Do niedawna pojęcie deriskingu w unijnym słowniku odnosiło się wyłącznie do Chin. Pod wpływem pandemii, sporów handlowych i reakcji Pekinu na wojnę w Ukrainie Zachód uznał, że musi się od nich uniezależnić. Dziś w europejskich stolicach coraz częściej pojawiają się głosy, że podobną strategię należałoby zastosować wobec naszego najważniejszego sojusznika: Stanów Zjednoczonych. – Europa musi stać się potęgą geopolityczną. Musimy przyspieszyć i zrealizować wszystkie elementy niezbędne do osiągnięcia takiej pozycji: obronność, technologie oraz derisking w relacjach z największymi mocarstwami – powiedział prezydent Francji Emmanuel Macron na ubiegłotygodniowej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.
Rozwód z USA na horyzoncie
Podejście Francuzów, którzy od lat promują koncepcję strategicznej autonomii, nie dziwi. Jednak w zakulisowych rozmowach o ograniczaniu zależności od Stanów Zjednoczonych uczestniczy coraz większy krąg państw. Już podczas ubiegłorocznej edycji szczytu w Monachium stało się jasne, że relacje transatlantyckie wchodzą w nową, napiętą fazę. – Przyjechał J.D. Vance i zrobił nam awanturę za to, że się źle prowadzimy – wspomina w rozmowie z DGP Joanna Kluzik-Rostkowska, wiceprzewodnicząca sejmowej komisji obrony narodowej i szefowa polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO.
Wiceprezydent USA w płomiennym przemówieniu oskarżył Europę o odejście od własnych wartości, prześladowanie chrześcijan i stosowanie cenzury. Zasugerował też, że Waszyngton nie będzie akceptował marginalizowania skrajnej prawicy w życiu publicznym. Jego zdaniem największym zagrożeniem dla kontynentu nie są Rosja czy Chiny, lecz jego wewnętrzne problemy. – W Monachium brałam udział w okrągłym stole z parlamentarzystami z państw Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii. Brytyjczyk powiedział wtedy: „Skoro sprawy mają się, jak się mają, to może czas wziąć rozwód ze Stanami Zjednoczonymi?” – relacjonuje Kluzik-Rostkowska.
Sugestia o rozstaniu nie spotkała się wówczas z dużym odzewem. Wkrótce potem Trump i Vance wywołali w Europie polityczny wstrząs, wdając się w Gabinecie Owalnym w ostrą konfrontację z Wołodymyrem Zełenskim. W kolejnych miesiącach, gdy trwały rozmowy o zakończeniu wojny, prezydent USA prezentował stanowisko postrzegane jako korzystne dla Rosji, a także otworzył kolejne fronty konfliktu z partnerami: wprowadził cła i zagroził przejęciem Grenlandii.
Dlatego w tym roku o deriskingu dyskutowano w Monachium całkiem poważnie. – To był główny temat konferencji i rozmów kuluarowych – podkreśla Bartłomiej Kot, analityk ds. strategii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, dyrektor Aspen Institute CE w Warszawie.
Wystąpienie sekretarza stanu Marco Rubio, w którym padły słowa o Stanach Zjednoczonych jako „dziecku Europy”, nie zmieniło nastrojów wśród europejskich delegatów. Choć jego ton był znacznie łagodniejszy niż przemowa Vance’a sprzed roku, nie przełożyło się to na odbudowanie zaufania do Waszyngtonu. Szczególnie że Rubio skoncentrował się na zagrożeniach związanych z migracją i krytyce europejskich państw opiekuńczych, powtarzając tezy obecne w retoryce Vance’a. Rosji nie poświęcił zbyt wiele uwagi – a tym bardziej nie sformułował żadnych ostrzeżeń pod adresem Władimira Putina. Sekretarz stanu opuścił też spotkanie z europejskimi przywódcami na temat wojny na Ukrainie, co odebrano jako sygnał malejącego zainteresowania Waszyngtonu wysiłkami na rzecz powstrzymania rosyjskiej agresji. Europejczycy obawiają się, że republikańska administracja jest gotowa zgodzić się na prawie każde porozumienie, byle tylko móc ogłosić zwycięstwo. Nawet jeśli oznaczałoby to kupienie Kremlowi czasu na przygotowanie kolejnych ataków, być może wymierzonych w państwa naszego regionu.
