Pełzająca militaryzacja kremlowskich elit przyciąga uwagę analityków niemal od chwili, gdy Władimir Putin w pełni rozgościł się na Kremlu. „Od swego zwycięstwa w wyborach w 2000 r. Putin wciągnął do struktur władzy cały ciąg ludzi w mundurach” – pisali w ekspertyzie datowanej na 2003 r. Olga Krysztanowskaja i Stephen White, badacze z Rosyjskiej Akademii Nauk i Uniwersytetu w Glasgow. „Obecnie co czwarty członek rosyjskiej elity wywodzi się z wojska lub służb bezpieczeństwa, a ich liczba nieustannie rośnie” – dodawali, przypisując to biografii Putina, jego znajomości kadr i przeświadczeniu, że to wśród mundurowych należy szukać odpornych na korupcję patriotów.

Dekadę później David Rivera i Sharon Werning Rivera, politolodzy związani dziś z nowojorskim Hamilton College, podważali tezę o militaryzacji rosyjskich elit na łamach „Post-Soviet Affairs”. „Twierdzenia o takiej militaryzacji w dużej mierze opierają się na jednostkowych analizach (…). Oparcie się na dostępnych danych pozwala wnioskować, że procentowy udział siłowików w elicie politycznej w trakcie dwóch pierwszych kadencji prezydenckich Putina sięgał ledwie połowy tego, o czym pisali badacze i donosiły media, a spadł dalej w czasie prezydentury Miedwiediewa. (…) Z drugiej strony trendy dostrzegane w poprzednich latach wskazują, że liczba siłowików (w strukturach władzy – red.) zacznie znów rosnąć w trakcie obecnej kadencji prezydenckiej Putina” – zastrzegali.

Tuż po publikacji tego tekstu Ukraińcy obalili prezydenta Wiktora Janukowycza, a Rosja uruchomiła hybrydową inwazję na wschodzie tego kraju. Cztery lata później publicysta portalu Riddle Russia – specjalizującego się w analizach na temat Rosji i obszaru postsowieckiego, zakazanego w Rosji od 2022 r. – szacował, że więcej niż co czwarty z gubernatorów w Rosji wywodzi się ze struktur siłowych, w rządzie zasiada co najmniej trzech ministrów ze stażem w KGB/FSB lub armii, wicepremierem jest były wojskowy Jurij Borysow (zrzucił mundur pod koniec lat 90.), pięć osób w gronie szefów dużych państwowych koncernów ma analogiczną kartę w biografii, a do tego trzech najbliższych doradców Putina to siłowiki, podobnie jak 20 proc. pracowników jego administracji. Ten autor z kolei zastrzegał, że siłowik siłowikowi nierówny – osoby zaliczane do tej grupy wywodzą się z rozmaitych struktur, o rozmaitym autorytecie i sile przebicia. Rozrzucenie mundurowych po strukturze państwa sugerowało też, że są to osoby chętnie mianowane na stanowiska omijające konieczność wyboru, nie zawsze eksponowane. Pochód mundurowych przez strukturę państwa miał zatem charakter stopniowego przesiąkania.

I o tym też pisał, już jesienią 2022 r., Daivis Petraitis, doradca litewskiego ministerstwa obrony, na łamach periodyku tamtejszej armii. „W większości przypadków na świecie widzimy dziś wojskowe junty, zarządzające państwem, ale nieinterweniujące w inne sfery życia społecznego. Rosja za rządów Putina jest czymś innym: armia stała się tu siłą główną, dostawcą idei i wykonawcą zadań. Jest uwielbiana przez rosyjskie elity i rozprzestrzenia własną kulturę i wartości po całym społeczeństwie (…) Nazwano to armiokracją, dziś armiokracja zwiększa zasięg, struktury penetrują umysły i serca liderów kraju i przesuwają całe państwo do statusu, w którym społeczne, kulturalne, ekonomiczne wartości oraz inne sfery życia stają się zdominowane przez wojsko z dominacją percepcji mundurowych” – dowodzi Petraitis.

O ile ten trend się utrzyma – a nic dziś nie wskazuje, żeby miało się stać inaczej – następcą Putina w naturalny sposób może stać się ktoś, kto mundur nosi lub nosił go do niedawna, blisko związany i wspierany przez najsilniejsze z siłowych struktur. Cywile, którzy dziś stanowią twarz – ale nie mózg – Kremla, tylko przyklasną. Natomiast czy będzie to oznaczało kolejny spazm wielkorosyjskich rojeń – to już mogłoby być przedmiotem dyskusji. Dyktatury i autokracje stopniowo przejmowane przez wojskowych, paradoksalnie, często tracą ideologiczny pazur. Choć proces ten bywa rozciągnięty na dekady i często bywa bolesny.

