Dziś Sejm ma rozstrzygnąć, czy w wyborach prezydenckich jedyną metodą oddania głosu będzie przesłanie go w sposób zdalny przez Pocztę Polską. W skrócie autopoprawka autorstwa PiS zakłada, że każdy wyborca ujęty w spisie wyborczym otrzyma stosowny pakiet, zawierający kartę do głosowania i oświadczenie, w którym potwierdzimy naszą tożsamość. Karta do głosowania trafi do osobnej koperty, a następnie do urny wyborczej – ma to zapewnić tajność takiego głosowania.

Kłótnia w małżeństwie

W obozie władzy pomysł, by wybory odbyły się 10 maja, wywołuje konflikt. Porozumienie Jarosława Gowina utrzymuje, że ten termin jest nieakceptowalny społecznie i z powodów epidemicznych. Krytycy wicepremiera zarzucają mu, że przez niego może rozpaść się większość rządowa. Z PiS słychać jednak głosy tonujące nastroje. – Na rozpad rządu szanse są małe, Porozumienie i my to dziś małżeństwo z rozsądku – mówią nam politycy partii Jarosława Kaczyńskiego.

Jednocześnie w PiS jest jednak determinacja, by jeśli będzie to możliwe, przeprowadzić wybory 10 maja. – Do tego czasu sytuacja może się zmienić i fala zachorowań opaść, dlatego nie ma powodu, by teraz podejmować jakieś inne decyzje – mówi nam polityk ugrupowania.

Los ustawy o głosowaniu korespondencyjnym niczego nie przesądza – teoretycznie bez niej wybory także mogą się odbyć w terminie. Zaś jej przyjęcie nie zapewnia, że odbędą się 10 maja.

Zresztą nawet jeśli dziś Sejm uchwali powszechne głosowanie korespondencyjne, to i tak specustawa będzie musiała przejść przez Senat. Jeśli ten wykorzysta swój regulaminowy czas (30 dni), przepisy mogą wejść w życie na kilka dni przed 10 maja. To zbyt krótki czas przy założeniu, że Poczta Polska oraz PKW mogą przygotowywać wybory tylko wtedy, gdy mają podstawę prawną.

Wyborcy mówią „nie”

Z najnowszego sondażu United Surveys, na zlecenie DGP i RMF FM, wynika, że organizowanie wyborów w maju byłoby wbrew nastrojom społecznym. Łącznie ponad 57 proc. ankietowanych źle ocenia pomysł powszechnego głosowania w systemie korespondencyjnym. W podziale na elektoraty największą aprobatą ten pomysł cieszy się wśród wyborców Andrzeja Dudy (65 proc. ocen pozytywnych) i Krzysztofa Bosaka (72 proc.). Badanie pokazuje także, że bardzo niska byłaby frekwencja, gdyby wybory odbywały się teraz. – Z badań wynika jedno, ludzie nie zwracają uwagi na głosowanie. Zaprzątają ich informacje o epidemii i obawy o swój los w kontekście jej możliwych negatywnych skutków ekonomicznych – podkreśla Marcin Duma z United Surveys.

Dziś na stole leżą dwa warianty. Pierwsze to wybory w terminie, czego chciałby i do czego dąży prezes PiS. Ale z naszych rozmów wynika, że coraz bardziej prawdopodobny staje się wariant przełożenia wyborów na późniejszy, prawdopodobnie sierpniowy termin, a rozważania obozu rządzącego w coraz większym stopniu dotyczą tego, jak to zrobić.

Propozycja wicepremiera Jarosława Gowina, czyli zmiana konstytucji, polegająca na wydłużeniu kadencji prezydenta z 5 do 7 lat bez możliwości reelekcji, jest dziś bez szans. Na zmianę konstytucji, oficjalnie popartą przez PiS, musiałaby się zgodzić opozycja. A ta już zapowiedziała, że to nie wchodzi w grę, bo jej zdaniem wybory można przesunąć bez ingerencji w treść ustawy zasadniczej. Odrzucenie propozycji gowinowców nie musi jednak oznaczać porażki Zjednoczonej Prawicy, wręcz przeciwnie – może stanowić alibi dla kolejnych, nawet kontrowersyjnych działań. Bo zdaniem naszych rozmówców z obozu rządowego propozycja Porozumienia to gest pod adresem wyborców prawicy i Andrzeja Dudy, którym nie podoba się majowy termin wyborów.

Klęska i wybory latem

Wydaje się, że najbardziej prawdopodobny wariant zakłada przesunięcie wyborów wskutek ogłoszenia stanu klęski żywiołowej. Może on być wprowadzony na 30 dni i potem przedłużony za zgodą Sejmu. A po jego zniesieniu trzeba odczekać jeszcze 90 dni, by móc przeprowadzić wybory. Gdyby np. rząd ogłosił stan klęski 15 kwietnia, wybory mogłyby się odbyć w niedzielę 16 sierpnia (czyli po 123 dniach). Już zresztą widać pierwsze oznaki tego, że taki wariant jest brany pod uwagę przez obóz rządzący. Po pierwsze, w projekcie nowelizacji tarczy antykryzysowej (wersja z 3 kwietnia) część planowanych rozwiązań proponuje się „w związku z przeciwdziałaniem COVID-19, podczas stanu zagrożenia epidemicznego, stanu epidemii albo stanu klęski żywiołowej”. W tym kontekście samo wymienianie stanu klęski może stanowić szykowanie gruntu pod jego faktyczne wprowadzenie. Po drugie, projekt PiS mówiący o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym wspomina o „wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych w 2020 roku” – nie jest więc powiedziane, że mówimy o maju 2020 r.

Sierpniowy termin ma dla PiS jedną zaletę – główną motywacją do obstawania przy obecnym terminie jest obawa, że negatywne także ekonomiczne skutki epidemii będą rzutowały na zmianę nastrojów społecznych i obniżenie poparcia dla Andrzeja Dudy. O ile jednak w PiS jest przekonanie, że odsunięcie wyborów na jesień czy później to pewna przegrana obecnego prezydenta, o tyle sierpień będzie jeszcze miesiącem, w którym szanse prezydenta na reelekcję będą wciąż duże. Uruchomienie scenariusza przesunięcia wyborów to formalnie decyzja rządu, ale nie ma wątpliwości, że faktycznie to polityczna decyzja kierownictwa PiS. Wiele będzie zależało od rekomendacji ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Z formalnego punktu widzenia wprowadzenie stanu klęski żywiołowej nie musi wiele zmienić. Jak podkreśla wielu prawników, już obecne rozwiązania wprowadzone w ramach stanu epidemii mają charakter stanu nadzwyczajnego. Istotną zmianą mogłoby być wypłacanie odszkodowań za ograniczenia działalności wynikające ze stanu klęski żywiołowej. Dziś taki mechanizm nie obowiązuje.