Chamenei nie żyje – tą wieścią raz na kilka miesięcy, a bywa że i częściej, żyją portale irańskiej opozycji zarówno w kraju, jak i rozsianej po świecie diaspory. Żyje, lecz nie rusza się z łóżka. Rak. Trzustki, żołądka, jelita. Parkinson, alzheimer, demencja. Coś musi być na rzeczy, bo nie poprowadził modłów w ostatnie święto, a od miesięcy nie pokazali go w telewizji. Był zamach stanu, strażnicy rewolucji przejęli władzę w kraju i go uwięzili.

Gdy któregoś dnia ajatollah Ali Chamenei – Najwyższy Przywódca Iranu, w skrócie Rahbar – umrze, niewielu w to uwierzy. Ale też, widząc, jak opozycja wykrzykuje pod jego adresem: ,,Śmierć dyktatorowi!” i gdzieniegdzie niszczy jego wizerunki, zapewne równie niewielu się tym przejmie. Bo Chamenei nie był i nie jest nikim więcej jak administratorem przygasającej rewolucji islamskiej. Wszyscy muszą go słuchać, ale nikt za nim nie idzie. Może czegoś zakazać dworzanom, a jednocześnie nad wieloma z nich nie sprawuje kontroli. I nie ma na siebie żadnego pomysłu poza przetrwaniem jeszcze jednego dnia. Człowiek bez historii do opowiedzenia i przyszłości do zaproponowania.

Iran: kukiełka, która zerwała się ze sznurka

Jeki bud, jeki nebud (był ktoś, a może kogoś nie było) – coś w rodzaju „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”. Hooman Majd, pisarz, dziennikarz oraz producent muzyczny irańskiego pochodzenia, który u progu tego stulecia wrócił do ojczyzny, przypomina, że tą frazą zwykły zaczynać się perskie bajki. „Rahbar. Nazwa tego stanowiska nie tylko podkreśla, że Iran to kraj na zawsze rewolucyjny, lecz także uwidacznia dwie przeciwstawne tendencje narodowego charakteru Irańczyków, którzy w ciągu ostatnich stuleci gardzili każdym ze swoich władców i każdego z nich wyśmiewali niezależnie od jego dokonań i osobowości, a jednocześnie pragnęli mocnego przywództwa oraz postaci, którą można podziwiać” – konkluduje Majd w jednym z tomów wspomnień z czasu powrotu do Iranu. „Ajatollah Ruhollah Chomejni, założyciel Republiki Islamskiej i lider rewolucji, był zapewne pierwszym naprawdę popularnym przywódcą we współczesnej historii kraju, jeśli nie liczyć demokratycznie wybranego Mohammada Mosaddegha, którego premierowanie zakończyło się bardzo szybko, za co należy podziękować CIA” – dorzuca z przekąsem.

Charyzma Chomejniego do pewnego stopnia trwa: Chamenei rzadko jest portretowany w pojedynkę, zwykle w towarzystwie wielkiego poprzednika. Przedstawiciele reżimu, gdy mają coś do ogłoszenia, wywieszają wizerunki Chomejniego, jakby przemawiali w jego imieniu. Irańscy reformatorzy też zwykli firmować swoją politykę jego autorytetem – „chciał odwołać fatwę na Salmana Rushdiego, ale mu się zmarło”. Z kolei Mosaddegh był przeciwieństwem ajatollaha: wykształconym w Szwajcarii prawnikiem, liderem świeckiej partii nacjonalistycznej, obalonym w 1953 r. po trwającej dwa lata próbie nacjonalizacji irańskiego przemysłu naftowego – na życzenie Anglików, przez amerykańską agencję (to jej pierwszy przewrót za granicą, prawdopodobnie z dużym wsparciem MI6). Jego wizerunków w Iranie nie ma, nikt się na niego nie powołuje, ale pamięć o nim trwa.

