Uczestnicy grudniowego seminarium Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP) mieli za zadanie sprawdzić, czy możliwy jest konsensus w sprawie reform koniecznych dla zapewnienia Polsce wzrostu. Zważywszy na ostry konflikt polityczny, o wielkich reformach nikt się nawet nie zająknął. Wyraźnie ujawniło się jednak przekonanie, że mimo politycznej zawieruchy można uwolnić nietradycyjne źródła wzrostu i rozwoju, które są – lub częściej: mogą być – dla gospodarki efektywną turbosprężarką.
Rodzinne firmy i zamówienia publiczne
Słuszne byłoby skupienie się na rozwoju polskich przedsiębiorstw poprzez system zamówień publicznych – mówił Ignacy Morawski z „Pulsu Biznesu”. Dzięki państwu mogłyby powstawać warunki do wytwarzania urządzeń, rozwiązań cyfrowych oraz innych produktów/usług potrzebnych w kraju, a teraz kupowanych za granicą.
Jest być może miejsce na takie rozwiązanie w postaci małej ścieżki doświadczalnej, ale układanie dla niego drogi byłoby błędem. Od lat kolejne ekipy rządowe wypalają ogniem „błędy i wypaczenia” poprzedników, więc zamówienia rządu X szłyby do kosza po zmianie ekipy na Y. Skoro zamówienia publiczne miałyby obejmować zupełnie nowe urządzenia i technologie, to skąd brać kosztowe punkty odniesienia, bez których rzeczone przetargi stałyby się dla państwa dziurawym workiem z wielkimi pieniędzmi?
Zasadniczy jest jednak inny argument przeciw. Od lat wiemy, że państwo nie jest stworzone do kierowania gospodarką. Błądzi i przegrywa z oczywistej przyczyny, że gdy wciela się w rolę kierownika, wydaje pieniądze, na których pozyskanie nie wylało wiader własnego potu. Podpisywanie przez państwo kolejnych faktur nie wywołuje dygotu, zwłaszcza że na każdym dokumencie są liczne pieczątki z bezpośrednią lub pośrednią zgodą na wypłaty środków. Tworzenie podkładek trwa jednak bardzo długo, co sprawia, że potencjalna realizacja zamówienia publicznego na stworzenie czegoś, co jeszcze nie istnieje, kończy się prezentacją analogowego telefonu, który miałby konkurować z najnowszym smartfonem.
Problem z udziałem państwa w biznesie polega także na tym, że gdy dać mu mały palec, to nie mija chwila, a już sprawuje przewodnią rolę w gospodarce. W najlepszym razie kończy się to marazmem w wyniku wdepnięcia w pułapkę średniego rozwoju. Co gorsze, wyrwać państwu to, co kiedyś samo wyrwało, jest praktycznie niemożliwe i na zauważalną skalę ma miejsce tylko w momentach przełomowych, takich jak w Polsce upadek PRL, w Wielkiej Brytanii – rządy lady Thatcher, a w Szwecji wielki kryzys finansowy przed końcem XX w.
W ujęciu mikro firmy kontrolowane przez państwo tracą czas w oczekiwaniu na instrukcje od właściwego ministra, który i tak zdaje się na doradców niegrzeszących śmiałością i rozmachem. W bieżącej i krótkiej perspektywie SSP wybierają więc podejścia niekontrowersyjne, czyli co najwyżej miałkie.
Mówi się, że w USA jest jakoby inaczej, lecz po śmierci Franklina D. Roosevelta dotyczy to niemal wyłącznie broni i militarnych zastosowań technologii oraz kosmosu. Amerykański system zamówień jest ponadto niesłychanie rozrzutny. Jeden, i to nie najbarwniejszy, przykład: US Navy zamówiła lata temu okręty podwodne nowej klasy SSN(X). Według założeń z 2014 r. pierwsza jednostka miała być gotowa w 2021 r., potem w 2025 r., a aktualny termin to 2040 r. lub jeszcze później.
