Politolog, doktor Bartłomiej Biskup uważa, że kwestie referendum z 6 września partie polityczne zignorowały. Przekazy od nich były znikome, poza tym wszystko było wpisane w kampanię wyborczą. Zwraca uwagę poza tym, że zaskakująco małą aktywnością wykazały się środowiska, którym powinno zależeć na referendum, jak choćby zwolennicy JOW-ów.
Doktor Biskup podkreśla, że taki brak zainteresowania polityków referendum odbije się na frekwencji, która będzie raczej niska. Zarazem, zdaniem politologa, do głosowania dodatkowo zniechęca fakt, że powstało ono do celów wyborczych.

Również politolog, profesor Ewa Marciniak uważa, że politycy tylko udawali, że zajmowali się merytorycznymi i politycznymi aspektami referendum. Jej zdaniem, nie było realnych działań, które miały na celu poinformowanie społeczeństwa o istocie pytań zawartych w głosowaniu. Tym samym w niedzielę nie należy spodziewać się zbyt dużej frekwencji, ponieważ ludzie nie będą chcieli decydować o rzeczach, o których nie zostali dokładnie poinformowani.

Zdaniem profesor Marciniak, odpowiedzialność za niedoinformowanie obywateli ponoszą politycy, ale też i ruchy społeczne, które forsowały idee na przykład JOW-ów. W jej opinii, dodatkowo do referendum zniechęca fakt, że zostało ono wykorzystane jako element walki wyborczej i politycznej.

Na ten aspekt zwraca również uwagę socjolog, profesor Andrzej Rychard, który przypomina, że genezą rozpisania referendum była panika po przegranej I turze wyborów prezydenckich przez Bronisława Komorowskiego. Były prezydent chciał w ten sposób przekonać do siebie między innymi zwolenników JOW-ów.

Socjolog zaznacza, że kwestia referendum z 6 września obnaża "miałkość debaty publicznej", co zauważają Polacy. Jego zdaniem frekwencja na niedzielnym głosowaniu będzie niska, co tylko będzie dowodem, jak mało ważnym będzie to wydarzenie.

Zdaniem ekspertów, choć pytania dotykają ważnych społecznie tematów, to są one sformułowane zbyt ogólnie i nie dają szansy na "rzeczową odpowiedź".