Pierwszy odcinek reportażu Marii Wiernikowskiej z Kanału Zero o jej wyjeździe do Rosji wzbudził szerokie zainteresowanie medialne. Odbił się szerokim echem w środowiskach zajmujących się sprawami międzynarodowymi, a zwłaszcza obszarem poradzieckim i samą Rosją. To nie może dziwić – w końcu mówimy o największym państwie na świecie, które z racji przeszłości i swojej polityki często wywołuje fascynację lub uzasadnione obawy czy po prostu przerażenie. Natomiast z powodu zaostrzania represji, a następnie inwazji na Ukrainę polscy dziennikarze, analitycy i naukowcy zajmujący się Rosją nie mają tam generalnie wstępu. W tym również ja, piszący te słowa – zostałem zatrzymany i wydalony z Federacji Rosyjskiej latem 2018 r. W taki sposób Rosja zmniejsza krąg ludzi opowiadających o niej. Stąd nie dziwi fakt, że wielu odbiorców usiłuje zaspokoić swoją ciekawość. Zwłaszcza że w ostatnich latach część środowisk medialno-eksperckich sama rozhuśtała narrację o sytuacji w Rosji, na zmianę wieszcząc jej upadek albo wróżąc nową Jałtę. Wróćmy jednak do kluczowego pytania.

Czy Maria Wiernikowska udźwignęła wyzwanie?

Nie jestem dziennikarzem, więc moja krytyka ograniczy się do kilku bardziej naukowych uwag. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że autorka reportażu uległa złudzeniu „prostego ludu rosyjskiego”. W pierwszym odcinku rozmawia ona głównie z przechodniami, pracownikami drobnego handlu czy też kelnerami, którzy kolektywnie odpowiadają: A my, prosty lud, na nikogo nie napadamy. Niektórzy z nich dodają, że na Ukrainie Rosja się broni, a generalnie winni są ci na Zachodzie. Rozmowy te są naturalne, prowadzone w sposób spontaniczny, a sami Rosjanie jawią się przyjaźnie.

Problem w tym, że mimo naszej bliskości językowej oraz częściowo etnicznej, przedstawiciele „prostego ludu” żyją w innym, mało znanym Polakom świecie. Przez zdecydowaną większość dziejów Rosji lud żył niejako obok państwa, bo instytucja państwa została tam stworzona odgórnie – przez władcę i jego wojskowe otoczenie. Dlatego w tym scentralizowanym, zbiurokratyzowanym i zmilitaryzowanym kraju ludność jest przedmiotem, a nie źródłem władzy. I lud ma tego świadomość, utwierdzoną indoktrynacją, poczuciem niemocy i brakiem ustrojowo-politycznej sprawczości. Jak opowiada mi jeden z liderów rosyjskiej emigracji, wielu Rosjan, nawet tych nastawionych antyputinowsko, oburzają sankcje czy ograniczenia wizowe dla nich na terenie Unii Europejskiej, bo w ich świadomości to państwo rosyjskie, w tym sam Putin, jest winne wojny, a nie „prosty lud”. Nie odczuwają winy, bo postrzegają się jako byt odrębny od państwa.

Dodam, że nigdy w Rosji nie doświadczyłem dyskryminacji, a ten „prosty lud” pomagał lub gościł mnie, jak tylko mógł i potrafił. Jednocześnie nie mam żadnych złudzeń, że kiedy władze państwa wezwą do boju czy innego politycznego szaleństwa, część tego ludu lojalnie stanie w szeregu i pomaszeruje, choćby nawet na Warszawę. Pozostała część wycofa się w życie prywatne lub skupi się na sferze zawodowej, żeby po prostu przeżyć. Sam reżim zresztą lubi wysyłać komunikat do świata zewnętrznego: jesteśmy pokojowym państwem, spójrzcie tylko na ten dobry, prosty lud.

W reportażu Marii Wiernikowskiej – w wyemitowanych dotychczas odcinkach – tych fundamentalnych kontekstów brak. Mam nadzieję, że jeszcze się pojawią, tym bardziej że wielu widzów w reakcji na krytykę reportażu Kanału Zero wskazuje: „przecież Wiernikowska pokazała Rosję taką, jaka ona jest”. Z tym zgodzić się nie można. Na razie zobaczyliśmy tylko jej skrawek.

Czego nie zobaczyliśmy w reportażu Kanału Zero o Rosji?

Może wkrótce zobaczymy nie tylko ser na targu, ale też inne Rosje: inteligencką oraz neosamodzierżawną. Bez wyjaśnienia kontekstów czy też zaproszenia do rozmowy przedstawicieli innych grup złożonej populacji Federacji Rosyjskiej taki reportaż mało nam w gruncie rzeczy powie. Pomijam dziwną narrację o tym, że Rosja „toczy wojnę”, choć narrator nie dookreśla przeciwko komu. A przecież to nie tajemnica: Rosja toczy wojnę w dwóch wymiarach – o utrzymanie reżimu oraz zmianę układu sił w naszym regionie.

Byłem też zdumiony zdziwieniem, jakie wywołała obserwacja, że w Kaliningradzie można zamówić potrawy opisane jako ukraińskie. Przecież w nurtach oficjalnego rosyjskiego imperializmu oraz nacjonalizmu „ukraińskość” to po prostu historyczna i geograficzna część rosyjskości. Ba, nawet z pewną odrębnością etniczno-kulturową, ale jednak wciąż w ramach wielkiego narodu rosyjskiego. A to kolejny cel tej wojny.