Zmurszały rynek kapitałowy musi zacząć błyszczeć
W grudniu 2025 r. oszczędności osób prywatnych zdeponowane w bankach wyniosły nieco ponad 1,3 bln zł. Te wielkie pieniądze wspierają system bankowy, ale drogę do przedsiębiorstw mają przymkniętą. Leszek Skiba, doradca Prezydenta RP, a wcześniej wiceminister finansów i prezes Pekao SA, mówił w tym kontekście o wzmacnianiu rynku kapitałowego, bardzo osłabionego wskutek przekierowania uwagi Polaków z pieniędzmi w portfelach na nieruchomości. Warunkiem powrotu oszczędności na giełdę i inne domeny kapitałów jest w opinii Skiby niwelowanie ryzyka prawnego i powrót dawno nieodczuwanego poczucia stabilności. Ponieważ nic nie zapowiada unormowania sytuacji konstytucyjno-sądowo-prawnej, rozwiązaniem pomostowym mogłoby się stać utworzenie odrębnych, wyspecjalizowanych sądów zajmujących się sprawami szeroko rozumianych inwestycji i transakcji kapitałowych. W ten sposób można byłoby zapewnić rozstrzyganie spraw przez sędziów mających te kwestie w małym palcu, co zdecydowanie przeczy dzisiejszym realiom.
Swoje w tej sprawie dołożył prowadzący seminarium były wiceminister finansów Stefan Kawalec, zauważając na przykładzie kadłubków po OFE, iż Polacy nie mają zaufania do programów sponsorowanych przez państwo. Na przykład w bardzo hojnym dla oszczędzających na długi okres programie pracowniczych planów kapitałowych (PPK) bierze udział zaledwie jedna trzecia pracowników. Tak niewiele, mimo że ich wpłatom towarzyszą wpłaty ich pracodawców. To tak, jakby zamówić w eleganckiej restauracji wytworne danie główne i dostać do tego w gratisie półmisek ostryg. Wniosek: Polacy nie polubili jeszcze ostryg. Niech żałują, ale potem niech nie szkodują. Jeśli inwestycje dokonywane w ramach PPK przyniosłyby po latach mały zwrot, to oszczędzający i tak sporo zyskaliby (zyskują) dzięki systematycznym wpłatom swoich pracodawców.
Suwak OFE
Dobrze pomyślany ćwierć wieku temu program OFE kończy żywot. Są tej agonii przykre skutki. Podobnie jak w największych i najsilniejszych państwach Europy, zobowiązania emerytalne polskiego państwa nie mają w olbrzymiej większości pokrycia w rzeczywistych zasobach finansowych. Gorzej, że gdy dzisiejsi 50-latkowie zaczną przechodzić w stan zawodowego spoczynku, na ich emerytury łożyć będą mniej liczne pokolenia ich dzieci i wnuków. Na mniej grząskim terenie, znacznie bezpieczniejszym dla starców, są w Europie jedynie Holandia, Szwecja, Dania i Islandia, w których dzięki wielkiemu rozbudowaniu prywatnych funduszów inwestycyjnych duża część zobowiązań emerytalnych ma pokrycie w łatwych do upłynnienia aktywach, czyli w uproszczeniu – w żywej gotówce.
Niedługo czeka nas zatem dramat – trzeba będzie podnieść wiek emerytalny i jednocześnie składki. Kawalec podsunął rozwiązanie łagodzące, które polegałoby na tym, że środki z suwaka OFE zamiast na wirtualne rachunki emerytalne w ZUS byłyby kierowane na indywidualne konta uczestników PPK. W okresie 2014–2025 OFE umorzyły w ramach suwaka i przekazały do ZUS jednostki uczestnictwa o wartości ok. 80 mld zł. Pieniądze te rozchodzą się obecnie na regulowanie bieżących zobowiązań emerytalnych ZUS, zaś w PPK byłyby pomnażane.
Gdyby założyć, przykładowo, że środki z suwaka wędrowałyby na jakiś „ostrożny” fundusz inwestycyjny, a średnioroczna realna stopa zwrotu (stopa wyliczana jako inflacja + zwrot) wyniosłaby jedynie 0,5 proc., to w 2025 r. fundusz miałby dziś realną wartość niemal 82 mld zł, a przy realnej rocznej stopie zwrotu równej 3 proc. prawie 92 mld zł. Niby mało, ale tych pieniędzy starczyłoby na wypłatę 8 mln emerytów świadczeń należnych za trzy lub trzy i pół miesiąca (w kwietniu 2025 r. ZUS wydał na emerytury ok. 26, mld zł).
