statystyki

Andrysiak: Walka idzie o przyszłość. PiS swoją wizję ma, opozycja nawet nie próbuje wejść na to boisko

autor: andrzej andrysiak15.12.2017, 16:00
Andrzej Andrysiak

Andrzej Andrysiakźródło: DGP

Liberalnemu elektoratowi najbardziej brakuje wspólnoty. On też w coś wierzy, nie jest gorszy, choć zewsząd to słyszy, i chciałby być doceniony. Cierpi jednak, bo nikt mu tego nie mówi

Z jednej strony wartka, pociągająca opowieść o bezkompromisowym narodzie, odbudowaniu Polski z ruin i wstawaniu z kolan, z drugiej nudny wykład o paragrafach, liczbach i stosunkach międzynarodowych. Cóż się dziwić, że opozycja w narożniku. Takie mamy czasy, taki klimat, taką politykę: wygrywa ten, kto potrafi wyborców uwieść i oczarować. Póki opozycja nie stanie w szranki w tej samej konkurencji i nie opowie nowej historii o tym, jak ma być, a nie jak było lub jest, póty będzie statystą w tej grze. Liberalni wyborcy też potrzebują wspólnoty.

Dziwna ta nasza wojna. Niby okładamy się słowami jak pałkami, przepychamy na ulicach, z mozołem kopiemy rów głębszy niż Kanion Kolorado, a tak naprawdę gra toczy się na różnych boiskach. Prawo i Sprawiedliwość dzieli i rządzi, słupki rosną, moc truchleje. Wyborcy zmienili się w wyznawców i spijają każde słowo z ust przywódców. Trzeba wymienić ukochaną Beatę Szydło na bankowca Morawieckiego? Trudno, szef widocznie ma plan. Trzeba podpierać się prokuratorem stanu wojennego w batalii o wymiar sprawiedliwości? Oczywiście, prezes na pewno to przemyślał. Opozycja rwie włosy z głowy, przekonując, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości do reszty zgłupieli i dali się omamić propagandzie, ale prawda jest bardziej skomplikowana: oni wierzą. A z wiarą, zwłaszcza głęboką i szczerą, trudno wygrać. Obraża się więc opozycja na rzeczywistość, bo przecież ona ma argumenty, potrafi dowieść i zaprezentować, więc jeśli ktoś tego nie widzi, to z nim jest źle, nie z nią.

A przecież jest zupełnie odwrotnie. W polityce pola konfliktów nie są określone z góry i dane raz na zawsze, w polityce nie tylko zasady, ale nawet szachownice można zmieniać i przestawiać do innego pokoju. Albo gra się, jak przeciwnik pozwala, albo ustala własne reguły, a nawet własną grę. I to się właśnie nam przydarzyło: nie na argumenty idzie dziś walka, a na emocje. Co ważniejsze, liberalni wyborcy, do których opozycja się odwołuje, też przyjęli to do wiadomości. Ci bardziej zniecierpliwieni zerkają kątem oka na przeciwników, bo choć ci nie z ich bajki, to opowiadają ciekawie, ale reszta zniecierpliwiona czeka. Na nową opowieść.


Pozostało jeszcze 78% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (3)

  • Bert(2017-12-15 22:29) Zgłoś naruszenie 71

    andysiak, nie widzicie towarzyszu prawdy podstawowej: N, PO i PSL to nie jest żadna opozycja. Więc oczekiwanie od nich sensownego programu jest pozbawione sensu. To zespoły powiązań towarzyskich, biznesowych i rodzinnych wykształtowane w warunkach służalstwa wrogom Polski, częściowo sformalizowane, znacznie skryminalizowane, od zarania pozbawione programu za wyjątkiem naczelnej dyrektywy : zagarnąć dla siebie ile się da ! Czeka je nieuchronny całkowity zanik w ciągu kilku lat. A opozycji z którą przegra PIS jeszcze nie ma.

    Odpowiedz
  • jk(2017-12-15 17:46) Zgłoś naruszenie 20

    Po pierwsze partie opozycyjne nie maja lidera a w polityce to jest najwazniejsze. Po drugie koniunktura ekonomiczna jest pozytywna wobec tego ci co chca pracowac maja prace a ci co nie chca dostaja ròznego typu zasilki. Reszta to nie ma znaczenia, dlatego jesli sytuacja pozostanie niezmieniona PIS wygra kolejne wybory.

    Odpowiedz
  • Pan Murzyński - Filipiński(2017-12-16 13:48) Zgłoś naruszenie 00

    Liberalny elektorat posiada wspólnotę, ma nawet hasło które go jednoczy "By było tak jak było, tylko bardziej". Niestety nie chce przyjąć do wiadomości, że większość wyborców w roku 2015 uznała, że dłużej tak być nie może, a na pewno "nie bardziej". Przeciwstawianie "wstawaniu z kolan" wykładów "autorytetów" ekonomicznych, o nieuchronności w rocznej perspektywie armagedonu budżetowego spowodowanego przez 500+, zakończyło się blamażem. Nie dość, że nie finanse publiczne nie ogłosiły upadłości, to jeszcze mają się lepiej niż kiedyś. Okazało się, że poza wiarą w to, że ma się rację, silniejszą od tej w bezkompromisowy naród, nie ma nic.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie