Historyczne centrum Filadelfii, w którym przed 250 laty ojcowie założyciele przyjęli Deklarację niepodległości, stało się niedawno areną sporu o to, do kogo należy amerykańska przeszłość. Pod koniec stycznia pracownicy National Park Service, federalnej agencji nadzorującej parki narodowe i państwowe muzea, zdemontowali plenerową wystawę poświęconą roli niewolnictwa w początkach Stanów Zjednoczonych. Gdy administracja Donalda Trumpa tłumaczyła się, że przekaz ekspozycji był kłamliwy i sprzeczny z narodowymi wartościami, oburzeni mieszkańcy oskarżyli ją o próbę narzucenia im wybielonej wersji dziejów. Michael Coard, adwokat i aktywista stojący na czele Avenging The Ancestors Coalition, organizacji walczącej o upamiętnienie krzywd afroamerykańskich przodków, nazwał akcję „skandaliczną i jawnie rasistowską”. Władze Filadelfii natychmiast skierowały do sądu federalnego pozew, w którym przekonywały, że ingerowanie w ekspozycję bez zgody miasta było nielegalne. W poniedziałek sędzia Cynthia Rufe przyznała im rację i poleciła National Park Service ponownie zainstalować 34 tablice. W swojej decyzji skrytykowała rząd za próbę zastąpienia „obiektywnych faktów wypaczoną narracją”, podkreślając, że takie manipulowanie zbiorową pamięcią przywodzi jej na myśl „Rok 1984” George’a Orwella. „Usunięte elementy wystawy nie były zwykłą dekoracją, którą można dowolnie zdjąć i przywrócić; były formą upamiętnienia pochodzących z Afryki mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy żyli, pracowali i umierali w Stanach Zjednoczonych jako osoby zniewolone” – napisała w orzeczeniu sędzia. I dodała: administracja „nie może arbitralnie rozstrzygać o tym, co jest prawdą, w oparciu na własnym widzimisię lub kaprysy swojego zwierzchnika”. Biały Dom zapowiedział już odwołanie.
Aksamitny pochód USA
Ekspozycja, która zbulwersowała Trumpa tak bardzo, że nasłał na nią ekipę z łomami, znajdowała się na terenie dawnej Rezydencji Prezydenta (President’s House), siedziby pierwszego przywódcy kraju George’a Waszyngtona. Dziś można zobaczyć już tylko zarys jej fundamentów – po przeniesieniu stolicy do Waszyngtonu w 1800 r. budynek przeszedł w prywatne ręce, w których powoli popadał w ruinę, aż w końcu został wyburzony. W 2010 r., po wielu latach starań czarnych aktywistów, otworzono tam wystawę, która uwypuklała leżącą u podstaw amerykańskiego projektu sprzeczność między głoszonymi ideałami wolności i równości a czerpaniem korzyści z systemu niewolniczego. Zwiedzający mogli się z niej dowiedzieć m.in., że gdy ojcowie założyciele walczyli o utrwalenie zdobyczy wojny o niepodległość, prawie 700 tys. uprowadzonych z Afryki ludzi żyło w całkowitej zależności od woli swoich właścicieli. Byli bici, torturowani, gwałceni, głodzeni. Ekspozycja poświęciła szczególną uwagę dziewięciorgu niewolników służących w filadelfijskiej rezydencji George’a Waszyngtona (na jego plantacji w Wirginii pracowało kolejnych 300). Najbardziej znaną z nich była Oney Judge, która po kilkunastu latach troszczenia się o potrzeby pierwszej damy Marthy zbiegła na północ, gdzie spędziła resztę życia jako wolna kobieta. Decyzję o ucieczce podjęła wiosną 1796 r., gdy usłyszała od swojej pani, że ma zostać podarowana jej wnuczce Elizabeth jako prezent ślubny. Pewnego popołudnia, gdy domownicy zasiedli do obiadu, Oney wymknęła się z rezydencji i z pomocą zaprzyjaźnionych abolicjonistów została przemycona na statek płynący do Portsmouth w stanie New Hampshire. Prezydencka para nie zapomniała łatwo o swojej własności. Waszyngton zamieścił ogłoszenia w filadelfijskich gazetach, obiecując nagrodę pieniężną za schwytanie uciekinierki, a po ustaleniu jej miejsca pobytu zażądał od lokalnych władz, by wyekspediowały ją z powrotem. Miejscowi odmówili z obawy, że na wieść o uprowadzeniu kobiety rzecznicy abolicji mogliby wzniecić zamieszki.