Zatkanie luki w bieżących przychodach ZUS poprzez odcięcie strumyka z OFE wymagałoby relatywnie niewielkich cięć w budżecie, co dziś wydaje się jednak nie do przeprowadzenia, więc miejsce pomysłu jest na półce z dobrymi chęciami. Ponowne rozwinięcie rynków kapitałowych degradowanych w Polsce przez minione ćwierćwiecze to kwestia z rodzaju być albo nie być. I tu też ustawiono wielkie przeszkody, głównie natury ideologiczno-politycznej, więc dziś nie do dyskusji, ponieważ słowa takie jak kapitał i prywatyzacja są – z małymi wyjątkami – w kręgach politycznych od dawna zakazane.
Przepływ danych napędza gospodarkę
Dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego Maciej Sobolewski przywołał z kolei resztę Solowa. Solow uznał 70 lat temu, że części wzrostu gospodarczego nie da się wyjaśnić zaangażowaniem kapitału i pracy, i tę właśnie część nazwał resztą, składającą się w jego ówczesnej opinii głównie z badań i rozwoju oraz edukacji. Minęło sporo lat od jego obserwacji i sformułowania na ich podstawie przełomowych wniosków, więc „reszta” jest dziś większa i bardziej urozmaicona.
W opinii Sobolewskiego olbrzymim polem do wykorzystania jest w tym kontekście data flow, czyli przepływ informacji gromadzonych wszędzie i powszechnie, ale u nas trzymanych pod kluczem szeroko rozumianego państwa, instytucji publicznych oraz przedsiębiorstw. Mnożą się opinie, że już w nadal wstępnej fazie wykorzystywania sztucznej inteligencji (AI) pożytek z data flow może być dla rozwoju i wzrostu gospodarczego równy lub większy od zysków zawdzięczanych tradycyjnym badaniom i wdrożeniom (B+R).
Korzyści ekonomiczne z ograniczonego lub pełnego przepływu danych ujawniają się m.in. w notowaniach giełdowych oraz statystykach gospodarczych, zwłaszcza z USA i Chin. W obu tych gigantycznych państwach trwa wyścig o prymat w AI. Jego efekty ekonomiczne widać jak na dłoni. Na przykład wedle wszelkich znanych zasad gospodarka USA powinna ucierpieć na nieskoordynowanych posunięciach Donalda Trumpa, a tymczasem w trzecim kwartale 2025 r. realny PKB za ten okres wzrósł w ujęciu rocznym o 4,3 proc. Prezydent twierdzi, że to skutek zaordynowanych przez niego ceł, ale to teza mocno wątpliwa. Zdaje się, że dały o sobie znać wstępne efekty ekspansywnego „kolonizowania” przez Amerykanów wielkich połaci AI, które staną się zapewne dla USA tym, czym kilka stuleci temu było dla Hiszpanów srebro oraz złoto Majów i Inków.
W amerykańskiej gospodarce wolnorynkowej zasoby informacji są towarem podlegającym wymianie. Dzięki temu mogą powstawać ogromne, dynamiczne zbiory danych, których zaawansowana przeróbka daje wielomiliardowe efekty finansowe. Obrót danymi ułatwiają luźniejsze w USA regulacje dotyczące praw autorskich i patentowych. W UE i w Polsce data flow na optymalną skalę to głównie pieśń nieokreślonej przyszłości, więc warto sięgać choćby tylko po owoce z najniższych gałęzi. Mowa tu np. o korzyściach firm e-commerce z automatyzacji przepływu informacji o zamówieniach. W bankowości przepływ danych transakcyjnych umożliwia m.in. sprawniejsze wykrywanie nietypowych wzorców i w rezultacie ogranicza potencjalne oszustwa. W firmie produkcyjnej agregowanie i automatyczna analiza ciągłych sygnałów z czujników obserwujących pracę urządzeń wyznacza optymalne daty konserwacji i przedłuża okres bezawaryjny.