Chamenei nigdy nie zyskał popularności i szacunku. Mało tego, w oczach rodaków może uchodzić za Dyzmę. Uszedł z życiem z zamachu w 1981 r., choć za chwilę nieuwagi ochroniarzy zapłacił trwałym paraliżem prawej ręki oraz poszarpanymi strunami głosowymi. Ze względu na wierność Chomejniemu został wyznaczony na prezydenta, ale w cieniu mentora był raczej administratorem walczącego z Irakiem państwa niż jego liderem. Według oficjalnej historii pierwszy Rahbar zwrócił na niego uwagę, gdy Chamenei pojechał z wizytą do Korei Północnej – jego przemówienie w Pjongjangu i królewskie przyjęcie przez gospodarzy miały przekonać Chomejniego, że będzie on idealnym kontynuatorem sprawy.

Ale Irańczycy wiedzą swoje. Rzekomy sukcesor został wskazany w liście, który umierający ajatollah pozostawił współpracownikom. Tak się złożyło, że list odkryli i opublikowali syn Chomejniego Ahmad oraz Ali Akbar Rafsandżani – następny prezydent kraju (1989–1997), ambitny młody rewolucjonista, którego rodacy przez lata nazywali Rekinem. Nie przypadkiem, bo Rafsandżani przez kilka porewolucyjnych dekad uchodził za osobę pociągającą za sznurki w irańskiej polityce, „pierwszego kadrowego” niemalże. Słowo „rzekomy” też wydaje się na miejscu, bo zdaniem Irańczyków chodziło o przejściowego figuranta – zza pleców którego będzie można wygodnie i dyskretnie grać we własną grę. Młody Chomejni nie czuł się na siłach, bo zawsze był w cieniu ojca (być może w końcu się poczuł, bo w 1995 r. miał tajemniczy zawał serca, którego nie przeżył), a Rafsandżani... No cóż, potomek rodziny handlującej pistacjami, bez pogłębionego wykształcenia religijnego, nawet broda mu nie rosła – z przyczyn genetycznych. Żaden materiał na lidera rewolucji.

Ale Chamenei także niezbyt się nadawał na następcę Chomejniego. Gdy zapadły decyzje o sukcesji, w ekspresowym tempie zaczęto doskonalić jego wykształcenie, nadając mu z marszu tytuł ajatollaha. Nie bez sprzeciwu części duchownych kilka lat później ogłoszono go wielkim ajatollahem – to tytuł nadawany najznamienitszym duchownym i związany zwykle z pozycją „źródła do naśladowania” (mardża at-taklid). Trudno jednak przytoczyć jakieś traktaty religijne, które wyszłyby spod pióra Chameneiego. Ba, przez pierwszą dekadę na stanowisku Rahbara był niewidoczny: jedni mówią, że to dlatego, iż były to czasy prezydentury Rafsandżaniego. Inni, że w zniszczonym rewolucją oraz wojną z Irakiem kraju wolał trzymać głowę nisko, by potencjalne niezadowolenie spadało na głowy członków prezydenckiej administracji.

Wychylił się dopiero pod koniec lat 90. Rządzące duchowieństwo zaczęło się dzielić na frakcje: byli konserwatyści, byli reformatorzy, a pomiędzy nimi pragmatycy. W tle rośli w siłę dowódcy i członkowie paramilitarnego Korpusu Strażników Rewolucji. Chamenei odnalazł się w roli arbitra, który ciągnie lub popuszcza wodzy jednym czy drugim, podejmując takie decyzje, by zawsze któraś z frakcji (najczęściej konserwatywna) je poparła. I w zasadzie tak jest do dziś: choć to jego wystąpienia i pogróżki są cytowane w światowych mediach, a Donald Trump nazwał go niedawno chorym człowiekiem, to dla Izraela i USA Chamenei jest celem drugorzędnym. A nawet lepiej, żeby wciąż tkwił na stanowisku, bo skupia na sobie gniew Irańczyków.

Radykał i liberał w Iranie

Ale jeśli spojrzeć na obecnego Rahbara w kategoriach przetrwania, to jest on w tej dyscyplinie mistrzem. Nie wszyscy opanowali tę sztukę. Dzień po tym, jak przed Chameneim eksplodowała niewielka, ukryta w magnetofonie bomba, w siedzibie utworzonej naprędce po rewolucji partii duchowieństwa wybuchł potężniejszy ładunek: eksplozja zabiła na miejscu lub śmiertelnie poharatała aż 74 wiodących funkcjonariuszy, w tym ajatollaha Mohammada Behesztiego. Był on nie tylko szefem sądownictwa czy prawdopodobnym autorem lwiej części konstytucji Republiki Islamskiej. „Beheszti (…) zbierał sztab i dyktował instrukcje. Wszyscy byli mu wdzięczni, bo wiedzieli, jak postępować, co robić. Beheszti miał w ręku aparat szyicki (…) Bazą [był] gotowy na wezwanie mułłów tłum” – pisał na jednej z ostatnich stron „Szachinszacha” Ryszard Kapuściński.

