Czy książka Johna Boltona, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego od kwietnia 2018 r. do września 2019 r., będzie bombą, która pozbawi Donalda Trumpa szans na drugą kadencję? Biały Dom chciał sądowego zakazu publikacji, ale sędzia Royce Lamberth z Sądu Okręgowego dla Waszyngtonu odmówił. „Jak to się mówi w moim rodzinnym Teksasie: poszły konie po betonie. Byłoby to bardzo trudne, żebym przyglądał się każdej książce, która wychodzi w tym kraju” – stwierdził sędzia.

Najbardziej chyba szokuje to, że Trump, lider światowej demokracji, miał dać zielone światło Xi Jinpingowi na budowanie obozów koncentracyjnych dla Ujgurów, prześladowanej przez Pekin muzułmańskiej mniejszości pochodzenia tureckiego, zamieszkującej region autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. Amerykański prezydent miał też prosić Xi o pomoc w kampanii wyborczej. Podkreślił, że produkcja soi jest ważna dla jego wyborców i zachęcał przywódcę Chin do kupowania tego zboża.

Bolton potwierdza też, że Trump miał naciskać na Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy, by ten dostarczył kwity obciążające byłego wiceprezydenta, a obecnie rywala w walce o Biały Dom Joego Bidena. Sprawa ta była przedmiotem wszczęcia procedury impeachmentu i postawienia prezydenta w stan oskarżenia, ale w finale republikanie z Senatu zagłosowali za uniewinnieniem prezydenta.

Były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego sugeruje, że przywódcy innych krajów po kontaktach z Trumpem odkrywali, że prezydentem USA łatwo jest manipulować. Twierdzi, że bliscy współpracownicy prezydenta są psychicznie wykończeni tym, jak często ich szef bywa chaotyczny, niekonsekwentny i lekceważący. Wypomina mu też braki w wiedzy – według relacji Boltona Trump np. uważa, że Finlandia jest częścią Rosji i zaskoczyła go informacja, że Wielka Brytania posiada broń nuklearną. W jednej z rozmów gospodarz Białego Domu miał stwierdzić, że dziennikarze powinni być wsadzani do więzienia i że trzeba rozważyć karanie ich… śmiercią.

Autor rewelacji z Gabinetu Owalnego twierdzi też, że w 2018 r. podczas szczytu NATO Trump w gronie swoich współpracowników miał powiedzieć, że jest gotów wyjść z NATO. „Jeśli nie zapłacą, nie będziemy ich bronić” – cytuje prezydenta.

Najciekawszy z naszego punktu widzenia wątek książki dotyczy rozmowy o pomocy dla Ukrainy, jaką Trump miał odbyć z Angelą Merkel. W jej trakcie miał głośno zapytać: „Czy naprawdę potrzebujemy Fortu Trump w Polsce?”. Bolton miał wówczas podpowiedzieć prezydentowi, że ten zgodził się na to wielokrotnie w trakcie rozmów z Andrzejem Dudą. I dodał, że Polacy zgodzili się zapłacić za budowę, a sam Trump obiecał, że się wybierze do Polski 1 września 2019 r. z okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej (jak wiemy, odwołał on potem wizytę i wysłał w ostatniej chwili wiceprezydenta Mike’a Pence’a). Na to suflowanie prezydent USA stwierdził rzekomo, że „nie pamięta, by zgodził na Fort Trump”. Zdaniem Boltona świadczy to albo o bardzo słabej pamięci Trumpa, albo jego specyficznej umiejętności usuwania z pamięci wszystkiego, czego nie chciał zapamiętać.

Z Boltonem i jego książką jest jednak problem. Czemu postanowił on ujawnić kulisy pracy w Białym Domu dopiero teraz? Dlaczego spędził tam 500 dni, dzień w dzień przy prezydencie, był świadkiem tych wszystkich „okropnych rzeczy”, które miał powiedzieć Trump, a palcem nie kiwnął? Publicyści w USA zastanawiają się, dlaczego – skoro było tak źle – nie przekazał swoich informacji mediom albo przynajmniej nie podał się honorowo do dymisji, skoro zagrożona była amerykańska racja stanu.

Jego milczenie wydaje się kluczowe z perspektywy sprawy ukraińskiej i procedury impeachmentu Trumpa. Szef Komisji ds. Wywiadu Izby Reprezentantów Adam Schiff wezwał Boltona do złożenia zeznań pod przysięgą 7 listopada, kiedy Izba pracowała nad sformułowaniem zarzutów przeciwko prezydentowi i postawieniem go w stan oskarżenia. Bolton nie tylko nie zjawił się na przesłuchaniu, ale zagroził pozwami wobec kongresmenów, którzy zmuszają go do ujawniania tajemnic państwowych. Dzisiaj cała Ameryka zadaje sobie pytanie, czy gdyby wówczas powiedział przed Izbą Reprezentantów to, co pisze teraz w książce o rozmowach z Wołodymyrem Zełenskim, to czy rezultat impeachmentu byłby inny.