Te najbogatsze coraz częściej robią to w krajach przyjaznych podatkowo. Dlatego PKB rośnie, ale wpływy z CIT (podatku dochodowego od przedsiębiorstw) maleją. Nie ma danych pokazujących tempo tego exodusu, nie wiemy, jakie sumy wymknęły się spod władzy polskiego fiskusa. Nie ma sensu ich analizować, wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Nie polskim, lokalnym, ale międzynarodowym, którego nasz rząd nie jest władny zmienić. Wielu powie – na szczęście.

Do rajów podatkowych uciekają nie tylko firmy, ale – przede wszystkim – ich właściciele. Z corocznych rankingów „Forbesa” dowiadujemy się, jak bardzo rosną majątki najbogatszych Polaków, w ostatnim powiększyły się o około 20 proc. Polski budżet ma z tego niewiele albo zgoła nic. Nie wiemy, ile stracił, ponieważ informacje o tym, gdzie kto płaci podatki, również nie są jawne. Nikogo też nie można zmusić, aby swój rosnący majątek opodatkował w Polsce. Nawet jeśli wszystkie swoje interesy prowadzi tutaj i tutaj się bogaci. Tam tylko wydaje.

Zanim polski przedsiębiorca stanie się na tyle bogaty, by starać się o rezydencję podatkową w bardziej przyjaznym kraju, może nawet w Polsce płacić podatek niższy, liniowy (19 proc.) PIT. Grupa korzystających z tego przywileju dość szybko rośnie. Spory udział mają w niej przedsiębiorcy jednoosobowi, nikogo niezatrudniający. Informatycy, prawnicy, architekci, lekarze. Straty fiskusa łatwo można policzyć, ale po co?

Żadna partia polityczna nie postuluje cofnięcia tego przywileju, obniżenia podatków dla przedsiębiorców domagała się nawet kandydatka SLD. Reformatorzy słusznie domagają się likwidacji przywilejów dla rolników czy górników, ale o przedsiębiorcach – cicho. Słychać tylko głosy domagających się wyższych podatków dla dobrze zarabiających pracowników (obecnie płacą 32 proc.). Gdyby postulat został wprowadzony w życie, wielu z nich natychmiast stałoby się jednoosobowymi przedsiębiorcami.

Nie znamy więc wielu ważnych dla społeczeństwa informacji – kto, w jakiej skali i dlaczego korzysta z podatkowych przywilejów. Ekonomiści przyjęli za pewnik, że tak być musi. Wolny rynek, wolny przepływ kapitałów. Że najbogatsi nie ponoszą kosztów utrzymania państwa, w którym swoje majątki pomnażają. Że nic w tej sprawie od lokalnych rządów nie zależy. Są szantażowane, że kapitał, jeśli zacznie być gorzej traktowany, przeniesie miejsca pracy do innego kraju.

Władza nie ma władzy, w każdym razie nad kapitałem. Więc nie ma po co rozmawiać o tej bezsilności ze społeczeństwem. Zwłaszcza iż socjologowie dodają, że w młodych nie ma potencjału buntu, do tej pory nie potrafili go zauważyć. Właśnie się rodzi. Znaczna część młodych, o bardzo przecież różnych poglądach, uznaje, że istniejące partie nie reprezentują ich interesów.

Społeczeństwa – nie tylko przecież polskie, ruch Oburzonych powstał w liberalnych Stanach Zjednoczonych – zaczynają poważnie pękać. U nas też to widać. Lokalne (w rozumieniu, że mówią po polsku i tutaj pomnażają swoje majątki) uprzywilejowane elity finansowe odkleiły się od społeczeństw, których problemy nie są ich problemami. Najbogatsi Polacy znaczną część roku spędzają w swoich zagranicznych rezydencjach. Ich dzieci kształcą się w zagranicznych uczelniach, a potem powoli przejmują władzę po rodzicach w ich firmach. Nie grozi im, że będą żyli gorzej, śmieciowe umowy ich nie dotyczą. Bogaci młodzi Polacy nie różnią się od bogatych Francuzów czy Niemców. Żyją tak samo, na podobnym poziomie. Dogonili Europę.

Młodzi Polacy takiego poczucia nie mają, choć – teoretycznie – świat również się przed nimi otworzył. Ekonomiści się dziwią, że ci młodzi rozgoryczeni nie rozumieją, iż „zielona wyspa wielkim sukcesem jest”. Jest, tyle że ten sukces nie stał się udziałem młodych. Premię za sukces inkasują właściciele przedsiębiorstw, nie bardzo chcą się nią dzielić z pracownikami. Zyski często są wręcz wynikiem cięcia kosztów, a nie – rynkowej ekspansji firm. Ludzie powinni być wdzięczni, jeśli w ogóle mają pracę.

Więc o przywilejach dla gnębionych przez państwo przedsiębiorców dyskutować nie będziemy. Nie wiemy nawet, ile nas kosztują. Wyliczono natomiast, że najniższej w całej Europie polskiej kwoty wolnej od podatku podnieść nie można. Bo polski budżet tego nie wytrzyma. Fakt. Kosztów utrzymania państwa nie ponoszą przecież najbogatsi, tylko średniacy i biedni. Rośnie poczucie niesprawiedliwości, choć socjologowie i ekonomiści przywołują współczynnik Giniego pokazujący, że rozwarstwienie dochodów w naszym kraju mieści się w europejskiej, chociaż górnej strefie stanów średnich.

Polscy chłopi pańszczyźniani nie identyfikowali się z polskim państwem. Ci, którzy walczyli o wolność w powstaniach listopadowym czy styczniowym, nie mogli liczyć na pomoc chłopów. Zostały tego dramatyczne ślady w literaturze (m.in. „Rozdziobią nas kruki, wrony” Żeromskiego). Teraz, choć w zupełnie innej wersji, historia może się powtórzyć. Młodzi Polacy, podobnie jak pańszczyźniani chłopi, niekoniecznie chcą się identyfikować z własnym państwem, bo to państwo o ich interesy nie zabiega. Chłopów uwłaszczył car, młodzi szukają lepszego życia poza Polską.