Szczerze mówiąc, zaczynam poważnie rozważać to samo, choć z zupełnie innych powodów. Zresztą nie tylko przestanę płacić abonament, ale również zdejmę z dachu anteny, zerwę umowę z platformą cyfrową, a telewizor przerobię na coś bardziej przydatnego. Odwrócę go ekranem do góry i będzie pełnił rolę stołu do ping-ponga.
ikona lupy />
DGP
Doszedłem do takiego wniosku kilka dni temu, gdy wieczorem nalaliśmy sobie z żoną po wazonie wina i postanowiliśmy odprężyć się przy lekkim filmie lub programie. Najpierw przeklikałem kanały od 1 do 245, następnie poszedłem uzupełnić wazony, a potem przeklikałem kanały w odwrotnym kierunku – od 245 do 1. I nie znalazłem absolutnie niczego, co byłoby godne uwagi. To niesamowite, że 30 lat temu do dyspozycji mieliśmy dwie stacje i zawsze było co oglądać, a dzisiaj mamy ich milion, a i tak bardziej interesujące od tego, co nam serwują, wydaje się badanie zawartości własnego nosa. No, chyba że nie wiecie, gdzie leży Belgia, mówicie „weszłem” zamiast „wszedłem”, używacie dużo samoopalacza i macie wykupiony roczny karnet na siłkę z przypisanym trenerem i dealerem mefedronu. Wówczas z czystym sumieniem polecam wam program „Love Island. Wyspa Miłości”. Już sam fakt, że producent postanowił w tytule umieścić tłumaczenie angielskiej nazwy, dobitnie sugeruje, kto jest docelowym odbiorcą tego dzieła. Tylko czekam, aż któregoś dnia puszczą w telewizji „Top Gun. Szczytowy Pistolet”. Albo „Kill Bill. Zabij Rachunek”.
Wyobraźcie sobie program przyrodniczy, w którym samiec lwa przez bite 45 minut próbuje dobrać się do samicy. Ta najpierw na niego ryczy i przepędza. Potem się o niego ociera, a on udaje obrażonego. W końcu jednak przystępuje do dzieła. Następuje grande finale, po którym samica znowu ryczy na samca. W kolejnym odcinku samiec idzie więc do innej samicy z nadzieją, że ta ryczy mniej. Nic z tego. Podobna scena powtarza się sześć, może siedem razy. A że samców też jest sześciu, czy siedmiu, to mamy nawet 49 kombinacji. Znaczy odcinków. Pal licho, gdyby głos pod to wszystko podkładała Krystyna Czubówna. Ale niestety, reżyser i producent doszli do wniosku, że Kryśka jest passé, więc pozwolą samcom i samicom otwierać usta i wypowiadać słowa. Chociaż nie do końca wiem, w jakim języku, bo polskiego to nie przypomina. Jeden lew z grzywą i posturą jak Johnny Bravo, wymalowany na ciele bardziej niż wagony stojące na bocznicy Dworca Wschodniego, brzmiał jakby siedział w akwarium wypełnionym wodą. Za każdym razem, gdy się odzywał, mój telewizor robił tylko „glum blum plub plam plum”. Przysięgam. Wydaje mi się, że to jakieś odgłosy godowe. A przynajmniej taki wniosek można było wyciągnąć, obserwując reakcję samicy. Napięła się jak plandeka na żuku, a jej usta przybrały kształt i rozmiar gumowego przepychacza do udrażniania zapchanej toalety. A może to nie były usta? Sam już nie wiem.
Nie wiem też, co jest bardziej przerażające – elokwencja uczestników „Wyspy Miłości” czy fakt, że ktoś z premedytacją postanowił to wyemitować w ogólnopolskiej, dużej telewizji. A nie, czekajcie… Jednak najbardziej zaniepokojeni powinniśmy być tym, że każdy odcinek przyciąga przed telewizory 700 tys. osób. Chcę wierzyć, że każda z nich, podobnie jak ja z żoną, obaliła przed emisją dwa wazony wina i ogląda to dla beki. Niestety, statystyki sprzedaży wina na to nie wskazują.