– Pozostawanie w pełnym uzależnieniu od Stanów Zjednoczonych nie jest już scenariuszem, w który ktokolwiek chciałby inwestować – twierdzi Kot. Oprócz Francuzów ton debacie coraz częściej nadają Duńczycy, których sceptycyzm wobec Waszyngtonu nasilił się po sporze o Grenlandię. Kot określa oba kraje „autonomistami”. Uważają oni, że należy „porzucić wiarę w stabilną przyszłość sojuszu transatlantyckiego” i że Europa powinna rozwijać własne zdolności polityczne, gospodarcze oraz wojskowe.
Unia nie ma wspólnej recepty na kryzys w transatlantyckim małżeństwie. – Pojawiają się różne koncepcje wzmacniania europejskiej suwerenności. Niektóre państwa i środowiska eksperckie przyjmują bardziej realistyczne podejście niż Francja i Dania – podkreśla Kot. Chodzi o kraje, które uważają, że Europa musi ewoluować w kierunku większej suwerenności, jednocześnie zdając sobie sprawę, że w niektórych obszarach – np. w kwestii parasola nuklearnego – nie da się szybko, łatwo ani tanio zastąpić Stanów Zjednoczonych. Według dyrektora Aspen Institute CE jest to dziś wiodąca grupa na Starym Kontynencie.
Kierunek Europy: Pacyfik
Uniezależnianiu się od Ameryki mają służyć m.in. umowy handlowe, które w ostatnich miesiącach zawiera UE. Było to pierwsze narzędzie, z którego skorzystała Bruksela po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA w 2024 r. – Nadal będziemy dążyć do współpracy – nie tylko z naszymi długoletnimi, podobnie myślącymi partnerami, lecz z każdym krajem, z którym łączą nas wspólne interesy – mówiła dzień przed zaprzysiężeniem Trumpa szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. W styczniu Bruksela zawarła porozumienia handlowe z Mercosur i Indiami, a także rozpoczęła negocjacje umowy z Australią.
Z doniesień Politico wynika, że UE prowadzi też rozmowy z 12 państwami należącymi do Partnerstwa Transpacyficznego (CPTPP) – m.in. Kanadą, Wietnamem, Japonią i Wielką Brytanią – w sprawie utworzenia jednego z największych globalnych bloków gospodarczych, obejmującego ok. 1,5 mld ludzi. Portal określił inicjatywę mianem „wielkiego sojuszu anty-trumpowskiego”. „Dla UE przystąpienie do porozumienia miałoby niewielką wartość dodaną. Dlatego prawdą jest, że celem obu bloków jest umacnianie handlu opartego na zasadach w tym szczególnie trudnym czasie” – ocenia think tank Bruegel.
Rozmowom przewodzi Kanada, która – podobnie jak Unia – dąży do uniezależnienia się od USA. Krótko po objęciu urzędu Trump nałożył wysokie cła na sąsiada, określił go „51. stanem”, a ówczesnego premiera Justina Trudeau nazwał „gubernatorem”. – Kanadyjczycy przyszli wtedy do nas i powiedzieli, że chcą gruntownie przebudować swoje sojusze. Dotychczas opierali się głównie na Amerykanach – mówi DGP osoba z otoczenia rządu. Do podobnych wniosków doszły m.in. Australia, Japonia i Nowa Zelandia. – Nagle wszyscy zorientowali się, że Stany Zjednoczone są nieprzewidywalne. W tej sytuacji staliśmy się dla nich ważnym punktem odniesienia – dodaje nasz rozmówca.
To właśnie zmienność i kapryśność amerykańskiego przywódcy skłania kolejne państwa do szukania nowych partnerów handlowych. Jakub Rybacki, ekonomista mBanku, zauważa, że w perspektywie kilku lat potencjał gospodarczy rynków wschodzących będzie dużo większy niż dziś. – Te umowy będą mogły w znacznej mierze zrekompensować ewentualne pogorszenie relacji handlowych z Ameryką, ale oczywiście nie zastąpią ich całkowicie – uważa Rybacki. W 2024 r. wartość towarów i usług wymienianych między USA i Europą przekroczyła 1,68 bln euro, co stanowi niemal 30 proc. światowego obrotu.