Był nacjonalizm, będzie mundur

Utworzenie stanowiska marszałka polowego, dożywotni immunitet, pełna kontrola nad wszystkimi rodzajami sił zbrojnych i zwielokrotnienie barier, które trzeba byłoby pokonać, aby odwołać szefa armii ze stanowiska – to główne elementy 27. poprawki do konstytucji Pakistanu, która w połowie listopada 2025 r. została w ekspresowym tempie przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta. Główny beneficjent zmian, do niedawna generał i szef sztabu Asim Munir, zachowa też – mętnie opisane „prawa, obowiązki i rolę publiczną” nawet po przejściu na emeryturę.

– Dla mnie te zmiany są ostateczną wskazówką, być może najsilniejszą ze wszystkich, że Pakistan doświadcza dziś już nawet nie hybrydowego systemu władzy, ale wręcz posthybrydowego – komentował w rozmowie z BBC Michael Kugelman, były szef działu Południowej Azji w waszyngtońskim think tanku Wilson Centre. – Zasadniczo jesteśmy świadkami sytuacji, w której cywilno-wojskowa nierównowaga jest już tak zaburzona, jak tylko może być – kwituje.

Niejasność tego komentarza może być metaforą układu sił w Pakistanie. Republika – jako jedyna obok Iranu mająca w nazwie „islamskość” – dość szybko po narodzinach zaczęła się rozstawać z ideologiczną „czystością” z pism swojego najważniejszego twórcy Muhammada Alego Jinnaha (nazwę Pakistan można tłumaczyć jako „kraj ludzi czystych”, w sensie religijnej i ideologicznej czystości). Ze względu na permanentnie zaognione stosunki z Indiami pakistańska armia zawsze miała tam wiele do powiedzenia, ale od 1958 r. jej interwencje przybrały postać powtarzających się zamachów stanu, które przynosiły kolejnych prezydentów mundurowej proweniencji: Ayuba Khana, Yahyę Khana, Muhammada Zię ul-Haqa czy Perweza Muszarrafa. Ale nawet w cywilnych „interwałach” pomiędzy okresami bezpośredniej władzy wojskowych, cywilni liderzy – jak Nawaz Szarif czy Benazir Bhutto – wiedzieli, że interesów kompleksu wojskowego nie należy naruszać.

Kilka miesięcy temu think tank z Islamabadu – Economic Policy & Business Development – opublikował ranking największych firm w Pakistanie. Listę otwiera wyceniona na 5,9 mld dol. Fauji Foundation, ale to tylko forpoczta firm, funduszy i fundacji bezpośrednio lub pośrednio związanych z wojskiem, które trzęsą pakistańską gospodarką. Ich udział w gospodarce może sięgać kilkudziesięciu procent (według politolożki Ayeshy Siddiqi, która doszła do takich wniosków w pracy „Military Inc.” opublikowanej pierwotnie w 2007 r.), roczne obroty – kilkudziesięciu miliardów dolarów, udział we własności gruntów w Pakistanie – 12 proc. A gdzie Milbus – jak określa się wojskowo-gospodarczy kompleks – jeszcze nie jest bezpośrednio obecny, tam dyktuje warunki: w styczniu 2025 r. „Financial Times” opisał, jak do koszar w Rawalpindi wezwano właścicieli pobliskich farm wiatrowych i kazano im obniżyć ceny prądu. – Jak się nie dostosujecie, oni przejmą sprawę – powiedzieli przedsiębiorcom prowadzący spotkanie biurokraci, wskazując na stojących pod ścianami mundurowych.

Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą: w grudniu wojskowy sąd skazał na 14 lat więzienia byłego szefa wszechpotężnego wywiadu wojskowego ISI Faiza Hameeda. Wyrok dla generała był wydarzeniem w Pakistanie bezprecedensowym, ale tu nie chodziło o związki z terrorystycznymi ugrupowaniami z Kaszmiru czy pogranicza z Afganistanem. Hameed wyłamał się z wojskowego szeregu i w czasach, gdy kierował ISI (2019–2021) otwarcie popierał ówczesnego premiera cywila, dawną gwiazdę krykieta, Imrana Khana. A ten z kolei uwikłał się w spory z Milbusem, więc nawet szybka dymisja Hameeda po upadku rządu Khana nie domknęła rachunku krzywd.