Statystyki wskazują za to na co innego – że coraz bardziej podobają się nam hybrydy. Nie te na paznokciach, tylko samochody hybrydowe. Już 14 proc. aut rejestrowanych na firmy ma napęd spalinowo-elektryczny, choć część z nich to wersje mild-hybrid, które z prawdziwą hybrydą mają tyle wspólnego, co świnka morska z morzem. Nie zmienia to faktu, że ludzie poczuli miętę do hybryd, głównie jako atrakcyjnej alternatywy dla diesli. A koncerny motoryzacyjne doskonale wyczuły trend. Kia właśnie wjechała na rynek z nowym Sorento i oświadczyła, że już w standardowej wersji auto będzie hybrydą. To trochę tak, jakby uczestnicy „Love Island” oświadczyli, że przestają się smarować samoopalaczem, a zaczynają nosić ubrania i czytać Marcela Prousta. To po prostu duże zaskoczenie.
Zresztą słowo „zaskakujące” wydaje mi się idealnym hasłem reklamowym dla Sorento. Spędziłem z nim tylko trzy dni, ale zrobiło na mnie wyjątkowo dobre wrażenie. Przede wszystkim przestronnością. W standardzie dostajecie siedem miejsc, a dzieciom nie musicie ucinać nóżek, żeby zmieściły się w trzecim rzędzie. Środkowa kanapa przesuwa się o 30 cm i łatwo składa, zaś bagażnik przy pięciu osobach na pokładzie mieści ponad 800 litrów pakunków. Wszystko zmontowano i poskręcano ze sobą tak dobrze, że po zdetonowaniu we wnętrzu granatu prawdopodobnie wystarczy tylko odkurzyć dywaniki. Materiały są więcej niż dobrej jakości – skóra jest skórą, a metal metalem, co w czasach gdy burgery robi się z buraka i ciecierzycy, wcale nie jest takie oczywiste.
Najmniejszych uwag nie mam też do zawieszenia. Jest ono równie kompetentne na autostradzie, jak i na warmińskich bocznych drogach, które wyglądają, jakby dosłownie przed sekundą zostały zbombardowane. Jeżeli zechcecie wjechać w piach, błoto czy głęboki śnieg, też nie będzie problemu, bo napęd na cztery koła plus trzy tryby jazdy w terenie ogarniają temat zaskakująco dobrze. Ergonomia i prostota obsługi, jak zawsze w kiach – na poziomie volkswagenów sprzed ery Golfa 8, czyli wszystko jest czytelne, łatwe i proste.
Sam napęd hybrydowy jest bardzo ekonomiczny (spokojnie zmieścicie się w 7–8 litrach) i wystarczająco dynamiczny (niecałe 9 sekund do setki). Ale nie jest pozbawiony wad. Brakuje mu trochę płynności. Czasami czuć i słychać, kiedy załącza się jednostka spalinowa, zaś automatycznej sześciobiegowej skrzyni zdarza się niekiedy „zamyślić”, a potem nagle się zrywa. Dokładnie tak, jak wy, gdy zapomnieliście, że wstawiliście do piekarnika kurczaka i powinien zostać wyjęty już pół godziny temu. Ale to naprawdę drobne mankamenty. Przejdziecienad nimi do porządku dziennego równie szybko, jak nad tym, że z „Love Island” odpadł Kamil.
Ja osobiście nie mogę jednak przejść obojętnie obok tego, że do wykończenia konsoli środkowej i wielu innych elementów użyto tzw. lakieru fortepianowego. W efekcie po jednej dłuższej podróży auto wygląda jak wydział ściągania odcisków palców w laboratorium kryminalistyki policyjnej. Do każdego sprzedanego Sorento powinno się gratis dorzucać europaletę ściereczek z mikrofibry. Pedanci szybko wylądują u psychoanalityka.
Ale nawet upaćkane paluchami, które przed chwilą trzymały pączka, Sorento pozostaje wyjątkowo udanym, dojrzałym samochodem. Jednym z najlepszych SUV-ów w swojej klasie. Bezpiecznym, przewidywalnym, spełniającym wszystkie wasze prośby, komfortowym, ułożonym, wybaczającym błędy. To prowadzi mnie do wniosku, że gdyby Kia kręciła „Love Island”, uczestnicy graliby w scrabble, toczyli filozoficzne rozprawy o moralności, uczyliby się szermierki i języka japońskiego oraz dokarmiali szczeniaczki w sierocińcu dla zwierząt. Innymi słowy, byłoby bardzo mądrze. I strasznie nudno.