Jednak prawdziwy derisking wymaga działań na szerszą skalę. Według Rybackiego jednym z najpilniejszych zadań jest zbudowanie wspólnego rynku finansowego. – Chodzi o to, by zamiast 27 rozdrobnionych rynków kapitałowych powstał jeden większy, zdolny replikować sukces finansowania uzyskiwanego w Stanach Zjednoczonych – wyjaśnia. Trudniej będzie osiągnąć niezależność w sektorze technologicznym, w którym dominuje „wielka trójka”: Amazon, Microsoft i Google. UE nie ma własnych gigantów technologicznych. – Bardziej obiecującym kierunkiem może być np. energetyka. Europa ma potencjał do tworzenia innowacyjnych rozwiązań w zakresie czystej energii. Podobnie jest z samochodami elektrycznymi – dodaje.
Sceptyczna Europa
Widać już pierwsze ruchy w kierunku większej niezależności. W czwartek szefowie brytyjskich banków odbyli pierwsze spotkanie w sprawie stworzenia krajowej alternatywy dla Visy i Mastercard. Wspierana przez rząd inicjatywa była dyskutowana od kilku lat, ale dopiero wypowiedzi Trumpa o Grenlandii skłoniły instytucje finansowe do konkretnych kroków. Nasiliły się obawy, że poleganie na amerykańskich firmach może zagrozić funkcjonowaniu systemu płatniczego w Wielkiej Brytanii, a w konsekwencji całej gospodarce. Z ubiegłorocznego raportu Payment Systems Regulator wynika, że ok. 95 proc. transakcji kartami w Wielkiej Brytanii wykonywanych jest za pośrednictwem Visy i Mastercard.
W Niemczech rząd Friedricha Merza przygotowuje się na scenariusz utraty amerykańskiego wsparcia wywiadowczego. Berlin planuje zwiększyć o 26 proc. (do 1,51 mld euro) budżet BND, agencji wywiadu zagranicznego, a także wzmocnić jej uprawnienia. Obawy Niemców nie są bezpodstawne – w marcu 2025 r. USA tymczasowo wstrzymały przekazywanie informacji Ukrainie, by wywrzeć presję na Kijów podczas negocjacji z Moskwą.
Zmian w podejściu do USA oczekują sami Europejczycy. Większość z nich nie postrzega już Stanów Zjednoczonych jako sojusznika – tak wskazuje raport przygotowany przez European Council on Foreign Relations (ECFR). Za wiarygodnego partnera uznaje Amerykanów zaledwie 8 proc. Szwajcarów, 10 proc. Hiszpanów i 12 proc. Niemców, Francuzów oraz Włochów. Największym zaufaniem cieszą się oni w Polsce (31 proc.), na Węgrzech (26 proc.) i w Wielkiej Brytanii (25 proc.). Dominuje opinia, że USA to „niezbędny partner, z którym należy utrzymać strategiczną współpracę”. Najwięcej osób przekonanych, że Stany Zjednoczone to „przeciwnik, z którym jesteśmy w konflikcie”, jest w Szwajcarii (21 proc.), Bułgarii (14 proc.) i Hiszpanii (13 proc.). – Dlatego nie mam pewności, czy najwięksi zwolennicy europejskiej autonomii, w tym Macron, faktycznie wierzą w potencjał deriskingu w maksymalistycznej wersji – uważa Bartłomiej Kot. Sugeruje, że unijni przywódcy traktują go jako „agendę polityczną” skierowaną do elektoratu zniesmaczonego polityką Trumpa.
Polska, która według badania ECFR pozostaje najbardziej proamerykańskim krajem, musi zdaniem Joanny Kluzik-Rostkowskiej „grać na dwóch fortepianach jednocześnie”. Jak podkreśla posłanka, w rozmowach z przedstawicielami obozu Trumpa w Waszyngtonie nasz kraj jest postrzegany jako prymus – m.in. za sprawą wysokich wydatków na obronność. – Przekłada się to na wyraźnie większą życzliwość wobec Polski niż wobec Europy jako całości – mówi Kluzik-Rostkowska. I dodaje: „Musimy z tego korzystać, bo jeśli Rosja zdecyduje się zaatakować jakiś kraj NATO, będziemy to my, a nie Francja”. ©Ⓟ