Usunięcie wystawy w Filadelfii to jeden z licznych przykładów pokazujących, jak pod pretekstem promowania patriotycznych wartości i tępienia „ideologii woke” administracja Trumpa forsuje oczyszczoną z niewygodnych faktów interpretację dziejów Stanów Zjednoczonych. Przeszłość w wydaniu MAGA to kronika aksamitnego pochodu ku potędze: heroicznych zmagań, nieprzerwanych zwycięstw, religijnej harmonii i zasypywania podziałów rasowych. Trump i jego akolici wychodzą z założenia, że pamięć zbiorowa ma eksponować bohaterów i momenty, które wzmacniają nacjonalistyczną mitologię Ameryki jako supermocarstwa ucieleśniającego siłę, sprawczość i boskie przeznaczenie. Nie ma tam zbyt dużo miejsca na błędy, konflikty i niesprawiedliwości przypominające o tym, że ideały wolności i równości, które nadawały kierunek zbiorowym aspiracjom, w praktyce często szły w parze z przemocą i wykluczeniem. Skomplikowane postacie zostają tu zredukowane do awatarów narodowej wielkości, a niewolnictwo i masakry rdzennej ludności są sprowadzane do epizodów ilustrujących postęp moralny, jakiego dokonały Stany Zjednoczone.
Szkalowanie Amerykanów
Kampania wymazywania doświadczeń mniejszości ruszyła w marcu 2025 r. wraz z wydaniem rozporządzenia wykonawczego pod znamiennym tytułem „Przywracanie prawdy i zdrowego rozsądku w amerykańskiej historii”. Trump skarży się w nim, że instytucje kultury w USA promują wykrzywiony obraz przeszłości, w którym fakty wyparła „trująca ideologia”. „Ten rewizjonistyczny ruch stara się zdyskredytować niezwykłe dokonania Stanów Zjednoczonych, odmalowując nasze idee założycielskie i kluczowe momenty dziejowe w negatywnym świetle” – przekonywał prezydent. Jego zdaniem pod dyktatem lewicy amerykańskie zasługi w krzewieniu wolności i praw jednostki „przedstawiane są jako z natury rasistowskie, seksistowskie, opresyjne lub skażone inną nieodwracalną wadą”. Efektem jest „pogłębienie podziałów społecznych i podsycanie poczucia narodowego wstydu”.
Dokument upoważnił pracowników National Park Service do usunięcia z setek federalnych muzeów i miejsc pamięci „wszelkich opisów, obrazów lub innych materiałów, które nieuzasadnienie szkalują Amerykanów, zarówno tych nieżyjących, jak i współczesnych”. Nieprawomyślny przekaz miały zastąpić treści „koncentrujące się na wspaniałych osiągnięciach i rozwoju narodu amerykańskiego”.
„To rozporządzenie jest niczym innym jak wypowiedzeniem politycznej wojny historykom” – komentował na łamach „New York Timesa” prof. David Blight z Uniwersytetu Yale.
Kolejnym zadaniem było przywrócenie pomników obalonych na fali masowych demonstracji przeciwko nierównościom rasowym, które wybuchły w maju 2020 r. po zabójstwie George’a Floyda w Minneapolis. Z placów i parków znikały wtedy posągi Jeffersona Davisa, Roberta E. Lee i innych przywódców walczącej o utrzymanie niewolnictwa Konfederacji. Z cokołów zrzucano figury kojarzone z ekspansją kolonialną i zniewoleniem rdzennej ludności, takich jak Krzysztof Kolumb i Cecil Rhodes. Statki wojenne i bazy wojskowe noszące nazwiska generałów armii konfederackiej dostawały nowych patronów (np. Fort Bragg, upamiętniający uważanego za jednego z najokrutniejszych generałów wojny secesyjnej Braxtona Bragga, przemianowano na Fort Liberty).
To, co aktywiści Black Lives Matter nazywali rozliczeniami z uporczywą spuścizną rasizmu, kończący pierwszą kadencję Trump obwołał „skrajnie lewicowym faszyzmem”. „Oni są zdecydowani zniszczyć każdy pomnik, symbol i ślad naszego narodowego dziedzictwa” – mówił na obchodach Dnia Niepodległości, stojąc na tle wykutych w Mount Rushmore głów czterech prezydentów USA. Podsycanie wojny kulturowej miało dodać rozpędu jego staraniom o reelekcję.