„Szachinszach” jest zresztą doskonałym przykładem tego, jak szybko opowieść o rewolucji islamskiej zafiksowała się na głównych bohaterach. Gdy dziś przegląda się archiwalia z lat tuż po obaleniu szacha, wyglądający zza oblicza Chomejniego Beheszti może się zdawać przypadkowym statystą. Tymczasem w tamtych czasach było jasne, że to on – młodszy od Chomejniego o 26 lat, starszy od Chameneiego o 11 – zostanie kolejnym Najwyższym Przywódcą.

Ale był też ajatollah-dysydent: Hosejn Ali Montazeri. Niemal rówieśnik Behesztiego i współautor konstytucji Republiki – ba, autor koncepcji wilajat al-fakih, Najwyższego Przywódcy. Kilka lat po śmierci Behesztiego Chomejni zaczął właśnie jego kandydaturę forsować na następcę. Tyle że miesiąc miodowy szybko się skończył: Montazeri nie ukrywał, że jego idea Najwyższego Przywódcy sprowadza się do przywództwa duchowego, a nie politycznego. Rahbar ma być autorytetem, nie nadprezydentem. Mało tego, Montazeri zaczął zasypywać Chomejniego korespondencją – należy zadbać o prawa mniejszości religijnej bahaitów, nie można ograniczać praw kobiet, trzeba pozwolić na swobodne tworzenie partii, duchowni precz z polityki. „Teraz świat dostaje sygnał, że naszym zajęciem jest głównie mordowanie” – skwitował fatwę na Rushdiego.

Chomejni szybko ogłosił, że Montazeri zrezygnował z sukcesji, a później – że będzie pozostawać w areszcie domowym. Areszt poluzowano dopiero w 2003 r. Montazeri zdążył jeszcze zaprotestować przeciw zduszeniu protestów powyborczych latem 2009 r. – w grudniu tego samego roku zmarł. Tę legendę reżim próbował zdusić własnymi rękami. Lakoniczne komunikaty mówiły o śmierci „dysydenckiego duchownego”, bez podawania religijnych tytułów i nazbyt wylewnych wspominków. O ironio, głos Montazeriego dobiegał i zza grobu: po kilku latach jego synowie opublikowali nagrania ojca, w których potępia on represje wobec opozycji i egzekucje w latach 80. Jeden z synów finalnie wylądował w więzieniu z 21-letnim wyrokiem za szkodzenie Republice, drugi kilka lat temu słał gniewne listy w obronie „dziedzictwa” ojca.

Świeccy charyzmatycy

O ironio, konserwatywna frakcja irańskiego establishmentu odpowiada też za świeckiego charyzmatyka: byłego prezydenta (2005–2013) Mahmuda Ahmadineżada. Ale nie był on typowym produktem politycznym, bardziej dżinem wypuszczonym z butelki. Do prezydenckich gabinetów (bo trudno nazwać biurowiec w centrum Teheranu pałacem prezydenckim) wprowadził się na fali rozczarowania liberalizmem poprzednika oraz krzykliwie demonstrowanej empatii dla najbiedniejszych.

Ledwie zasiadł w fotelu prezydenta, zaczął usuwać luksusy: odesłał z biur dywany, przesiadł się do tańszego auta, do ludzi wychodził w nieco pomiętej kurteczce, którą przeciętny Irańczyk kojarzył z tanim produktem z bazaru. Między wierszami dawał do zrozumienia, że nie jest mu daleko do latów – irańskich chuliganów ze złych dzielnic, którzy lubią bójki z użyciem noży, żyją w półświatku, ale jednocześnie czynią to, by przetrwać, a ich postępowaniem rządzą honorowe kodeksy ulicy. Podobny styl mają Putin czy Erdoğan.