Casus Pakistanu można by uzupełnić dwoma analogicznymi przykładami: Egiptu i Turcji. W pierwszym z tych krajów przed wieloma laty próbowano ułożyć fundamenty panarabskiego nacjonalizmu, z socjalistyczną i laicką nutą: nazywanego potem naseryzmem. Było to marzenie życia Gamala Abdela Nasera, które jednak zaczęło rozsypywać się jeszcze za jego życia – po klęsce państw arabskich w wojnie sześciodniowej w 1967 r. Śmierć Nasera trzy lata później dopełniła losu arabskiej jedności – ani Anwar Sadat, ani Hosni Mubarak, mimo formalnie deklarowanej ciągłości ideologicznej, nie mieli za grosz sentymentu do reszty świata arabskiego i stopniowo zrywali z koncepcją arabskiej unifikacji. Dzisiejsza mundurowa dyktatura marszałka Aba al-Fattaha as-Sisiego, pomimo odziedziczonych jeszcze po Naserze dekoracji, nie ma już z Egiptem lat 50. i 60. nic wspólnego.

Tak też było i w Turcji. Z koncepcji Mustafy Kemala – Atatűrka – już w latach 40. zostały ledwie strzępy, wszechobecne portrety wodza i łaciński alfabet. Armia formalnie zakotwiczyła się w kwestii laickości państwa – co było zresztą dosyć fasadowe, bowiem od lat 50. każdy reporter, który odwiedzał ten kraj, opisywał potem „renesans islamu w Turcji” – i okopała w swoim kompleksie finansowo-biznesowym, którego awangardą był OYAK (Ordu Yardımlaşma Kurumu, Instytucja Solidarności Wojskowej) – fundusz emerytalny, który przez sześć dekad istnienia stał się konglomeratem biznesów, od górnictwa przez nieruchomości, przemysł motoryzacyjny, budowlankę, bankowość, energetykę po spożywkę.

Co więcej, mogłoby się wydawać, że obecny prezydent Turcji – Recep Tayyip Erdoğan – po latach przetrącił wojskowym kręgosłup i odsunął ich od polityki. Owszem, może szefowie sztabu już dziś nie grożą premierom i prezydentom zamachem stanu. Kadry oficerskie sprzed lat zastąpili nowi ludzie, afiszujący się religijnością i poparciem dla „Sułtana”, jak złośliwi nazywają Erdoğana. Ale OYAK wydaje się funkcjonować bez większych zakłóceń, obraca pieniędzmi szacowanymi na 20 mld dol. rocznie, „dowozi” stanowiska menedżerskie dla emerytowanych mundurowych i nie stał się firmą bardziej przejrzystą, niż był przez ponad sześć dekad istnienia.

Reżim strażników

„Studio programu trzeciego IRTV w Teheranie. Za chwilę zacznie się ostatnia debata przedwyborcza” – wspominał kampanię prezydencką w Iranie w 2009 r. Hooman Majd, autor reportażu „Demokracja ajatollahów”. „Mehsen Rezai, były dowódca Strażników Rewolucji i jedyny konserwatywny rywal Ahmadineżada (również związanego w przeszłości z tą formacją – red.), przechodzi obok stosu teczek prezydenta. Teczka leżąca na samej górze jest podpisana nazwiskiem syna Rezaiego, który kilka lat temu wyjechał do Stanów, gdzie postanowił zostać, domagając się azylu politycznego. Szybko jednak zmienił zdanie i po kilku miesiącach wrócił do Iranu. Sprawę wyciszono, a chłopak nie poniósł żadnych konsekwencji. (…) Rezai spogląda groźnie na Ahmadineżada. «Słowo o moim synu, a dobiorę się do całej twojej rodziny» – mówi, jak twierdzą świadkowie w studiu” – opisywał.

Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, nazywanych też pazdarami, formalnie powołano do życia zaledwie trzy miesiące po ucieczce szacha na początku 1979 r. Choć w czasie rewolucji armia odwróciła wzrok – większość oddziałów pozostała w koszarach, nie chcąc pacyfikować ulicznych demonstracji i ścigać dozbrajających się rewolucjonistów – ajatollah Chomeini jej nie ufał. Tym bardziej nie ufał tym rewolucjonistom, którzy mieli broń i nie wahali się jej użyć: formacjom takim jak mudżahedini ludowi, fedaini ludowi czy komuniści z partii Tudeh. Pomysł stworzenia paralelnej armii zakiełkował szybko, a impetu nadała mu rozprawa z wspomnianymi formacjami wkrótce po upadku szacha oraz atak Saddama Husajna na Iran w 1980 r.