Donald Trump kontra lewicowy faszyzm
Wydarzenia 2020 r. wywarły ogromny wpływ na politykę historyczną w tej kadencji. Krucjata przeciwko „woke historii” nie ogranicza się już do ostrzeżeń i pohukiwań. Na Plac Sądownictwa w Waszyngtonie, 2 km od Białego Domu, powróciła statua Alberta Pike’a, generała Konfederacji podejrzewanego o przynależność do Ku Klux Klanu. Kiedy pięć lat temu aktywiści zrzucili i podpalili pomnik, prezydent potraktował to jako osobistą zniewagę. „Hańba dla naszego kraju!” – pisał na X.
Muzea zamieniły się w arenę turbopatriotycznej ofensywy – wymierzonej szczególnie w narracje o zmaganiach czarnej społeczności. Na polecenie Białego Domu przed końcem lata urzędnicy sporządzili długą listę ekspozycji i opisów obiektów historycznych, które ich zdaniem „szkalują Amerykanów”. W samej Filadelfii zgłosili zastrzeżenia do kilkudziesięciu ekspozycji – obok Rezydencji Prezydenta na indeks trafiło m.in. Muzeum Benjamina Franklina za inter aktywną prezentację, która wspomniała o ewolucji ojca założyciela od właściciela niewolników do orędownika abolicji. Na szlaku upamiętniającym marsze ruchu praw obywatelskich z Selmy do Montgomery w 1965 r. wytypowano do usunięcia ok. 80 tablic. Na celowniku znalazła się też wystawa w Topece w stanie Kansas, gdzie przed ponad 70 laty rozegrała się słynna sprawa otwierająca drogę do desegregacji szkół. Przedstawicielom administracji nie spodobało się, że padało tam słowo „równość” (equity).
Cenzorskiego oka nie ominęły materiały dotyczące innych grup. W Parku Narodowym Wielkiego Kanionu zdemontowano tablicę informującą, że osadnicy „wyparli rdzenne plemiona z ich ziem” i „eksploatowali te tereny na potrzeby górnictwa i hodowli bydła”. Ze Stonewall National Monument, pomnika na Manhattanie poświęconego ruchowi LGBTQ, po cichu usunięto tęczową flagę. Z kolei personel uchodzącego za ośrodek narodzin amerykańskiej rewolucji przemysłowej kompleksu historycznego w Lowell w Massachusetts musiał wycofać z ekspozycji dwa filmy o katorżniczych warunkach pracy robotników – w większości imigrantów – w tamtejszych zakładach włókienniczych. W miniony wtorek grupa stowarzyszeń historycznych, przyrodniczych i naukowych złożyła w sądzie federalnym w Bostonie pozew, w którym oskarża rząd o nielegalną ingerencję w funkcjonowanie instytucji kultury i parków narodowych.
W epicentrum krucjaty Trumpa znalazła się Smithsonian Institution, prestiżowa sieć 21 instytucji obejmująca m.in. Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Amerykańskiej Historii. W marcowym rozporządzeniu gospodarz Białego Domu ubolewał, że w ostatnich latach lansowała ona przesiąknięte „polaryzującą ideologią rasową” narracje, które ukazują wartości Ameryki i całego Zachodu jako szkodliwe i opresyjne. Na platformie Truth Social porzucił eufemizmy. „Mówi się tam tylko o tym, jak okropny jest nasz kraj i jakie straszne było niewolnictwo” – napisał.
Choć Smithsonian działa niezależnie, to w przeciwieństwie do prywatnych muzeów ponad 60 proc. jego bud żetu stanowią fundusze federalne. O ile poprzednie administracje respektowały autonomię instytucji, o tyle obóz MAGA postanowił wykorzystać wszelkie dostępne środki nacisku, by skłonić je do prezentowania bardziej pozytywnego obrazu Stanów Zjednoczonych. Użytecznym narzędziem okazała się rada nadzorcza, w której obok republikańskich i demokratycznych członków Kongresu zasiadają wiceprezydent i prezes Sądu Najwyższego. Pod presją Białego Domu zobowiązała ona szefa Smithsonian Lonniego Buncha do zlustrowania wszystkich zbiorów pod kątem „stronniczości”.