Przy czym Ahmadineżad zapowiadał „zniknięcie Izraela z kart historii” (co potem publicyści przerobili na usuwanie z mapy), organizował kontrowersyjne konferencje dla negacjonistów Holokaustu, ściskał się z Putinem, Łukaszenką, Chávezem, al-Asadem. Dbał o subsydiowanie podstawowych produktów, ganił skorumpowane elity (zwłaszcza te związane z frakcją reformatorską), przygotowywał jedną z głównych ulic w Teheranie na powrót 12. imama – w szyizmie odpowiednika Mesjasza, który powróci przed końcem świata z wielowiekowego ukrycia. Utrzymywał, że podczas jego wystąpienia na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ bił od niego blask widoczny na zdjęciach.

Finalnie: przegiął. Drugą prezydencką kadencję wygrał w ramach najbardziej kontrowersyjnych wyborów w porewolucyjnej historii Iranu, kiedy protesty zmusiły Rahbara do interwencji – oczywiście na rzecz swojego preferowanego kandydata, Ahmadineżada. Zamiast przyjąć z pokorą, że stanowisko zawdzięcza Chameneiemu i kalkulacjom jego zaplecza, prezydent uznał, że jego legitymacja ma rzeczywistą siłę – coraz częściej i wyraziściej zaczął pouczać ludzi z otoczenia Najwyższego Przywódcy, stosować obstrukcję wobec poleceń nadchodzących z jego biur, eliminować z rządu i struktur władzy jego delegatów. Owszem, po 2013 r. co jakiś czas powraca plotka, jakoby Ahmadineżad przymierzał się do politycznego powrotu, ale w rzeczywistości sporadycznie widuje się go raczej na niewielkich religijnych zgromadzeniach gdzieś na przedmieściach Teheranu.

Duchownym nie był też Ghasem Solejmani, dowódca elitarnej jednostki Korpusu Strażników Rewolucji, znanej jako Siły Ghods. Być może w ostatnich latach to on był najbliżej dołączenia do Chomejniego i Mosaddegha w panteonie irańskich przywódców, którzy budzili autentyczny posłuch. Solejmani miał bowiem rozmach. „Generale Petraeus, powinien pan wiedzieć, że to ja, Ghasem Solejmani, kontroluję politykę Iranu odnośnie do Iraku, Libanu, Gazy i Afganistanu. I w rzeczy samej, ambasador w Bagdadzie to członek Ghods. Osoba, która go zastąpi, również będzie członkiem Ghods” – napisał w 2008 r. w SMS-ie adresowanym do ówczesnego dowódcy sił USA w Iraku, Davida Petraeusa. Lapidarna, wręcz przaśna forma tego komunikatu była oczywistą deklaracją siły.

Solejmani nadawałby się na bohatera perskich legend. Pochodzący z biednej wioski, jako nastolatek odrabiał długi ojca rolnika, pracując na budowach. W Korpusie pojawił się w chwili, gdy ajatollahowie ogłosili powstanie własnej formacji paramilitarnej, miał wtedy 22 lata. Z wojny z Irakiem wrócił w aurze autentycznego bohatera, doświadczonego na polu bitwy. Po wojnie zwalczał gangi narkotykowe na granicy z Afganistanem. Od końca lat 90. dowodził Siłami Ghods, napędzając powstanie szyickich bojówek w Iraku, uznawaną za sukces taktyczny obroną Hezbollahu w trakcie 33-dniowej wojny w Libanie w 2006 r. czy zaangażowaniem irańskich oddziałów w obronę reżimu Baszszara al-Asada w Syrii po wybuchu Arabskiej Wiosny. Nigdy nie ukrywał, że jest wrogo nastawiony do „zadymiarzy”, którzy protestowali przeciw reżimowi co kilka lat – ale mimo to wielu rodaków darzyło go szacunkiem, jeśli nie uwielbieniem. Był jak irański program nuklearny: sprawiał, że świat zaczynał się liczyć z Iranem. Być może utorowałoby mu to z czasem drogę do władzy politycznej, gdyby nie wystrzelona z drona na polecenie Donalda Trumpa rakieta, która trafiła jego auto na bagdadzkim lotnisku na początku 2020 r.

