Wprowadzenie taryf na podstawie ustawy o nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych prezydenta z 1977 r. (International Emergency Economic Powers Act – IEEPA) było nie tylko elementem polityki handlowej, lecz także wyznacznikiem niekwestionowanej siły przywódcy Ameryki. Nastąpiło to przy milczeniu Kongresu, który dobrowolnie zrzekł się swoich konstytucyjnych kompetencji w zakresie nakładania podatków. Zresztą polityka handlowa to niejedyny obszar, w którym Trump rozszerzał kompetencje egzekutywy – podobnie było np. w rozgrywce z Rezerwą Federalną.

Sąd Najwyższy nie rozważał ekonomicznej zasadności ceł – wypowiedział się na temat zakresu uprawnień prezydenta, orzekając, że nie są one nieograniczone. Wyrok ten przynajmniej częściowo przywraca trójpodział władzy. Przedsmakiem symbolicznego odzyskiwania inicjatywy przez Izbę Reprezentantów było już uchylenie – tydzień przed decyzją SN – ceł nałożonych na Kanadę.

Trump zapowiada kolejne cła

Administracja nie zamierza wycofywać się z dotychczasowego kursu – Donald Trump od razu ogłosił wprowadzenie 10-procentowych stawek, powołując się na sekcję 122 ustawy o handlu z 1974 r. Zgodnie z prawem mogą one obowiązywać przez 150 dni. W tym czasie Biały Dom zamierza zbadać, w jaki sposób wprowadzić kolejne taryfy na podstawie innych przepisów. Jeszcze zanim nowe stawki weszły w życie, ogłoszono zwiększenie ich do 15 proc. Prawdopodobnie pojawią się głosy, że wszystkie te działania są przemyślaną strategią, ale trudno będzie w to uwierzyć.

Zapowiedzi uzyskania w tym roku jeszcze większych wpływów z ceł również nie brzmią przekonująco. Nawet jeśli przez kilka miesięcy miliardy dolarów będą płynąć do budżetu, zapewne będzie trzeba je zwrócić importerom – i to z odsetkami. Sekretarz skarbu Scott Bessent zakłada, że postępowania sądowe w tej sprawie mogą trwać lata. Skoro już wcześniej zapadły wyroki wskazujące na brak podstaw do powołania się na ustawę z 1977 r., administracja mogła podjąć działania wyprzedzające. Jednak byłoby to równoznaczne z przyznaniem się do błędu.

Z punktu widzenia negocjacji handlowych jest to ważne rozstrzygnięcie. Unia Europejska musiała się natrudzić, by znaleźć wspólny głos w sprawie żądań USA. W tej chwili to amerykańska administracja musi włożyć wysiłek w podtrzymanie swojej pozycji. Jeszcze większy problem pojawia się w jej stosunkach z Chinami. Na przełomie marca i kwietnia ma dojść do spotkania Donalda Trumpa i Xi Jinpinga. Chiński przywódca nie musi borykać się z sądami podważającymi jego decyzje.

Rozstrzygnięcie SN ma duże znaczenie dla amerykańskich finansów publicznych. Konieczność zwrotu szacowanego na ok. 170 mld dol. rodzi obawy o powiększenie deficytu budżetowego. Lista podmiotów, które zgłaszają się po pieniądze, ciągle się wydłuża i liczy już kilka tysięcy importerów. O zwrot będą mogły ubiegać się też firmy takie jak Amazon czy Apple, które są w bliskich relacjach z administracją. Szacuje się, że w 2025 r. sam Apple zapłacił taryfy w wysokości 3 mld dol. Po ogłoszeniu wyroku przez SN akcje spółek technologicznych i detalistów mocno zyskały na fali oczekiwań obniżenia kosztów importowanych produktów.

Deficyt handlowy USA w górę

Biały Dom zapewniał, że po wprowadzeniu ceł amerykańska gospodarka będzie kwitnąć, a ceny pozostaną stabilne, bo cła będzie płacić „zagranica”. Zapowiadano, że w ciągu kilku lat budżet zyska biliony dolarów, które pozwolą zrekompensować ubytek dochodów wynikających z cięć podatków, na których najwięcej zyskali najlepiej zarabiający Amerykanie i duże korporacje.

Jednak cła nie zadziałały tak, jak oczekiwała administracja. Według analizy Rezerwy Federalnej ciężar taryf prawie w całości ponieśli amerykańskie firmy i konsumenci. Nie udało się zaprzeczyć podstawowej prawidłowości, zgodnie z którą cła są podatkiem płaconym w kraju importu. Na dodatek mają one charakter regresywny, czyli mocniej dotykają osób uboższych.

Deficyt USA w handlu towarami wzrósł – wbrew obietnicom Trumpa – do rekordowego poziomu. Głównym powodem było zwiększenie importu na początku 2025 r., by zdążyć przed wprowadzeniem ceł. Rolnicy też nie mają się z czego cieszyć. Szef portu w Los Angeles, największego portu w USA, stwierdził, że ilość amerykańskiej soi wysłanej do Azji spadła w ubiegłym roku o 80 proc.

Chiny, które miały mocno ucierpieć, zanotowały rekordową nadwyżkę handlową. Co prawda ich eksport bezpośredni do USA zmalał, ale biorąc pod uwagę wzrost dostaw z Meksyku i Wietnamu, można założyć, że wiele komponentów w tych produktach pochodziło z Państwa Środka.

Obiecane miliony miejsc pracy w przemyśle nie powstały. Wręcz przeciwnie – w 2025 r. liczba osób zatrudnionych w amerykańskich fabrykach spadła o 88 tys. (za U.S. Bureau of Labor Statistics). Choć słychać doniesienia o dużych inwestycjach, to często chodzi o projekty realizowane od wielu lat. W tym rachunku trzeba też uwzględnić anulowanie dużych nakładów na zielone technologie. Trzech największych w USA producentów samochodów spisało na straty dziesiątki miliardów dolarów zainwestowanych w produkcję pojazdów elektrycznych.

Rozgrywka, której dalszy przebieg nie będzie już tak dużym zaskoczeniem, wraca do punktu wyjścia. Można się spodziewać kolejnych odsłon. Firmy muszą teraz wziąć w rachubę nowe obciążenia celne. W obawie przed kolejnymi podwyżkami zapewne będą akumulować importowane dobra. Jednocześnie trudno będzie im planować inwestycje. Partnerzy handlowi USA przygotowują nowe taktyki negocjacyjne. Adwersarze zacierają ręce.

Okazuje się, że ekonomiści głównego nurtu mieli sporo racji w ocenie potencjalnych skutków polityki handlowej Donalda Trumpa. Ale to prawnicy mogą na niej więcej zarobić, pomagając klientom nawigować w chaosie regulacyjnym. ©Ⓟ