Zero bureaucrazy
Dokładnie rok temu, w grudniu 2024 r. Estonia zakończyła cyfryzację wszystkich usług rządowych. Końcowym akordem było wprowadzenie możliwości wystąpienia o rozwód po wypełnieniu właściwych formularzy na rządowej stronie internetowej.
Enel Pungas z estońskiego MSW powiedziała, że „cyfryzacja rozwodów odzwierciedla zaangażowanie Estonii w upraszczanie i ułatwianie dostępu nawet do najbardziej złożonych wydarzeń życiowych. Nie chodzi tylko o technologię, ale o tworzenie usług, które zaspokajają potrzeby ludzi w trudnych chwilach”. Dla uczczenia tego osiągnięcia Estonia przeprowadziła w pierwszym kwartale minionego roku kampanię „100% Digital and 0% Bureaucrazy”.
Władze Estonii zapewniają, że ich model e-rządu jest do wykorzystania wraz z narzędziami i gotowymi systemami na całym świecie.
Podatki jak kaczki
Niesamowite znaczenie dla gospodarki miałby czytelny i stabilny system podatkowy – podkreślił Aleksander Łaszek z Deloitte. Mógłby mieć, ale nie ma i w dającej odgadywać się przyszłości mieć nie będzie. Tak poplątany, nieprzewidywalny i zmienny system podatkowy jak u nas, to sadomasochistyczny zabójca rozwoju i wzrostu. Dopiero na dalekim drugim miejscu jest w tym kontekście wysokość stawek podatkowych. Obowiązujące w Polsce są do przyjęcia. Każdy biznesmen wolałby wprawdzie odprowadzać niższe podatki, ale znakomita większość to trzeźwi realiści, którzy wiedzą, że tego akurat nie dożyją.
Działającą niespiesznie, lecz zabójczą trucizną jest niejednoznaczność obowiązków podatkowych. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej podpisuje rocznie ok. 20–25 tys. interpretacji podatkowych. Poruszanie się firm po przepisach i ich interpretacjach to zatem przeprawa przez trzęsawiska i nierzadko – topieliska. Same w sobie interpretacje to nienajważniejszy kłopot. Problem z nimi polega głównie na tym, że zastępują stabilne prawo. W konsekwencji litera bardzo kiepskiego na tym polu prawa ustępuje mniemaniom urzędników kierujących się rzeczywistymi lub domyślnymi oczekiwaniami władzy wykonawczej, która od zawsze jest przecież w Polsce w kłopocie budżetowym.
Skąd tyle wątpliwości w sprawach obowiązków podatkowych? Polskie prawo podatkowe jest nie tylko niezwykle kazuistyczne, pełne wyjątków, odesłań oraz niejasności: przypadkowych czy może jednak nieprzypadkowych. Przepisy podatkowe zmieniane są na gwizdek, w który dmucha głównie rząd. W większości zmian nie uświadczysz logiki i spójności z dotychczasowym dorobkiem. To najważniejsza przyczyna tak częstego sięgania przez biznes po indywidualne interpretacje podatkowe. W efekcie stały się one rodzajem ubezpieczenia przed ryzykiem podatkowym. W ruchu drogowym państwo stara się zmniejszać zagrożenia, w przypadku podatków intensywnie je pomnaża.
Łaszek powtórzył za wieloma innymi, że system podatkowy powinien być neutralny. Jest to pojęcie wieloznaczne, ale trafne jest skojarzenie z kaczkami, które również zimą są niemal stale na wodzie, a nie ziębną. Zawdzięczają to smarowaniu się tłuszczem, który czerpią z gruczołu położonego w pobliżu ogona i który rozprowadzają dziobem po piórach. Neutralne podatki powinny zatem spływać po nas jak woda po kaczkach, a nam, nieborakom wystarczyłyby nieabsorbujące ruchy „dziobem”, żeby z nimi egzystować.
