Rafał Trzaskowski ze swoimi 30,3 proc. musi sporo nadgonić. Ale czeka go łowienie pośród wyborców innych kandydatów opozycji. To zmusza go do takich łamańców jak pochwały dla Krzysztofa Bosaka i jego elektoratu, choć przecież w środowiskach popierających Trzaskowskiego obowiązywał dogmat, że to ponurzy prawicowi ekstremiści. Łatwiejsze są zaloty do wyborców Szymona Hołowni. Zwłaszcza gdy on sam już ujawnił, że poprze kandydata PO.

Hołownia prowadził kampanię jadowicie antypisowską. W teorii jego wyborcy są tacy sami. Zarazem nawoływał do porzucenia starych sporów i odbudowania wspólnoty narodowej. Więc Trzaskowski jeszcze mocniej niż przed pierwszą turą uderza w podobne tony. Ba, próbuje odgrywać rolę kandydata antysystemowego proponującego młodemu pokoleniu nowe otwarcie.

To zabawne jak na polityka platformerskiego establishmentu, choć przyznajmy, że nie kojarzy się on z weteranami ery Donalda Tuska. Te wszystkie wygibasy pokazują, że sprawa będzie otwarta do ostatniej chwili. Choć większość wyborców Hołowni (a tam jest największy rezerwuar głosów) to dawny elektorat Bronisława Komorowskiego, mamy też sporo młodych, którzy nie głosowali. A autor tego tekstu zna osobiście takich, którzy zamierzają się przerzucić z Hołowni, podkreślającego swój katolicyzm i niechcącego poprzeć homoseksualnych małżeństw, na Andrzeja Dudę.

Jaka tematyka będzie dominować w ciągu tych dwóch tygodni? Wystąpienie Andrzeja Dudy w powyborczą noc wskazywało na zamiar dalszego rozliczania dorobku PO sprzed lat i obronę socjalnych programów oraz ekonomicznych inwestycji z kadencji PiS. Z kolei rano prezydent powrócił do tematyki cywilizacyjnej związanej z kontrowersjami wokół tzw. praw LGBT. Może to być recepta na przyciągnięcie wyborców okrążającego PiS z prawej strony Krzysztofa Bosaka. Ale na dobrą sprawę nie wiemy, na ile to skuteczne. Znaczna część owych prawie 7 proc. do wzięcia to wyborcy nie tyle antyeuropejscy czy antyaborcyjni, ile wolnorynkowi, czasem prawie libertariańscy, ujęci choćby krytyką restrykcji ministra Szumowskiego, którą uprawiał Bosak.

Dla nich rządy PiS to czysty socjalizm, choć PO żyrująca niechętnie większość ustawodawstwa socjalnego może się wydawać niewiele lepsza. Możliwe więc, że zostaną w domu.

Trzaskowski odpowiada pytaniem: czy chcecie zmiany? Skacze po tematach, jest mniej spójny. Ale możliwe, że ta chaotyczność mu nie zaszkodzi. Bo to kandydat z czarnych snów PiS ‒ elokwentny i wychodzący poza tematy ważne dla elektoratu wielkomiejskiego. Kandydat, który miał przyjść w czasach, kiedy Polacy już się przyzwyczają do socjalnych programów i przestaną być wdzięczni tym, co im je dali. A zarazem kandydat na czasy, kiedy popandemiczna recesja może tym programom zagrozić.

Jego recepta na kłopoty z ekonomią jest niejasna. Przekaz urzędującego prezydenta wydaje się spójniejszy. Co to jednak szkodzi? Krótka pamięć to jedna z podstawowych cech polskich wyborców.

Nieoczekiwanym wsparciem dla Trzaskowskiego okazał się kierunek kampanii narzucony przez obóz rządowy. Sztab PiS wymyślił, że prezydent Warszawy będzie wygodnym konkurentem dla Dudy w drugiej turze i skoncentrował na nim ogień. TVP Kurskiego pokazywała go non stop jako wroga publicznego numer jeden. To jednak mogło rozbudzić wobec niego paradoksalną sympatię i zmobilizować jeszcze bardziej i tak zmobilizowany elektorat liberalny. No i dało mu to rozgłos. Trudno go dziś ignorować. TVN wychwycił, że nawet na spotkaniu pisowskiej młodzieżówki z Jarosławem Kaczyńskim wszyscy mówili o Trzaskowskim, a nie o Dudzie.

Na ile ta czysto negatywna kampania się opłaci, a na ile okaże się obosiecznym mieczem? Wszyscy już wiedzą, że prezydent Warszawy odpowiada za warszawską reprywatyzację i wylew nieczystości do Wisły, wątpliwe aby wyłożono na stół nowe fakty miażdżące dla kandydata. Dla antysystemowego elektoratu Hołowni, ba, nawet dla niektórych wyborców Bosaka „systemem” są przede wszystkim politycy PiS. Trzaskowski nie musiał nawet uderzać w katastroficzne tony na temat „zagrożonej demokracji”. Wystarczyły pojedyncze sztychy. Możliwe, że także tematy światopoglądowe zostały przegrzane przed pierwszą turą.

Przed tą turą napisałem dla DGP, że bagaż obciążający Trzaskowskiego jest większy, bo to nie jest człowiek przyzwyczajony do „gryzienia trawy”, w przeciwieństwie do prezydenta Dudy. I podtrzymuję tezę, że obecna głowa państwa to twardy, wytrzymały zawodnik, dobrze wiedzący, jak rozmawiać z Polską prowincjonalną, może lepiej niż „panicz z Krakowa i Warszawy”. Ale Trzaskowski ma za sobą większą świeżość (wszedł później) i poczucie, że to on jest na linii wznoszącej.

To może dać mu przewagę choćby podczas prezydenckiej debaty (debat?). A pamiętamy, że nawet drobne gesty czy wpadki słowne podczas debat poprzednich potrafiły zmienić bieg historii.