Czystki zaczęły się latem od wyrzucenia z wystawy o amerykańskiej prezydenturze plakietek ze wzmiankami o dwóch próbach impeachmentu Trumpa. Krótko potem Biały Dom opublikował autorski wykaz problematycznych ekspozycji i treści. Tak jak w innych przypadkach miał najwięcej pretensji o informacje dotyczące niewolnictwa i segregacji, choć nie zabrakło też skarg na inne tematy. W tęczowej fladze wywieszonej w Muzeum Amerykańskiej Historii dopatrzono się propagowania homoseksualizmu, a w portrecie rodziny uchodźczej przeprawiającej się przez mur na granicy z Meksykiem – promowania liberalnej polityki imigracyjnej. Najbardziej drażliwe materiały wycofano – np. tabliczkę z Muzeum Historii i Kultury Afroamerykanów, która stwierdzała, że indywidualizm, ciężka praca, rodzina nuklearna, wiara w postęp, uprzejmość czy odroczona gratyfikacja to wyróżniki „białej kultury” (konserwatyści burzyli się, że wartości te są przepisem na powodzenie w życiu niezależnie od rasy). Było to jednak za mało, by udobruchać prezydenta. W grudniu administracja postawiła Bunchowi ultimatum: jeśli nie spełni jej żądań, Smithsonian straci finansowanie.
Łuk Donalda Trumpa
Dogodną okazją do promowania trumpistowskiej wizji dziejów stały się przypadające w tym roku obchody 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości. Przez cały rok we wszystkich stanach planowane są imprezy, których punktem kulminacyjnym będzie zasilana dolarami big techu i branży krypto feta 4 lipca. Patriotyczna pompa i emocjonalny patos splotą się tam z festynowym klimatem i estetyką nadmiaru charakteryzującymi widowiska MAGA. – To będzie przyjęcie urodzinowe, jakiego jeszcze nie widziano – obiecał prezydent. Fajerwerkom i jarmarkom z corn dogami mają towarzyszyć inicjatywy z trumpistowskim rozmachem. 14 czerwca, w dniu swoich 80. urodzin, przywódca USA zorganizuje na trawniku przed Białym Domem galę UFC (Ultimate Fighting Championship). Dziennikarzom zdradził, że jego ekipa zbuduje tam tymczasowy stadion na 100 tys. widzów. W sierpniu w zawodach nazwanych „America 250 Grand Prix” na ulicach Waszyngtonu zmierzą się bolidy wyścigowe IndyCar. W programie znalazły się też „Igrzyska Patriotyczne” (Patriot Games), młodzieżowe zawody z udziałem jednej dziewczyny i jednego chłopca z każdego stanu. Na platformie X demokraci drwili, że impreza nasuwa skojarzenia z „Igrzyskami śmierci”.
Za organizację i pozyskiwanie funduszy na wydarzenia osobiście firmowane przez Trumpa odpowiada powołana w grudniu grupa non-profit Freedom 250. Z dokumentów ujawnionych przez „New York Times” wynika, że działa ona jak kanał sprzedawania dostępu do władzy: ludzie i firmy, które dołożą się do obchodów 250-lecia, mogą otrzymać wejściówki do Białego Domu i starać się o jego przychylność. Wpłata 1 mln dol. gwarantuje zaproszenie na prywatne przyjęcie z prezydentem i szansę na wspólne zdjęcie. 2,5 mln dol. daje prawo wystąpienia podczas rocznicowej ceremonii w Waszyngtonie.
Najbardziej ekstrawaganckim – i najtrudniejszym do realizacji – pomysłem Trumpa na 250-lecie Stanów Zjednoczonych jest konstrukcja ponad 76-metrowego łuku triumfalnego, który przyćmiłby rozmiarami Mauzoleum Lincolna (jego wysokość to 30 m), a także paryski Arc de Triomphe (50 m). Według źródeł „Washington Post” prezydent ma już upatrzoną działkę nad Potomakiem w okolicy mostu Arlington Memorial. Skala projektu wywołuje zaniepokojenie wśród ekspertów architektonicznych. Krytyczni są nawet ci, którzy początkowo popierali ideę. Ich zdaniem tak ogromna budowla przytłoczyłaby pobliskie miejsca pamięci i zasłoniła widok pieszym. „Nie wydaje mi się, że to odpowiednie miejsce dla łuku takiej wielkości” – powiedział gazecie Catesby Leigh, którego koncepcja znacznie skromniejszego łuku zainspirowała prezydenta. Koszty inwestycji mają pokryć prywatne darowizny niewykorzystane na budowę sali balowej w Białym Domu. Wśród sponsorów są m.in. Amazon, Google i Lockheed Martin. ©Ⓟ