Pazdarzy powoli, ale konsekwentnie budowali swoją pozycję. W czasie ośmiu lat wojny z Irakiem Saddama zasłynęli z wysyłania na pola minowe chłopców, którym zawieszano na szyjach plastikowe klucze, jakimi mieli sobie otwierać furtkę raju. Po wojnie stali się zbrojnym ramieniem reżimu i narzędziem jej „eksportu” do innych krajów regionu; elitarna jednostka Ghods (Jerozolima) została założona w 1988 r. i w ciągu kilku kolejnych lat wzięła na siebie wiele zadań: szkolenie sił Hezbollahu w Libanie, zamachy na izraelskie cele w Argentynie, polowanie na przeciwników reżimu w Iranie i za granicą. Wkrótce pazdarzy wzięli się też do budowy irańskiego programu nuklearnego. Z drugiej strony basidże – formacja Korpusu pełniąca funkcję policyjnych sił prewencji – zasłynęli z rozpędzania demonstrujących przeciw reżimowi albo nalotów na mieszkania właścicieli anten satelitarnych. Do Korpusu płynęły pieniądze i ochotnicy, armia stała się formacją pojawiającą się niemal wyłącznie na defiladach.

Równolegle rozwijało się też gospodarcze imperium Korpusu. Emanuele Ottolenghi, autor książki „The Pasdaran. Inside Iran’s Islamic Revolutionary Corps”, cytuje szacunki, według których od 25 do 40 proc. irańskiego PKB jest kontrolowane przez przedsiębiorstwa związane z Korpusem. Budują one rurociągi, infrastrukturę drogową i kolejową, nieruchomości, mają swoje bastiony w bankowości, telekomunikacji, energetyce, przemyśle ciężkim. Ba, zajmują się nawet kontrabandą – np. jedna z formacji podobno wyspecjalizowała się w szmuglowaniu do Iranu alkoholi z Turcji. I ta gospodarcza potęga nie zrodziła się przypadkowo: można przypuszczać, że ajatollahowie chcieli uniezależnić się od bazarich – grupy konserwatywnych drobnych i średnich kupców, prowadzących interesy głównie na targach, których datki pozwoliły sfinansować rewolucję islamską, ale też czyniły z przedstawicieli reżimu petentów. Dziś reżim – i Korpus – można by rzec, żywią się same.

A przede wszystkim od pierwszej dekady tego stulecia trwa inwazja byłych dowódców i oficerów Korpusu na polityczne salony. Już 20 lat temu oceniono w jednej z analiz, że co trzeci deputowany irańskiego Madżlisu (parlamentu) wywodzi się z formacji. Konia z rzędem temu, kto byłby w stanie wskazać jakieś wschodzące gwiazdy na firmamencie politycznym Iranu, duchownych czy cywilów. Za to nietrudno powiedzieć, kto był legendą polityczną ostatnich lat: Ghasem Solejmani, dowódca jednostki Ghods, którego karierze kres położyła w 2020 r. amerykańska rakieta na lotnisku w Bagdadzie. Wokół sędziwego ajatollaha Alego Chameneiego coraz mniej widać weteranów rewolucji, a coraz więcej pazdarów. W kraju nie pojawił się ani jeden ajatollah o autorytecie porównywalnym z autorami rewolucji islamskiej. I można śmiało powiedzieć, że Izrael – podejmując decyzję o bombardowaniach Iranu kilka miesięcy temu – świadomie ominął Najwyższego Przywódcę i innych duchownych. Oni po prostu niewiele dziś znaczą, „reżim ajatollahów” nieubłaganie zmienia się w „reżim strażników”.