W dobrym kierunku idzie pomysł wprowadzenia obowiązkowych testów przystępności i zrozumiałości przepisów przed przesłaniem projektów ustaw do laski marszałkowskiej lub publikacją rozporządzeń. Mógłby to być młot na wykucie w metalu czytelności paragrafów. Wystarczyłoby, gdyby potencjalne pilotaże gromadziły służby finansowe przedsiębiorstw, doradców podatkowych i wszystkich innych zainteresowanych. Z setek innych propozycji formułowanych w szeroko rozumianej kwestii podatkowej na nieustanne powtarzanie zasługuje postulat sformułowany przez polską afiliację Grant Thornton wprowadzenia przy zmianach podatkowych minimum półrocznej vacatio legis, ustanowienia ustawowego zakazu wprowadzania zmian podatkowych w trakcie roku, jak również obowiązku dokonywania po roku dwóch ocen skutków regulacji (OSR) z udziałem przedsiębiorców. Realizacji tych postulatów nie wolno zaniechać, a jednak ciągle są nieziszczalne.
Pot nie musi nas oblewać
Polska potrzebuje wielkich zmian, bo, tak jak wszystkie inne, nasza gospodarka powinna dostosować się do rewolucyjnej metamorfozy dokonującej się w świecie. Wcześniej byliśmy w tym świetni. Parafrazując, dość szybko udało się nam pożegnać Maluchy, zresztą nie rodzimego, ale włoskiego chowu, bardzo krótko trwała faza Polonezów. Dziś na drogach rządzą miliony zużytych aut z Niemiec, a tylko po ulicach wielkich miast pomykają stada nowych Mercedesów, BMW czy Lexusów. Trzymając się tego przykładu, bez wielkich zmian nie doczekamy się na drogach milionów najnowszych modeli aut spod igły lub prawie nieśmiganych.
Wszystkie przemyślenia uczestników seminarium sprowadzają się do akronimu TFP. Po angielsku to Total Factor Productivity, po polsku – całkowita wydajność wszystkich czynników. TFP jest równoznaczne z zapominaną resztą Solowa. Usłyszeć można anegdotę, że TFP jest miarą ignorancji ekonomistów, którzy nie potrafią przypisać rosnącej części wzrostu gospodarczego do konkretnych wkładów w formie kapitału i pracy. Mawia się, że jest co najmniej 1001 sposobów na osiąganie większych wartości TFP. Cytowany przez „The Economist” Arnold Harberger z UCLA lubi posługiwać się przykładem szefa firmy odzieżowej, który zwiększył wydajność pracownic o 20 proc. dzięki odtwarzaniu muzyki w szwalniach. TFP kojarzone jest zatem z technologią i wydajnością, a nie z wysiłkiem lub kosztami. Noblista Paul Krugman mówi w tym kontekście o „inspiracji” w miejsce „potu”.
Na czele zestawienia państw z najwyższym udziałem TFP sporządzonego na podstawie Penn World Table są oczywiście USA, a za nimi Szwajcaria i Dania. Wysoko, ale niżej niż państwa Europy Zachodniej są Korea Płd., Tajwan i Japonia, które tworzą PKB przede wszystkim usilną pracą. Narzędzie AI twierdzi, że pod względem pozytywnego wpływu TFP Polska znajduje się mniej więcej na 30.–40. miejscu na świecie, czyli w środku globalnej stawki, ale daleko za liderami.
Jest w Polsce potrzeba dokonywania rzeczy wielkich, ale jeśli w warunkach ostrego podziału i politycznego rozproszenia Polaków jest to marzenie ściętej głowy, to niech dzieją się chociaż rzeczy mniejsze, choć niebłahe
W tablicach Penn University ukryła się wszakże niespodzianka. Zajmując obecnie mniej więcej siódme miejsce w świecie, Polska należy do globalnej szpicy wzrostu TFP w okresie 1990–2023. Wyprzedzamy USA, Japonię i większość państw Europy Zachodniej. Przed nami i na pierwszym miejscu w tym zestawieniu jest Korea Płd., za nią Chiny, Indie, Tajwan, Chile i Peru. Dwóch ostatnich nikt o coś takiego w najśmielszych snach by nie podejrzewał, a jednak. W naszym przypadku bardzo wysoką pozycję zawdzięczamy głównie integracji w ramach UE i wielkiej modernizacji przemysłu. Nie wiadomo, czy uczestnicy seminarium mieli świadomość tej polskiej ucieczki do przodu, ale wszystkie ich propozycje sprowadzały się właśnie do TFP. Trafili w punkt „możności” na zbyt szerokich przestrzeniach „niemożności”. ©Ⓟ