Gołębie w klatkach

Na przeciwnym krańcu światka reżimowego establishmentu sytuuje się garstka reformatorów, którzy – bywało – wywoływali wśród rodaków wielkie emocje. Niegdysiejszy „mułła Gorbaczow”, były prezydent Mohammad Chatami (1997–2005), jedynie przez dwa lata niósł nadzieję: złudzenia prysnęły, kiedy w 1999 r. studenckie demonstracje zostały brutalnie spacyfikowane przez reżim za przyzwoleniem (a może zachętą) Rahbara. Bezradność i bezczynność prezydenta sprawiły, że praktycznie cały ruch reformatorski wówczas podupadł. Chatami zachowawczo wybierał milczenie w 2009 r., 2022 r. i 2025 r. – Jeśli ten system, z wszystkimi swoimi brakami i błędami, by upadł, los Iranu byłby znacznie bardziej gorzki, niż jest obecnie – mówił w wywiadzie zaledwie kilka dni przed wybuchem ostatnich protestów. – Separatyzmy, zagraniczne interwencje i infiltracja zniszczyłyby Iran. Jedyną drogą do fundamentalnych reform jest ta, która jest mniej kosztowna i przynosi więcej korzyści – dowodził, odnosząc się do koncepcji reform w ramach reżimu. Cóż, kilkadziesiąt godzin po publikacji tych słów okazało się, że trudno być dalej od nastrojów ulicy.

Mir-Hosejn Musawi mógłby uchodzić za przeciwieństwo Chatamiego: niemal 84-letni polityk jest weteranem rewolucji i to w jej „jastrzębiej” odsłonie – jeszcze w czasach Chomejniego został mianowany premierem (do 1989 r. aparat władzy obejmował tę funkcję obok prezydentury, potem urząd szefa rządu zlikwidowano) i w tym czasie był zwolennikiem brutalnej rozprawy z ówczesną opozycją – monarchistami, partyzantkami niegdysiejszych rewolucyjnych towarzyszy broni, mniejszościami etnicznymi, intelektualistami. Zepchnięty w toku frakcyjnych walk na boczny tor – na stanowisko rektora Irańskiej Akademii Sztuk Pięknych – powrócił jako kandydat frakcji reformatorskiej na prezydenta w wyborach w 2009 r.

Kontrowersyjna porażka z walczącym o reelekcję Ahmadineżadem uczyniła z niego lidera Zielonej Fali – ruchu protestu przeciw wyborczym manipulacjom. Gwałtowny przebieg demonstracji i represje skończyły się dla Musawiego i jego żony trwającym do dziś aresztem domowym. Dekadę po protestach rygory poluzowano na tyle, że polityk może raz w tygodniu wyjść z domu, a jego najbliżsi mogą odwiedzać go bez ograniczeń.

Być może ze względu na to, że Musawi nie ma już dziś nic do stracenia, jest on najradykalniejszym politykiem wewnątrzreżimowej opozycji. Zarówno po protestach w latach 2022–2023, jak i po ubiegłorocznych nalotach amerykańsko-izraelskich wezwał do narodowego referendum na temat zmiany konstytucji i ustroju. „Utoruje ono drogę do samostanowienia narodu i zniechęci wrogów tej ziemi do dalszego ingerowania w jej sprawy. Obecna struktura systemu nie reprezentuje wszystkich Irańczyków. Ludzie chcą rewizji tych błędów” – pisał w apelu, który przeszmuglowano z miejsca jego odosobnienia.

W areszcie domowym żyje też Mahdi Karrubi: 89-letni duchowny uchodzący za kontynuatora postawy ajatollaha Montazeriego. Spośród wszystkich graczy w reformatorskiej części establishmentu Karrubi najlapidarniej wyraża niezadowolenie z tego, co przyniosła rewolucja. Tyle że mułła startował w wyborach prezydenckich w 2005 r., a potem w 2009 r. – i od tamtej pory w komentarzach powtarza oskarżenia odnoszące się do tamtych wydarzeń, a minęło przecież ponad 16 lat od protestów Zielonej Fali i dwie dekady od pierwszej elekcji Ahmadineżada. Dla większości Irańczyków to prehistoria. Irańskie gołębie łączy dziś z jastrzębiami jedno: nie są dla Irańczyków żadnym punktem odniesienia. ©Ⓟ