Najpierw wojsko

Dwadzieścia lat temu umarła też Korea Północna, jaką znaliśmy: niepostrzeżenie doktryna dżucze, samowystarczalności, zaczęła znikać z wykładni władzy w Pjongjangu, a zastąpiła ją strategia songun jeongchi, czyli najpierw armia. Hasło rzucił w 2006 r. Kim Dzong Il, być może szukając ideologicznej tratwy ratunkowej po tym, jak sprowadził na rodaków bezprecedensową klęskę głodu (a jedyną względnie dobrze nakarmioną grupą byli żołnierze). „Głębokie osadzenie songun w kulturze politycznej kraju podkreślano raz za razem w miesiącach po jego śmierci, od upamiętniających go przemówień, sloganów politycznych po dzieła sztuki i poematy na cześć zmarłego przywódcy – Songun była umieszczana na dominującej pozycji północnokoreańskiej ideologii” – piszą Steven Denney, Christopher Green i Adam Cathcart, współautorzy pracy „Change And Continuity in North Korean Politics”. Jego syn przejął i wzmocnił ten filar polityki.

Ale w praktyce sprawy zaszły znacznie dalej. Wspomniani eksperci zaznaczają, że ze względu na formalnie niezakończoną wojnę koreańską armia zawsze miała w Korei Północnej więcej do powiedzenia niż w innych państwach komunistycznych. Ale też doszedł do tego inny czynnik: Kim Dzong Il jeszcze za życia swojego ojca Kim Ir Sena, budował swoją pozycję następcy na karierze wojskowej. Ugruntowywał ją awansami dla setek oficerów i wymianą mundurowej wierchuszki. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza instytucje wojskowe wymknęły się spod kontroli partyjnej i zaczęły sprawować kontrolę nad partią. Armia kontroluje północnokoreańskie politbiuro, siłowe struktury rządu, fasadowe instytucje polityczne i znaczną część centralnie sterowanej gospodarki. Eksperci obecnie zakładają, że Kim Dzong Un zmierza do ukrócenia wpływów mundurowych – ich reprezentacja w Politbiurze czy na partyjnych Kongresach nieco się skurczyła – ale wciąż sześciu z trzydziestu członków politbiura to wojskowi, a w Kongresie partii zasiada ich ponad czterystu. Na większości zdjęć dokumentujących znaczące wydarzenia w kraju dominuje zieleń munduru z tęczowymi plamkami orderów.

O armiokrację otarła się też Kuba. Armia od czasów rewolucji Fidela Castro była uważana za „numer dwa” w systemie władzy, wszak nawet lider zwykle wydawał się lepiej czuć w mundurze niż w garniturze. Cieszyła się też aurą sukcesu: odparcie inwazji w Zatoce Świń, interwencje w Angoli czy Etiopii przyczyniły się do budowy legendy instytucji wyjątkowo skutecznej, za to oddalonej od lokalnych przepychanek, korupcji i błędów partii. Paradoksalnie lepiej wśród mundurowych czuł się jednak Raul Castro – i to on, po śmierci Fidela, zaczął wciągać ich do struktur władzy. – Po tym, jak został prezydentem Kuby, wymienił większość członków gabinetu odziedziczonego po Fidelu na ludzi z własnego zaciągu – twierdził William M. LeoGrande, amerykański ekspert ds. Ameryki Łacińskiej. W 2014 r. ośmiu członków gabinetu wywodziło się z sił zbrojnych, z czego trzech wciąż pełniło służbę. Na 10 wiceprzewodniczących Rady Ministrów, pięciu było wojskowymi (plus Raul). Z 13 członków politbiura, czterech było czynnymi wojskowymi, a jeden – emerytowanym generałem. Dziś w administracji Miguela Diaza-Canela wojskowi nie są tak widoczni. Ale ich wpływ na politykę Hawany nie ustał: w politbiurze, na 14 członków trzech wywodzi się z wojska – w tym minister obrony i generał korpusu Álvaro López Miera czy awansowany niedawno na generała korpusu Lázaro Alberto Álvarez Casas. Eksperci twierdzą, że wojskowi ci pilnują, żeby cywile nie podejmowali decyzji bez skonsultowania się z armią.

Przykłady zapewne można by mnożyć, a w kolejce „zieleniejących” reżimów ustawiać Białoruś, Wietnam, Etiopię, a nawet – Chiny. Ideologie, zwłaszcza radykalne i zakładające wcielanie ich w życie zamordystycznymi metodami, z czasem bowiem blakną i tracą rewolucyjny urok, co paradoksalnie dotyka zarówno komunizmu, jak i teokracji. Wtedy przychodzi czas instytucji będącej – przynajmniej pozornie – odporną na korupcję i ideologiczne dewiacje opoką: armii. Być może właśnie taka epoka się rozpoczyna: epoka armiokracji. ©Ⓟ