Pracujący w objętym sankcjami krymskim banku RNKB Pawieł Żestkow uwielbia narty i grecką mitologię. Na co dzień mieszka w Moskwie. Może nie kupuje hurrapatriotycznych deklaracji, ale to nie znaczy, że nie czuje dumy z tego, co wydarzyło się na Krymie wiosną 201 4 r . Na co dzień w pracy zajmuje się redukowaniem skutków sankcji, którymi obłożono Rosję i Krym po aneksji półwyspu. – Do Symferopola latam non stop. Nabijam sobie mnóstwo punktów w programie frequent flyer. Z bliska widzę zmiany, które tu zachodzą. Wyremontowane centrum Symferopola. Korki, które świadczą o tym, że buduje się nowe drogi – zapewnia.

Z funduszy federalnych wlewane są tu setki milionów dolarów. Część tej sumy znika w kieszeniach urzędników. Dojrzewają skandale korupcyjne. Wkrótce wyjdą niedoróbki i prowizorki. Dokładnie tak jak w Soczi przed igrzyskami w 2014 r. Ale Kreml wliczył to w koszty. Najważniejsze, żeby były efekty. Niezależnie od tego, ile zostanie rozkradzione, lud musi wiedzieć, że Putin nie tylko przejął terytorium, ale też potrafi nim zarządzać. Jak powiedział w rozmowie z nami współpracujący z liderem rosyjskiej opozycji Aleksiejem Nawalnym Pawieł Puczkow, wojenna mobilizacja nie będzie trwała wiecznie. Siedzący przed telewizorem Rosjanin łatwo podniecił się sukcesem aneksji. Ale tak samo szybko jego afekt może wyparować.

Nie wystarczą sprzedawane na każdym kroku magnesy na lodówkę ze smutnym Obamą, który mówi „Krym zdałem” i wesołym Putinem odpowiadającym „Krym przyjąłem”. Nie wystarczy nachalna propaganda i setki billboardów (jest ich na Krymie chyba więcej niż komercyjnych) ze zdjęciem prezydenta i kolejnymi zobowiązaniami. „Krym w ZSRR był słynnym uzdrowiskiem. Oczywiście rozwiniemy je” – głosi jeden z nich. „Wszystkie programy socjalne armii rosyjskiej zostaną rozbudowane dla Sewastopola i Floty Czarnomorskiej” – czytamy w kolejnym. „Most w Cieśninie Kerczeńskiej (połączy Krym z kontynentalną Rosją – red.) zostanie wybudowany do końca 2018 r.” – napisano na kolejnym.

Na razie ludzie w to wierzą. Przy inwestycjach jest praca. Wojsko podpisuje dobrze płatne kontrakty z tymi, którzy chcą służyć w armii. Emeryci dostają pieniądze zwaloryzowane do poziomu rosyjskiego. Mały i średni biznes, którego właścicielami są obywatele wierni Rosji, zaczyna się kręcić. Pojawiła się nadzieja, że sprawy idą w dobrym kierunku. Najlepiej opisuje to sytuacja z autobusu, którym podróżowaliśmy z Eupatorii. Miękko zawieszona maszyna po wjeździe na dworzec w Symferopolu zaczęła niemal tańczyć. Dziury były tak głębokie, że ciężko było zachować równowagę. Absurdalny widok podskakujących pod sufit pasażerów wywołał ogólne rozbawienie. W końcu wypowiedziała się starsza pani: „No, chyba szybko to zasponsorują. W końcu to dworzec”.

Na Krymie niewielu czeka na niewidzialną rękę rynku. Raczej na mitycznych „onych”, którzy przyjdą i wszystko zaleją betonem, dadzą wypłatę i święty spokój. Nic jednak nie jest za darmo. Putin obiecał małą stabilizację, ale zażądał rezygnacji z obywatelskości. Zobowiązał się do „operacji Soczi 2”, ale wraz z betonem i funduszami wysłał na Krym zagony czekistów, którzy mają pilnować niezadowolonych z nowych porządków. Przede wszystkim Tatarów krymskich i mniejszość, która tęskni za Ukrainą.

Do tego zaczął realizować politykę osadniczą, przeprowadzając na półwysep całe rodziny wojskowe. Byliśmy na nowym osiedlu w Sewastopolu. Przyzwoicie wyglądające bloki, trochę zieleni, dobre samochody pod klatkami. Czekiści i wojsko to swoista klasa średnia gwarantująca właściwy stosunek do władzy. A żeby mieli wygodnie, postawiono im mieszkania niemal w miejscu pracy. Osiedle przy Kozaczej Buchcie to trójkąt, a jego boki graniczą odpowiednio z jednostką piechoty morskiej, poligonem czołgowym oraz poligonem Floty Czarnomorskiej.

Dla Ukrainy to niebezpieczna sytuacja. Jeśli Putin dotrzyma umowy „minimum socjalne w zamian za wolność”, wajcha na dobre przechyli się na korzyść Rosji. Jeśli ludzie dostaną tę małą stabilizację, nie zechcą powrotu Ukrainy. Wówczas nie będzie trzeba technologii politycznych, by wypracować odpowiedni wynik w sondażach. Andriej Malgin, wpływowy prorosyjski intelektualista z Symferopola, tłumaczył nam, że za Ukrainy słabe państwo z wolnym rynkiem oznaczało anarchię i wszechwładzę oligarchów. W takim ujęciu Rosja, oferująca – to już nasze słowa – państwo totalitarnie wszechobecne, została przyjęta z ulgą. Brzemię wolności bywa ciężkie.

A Kreml może rozważyć scenariusz, w którym za kilka lat Krym stanie się jednym z punktów big dealu, wielkiego porozumienia Waszyngtonu i Moskwy. Kreml nie ukrywa, że liczy na układ z administracją Donalda Trumpa, w którym uwzględni się i Syrię, i Libię, i Ukrainę, i Koreę Północną, i zachodnie wojska na wschodniej flance NATO, i wiele innych sporów. Taki scenariusz spędza sen z powiek przywódców z dużej części naszego regionu. Także w Polsce.

Putin w geście dobrej woli może zaproponować powtórkę referendum. Tym razem legalnego, a nie sfałszowanego, jak w 2014 r . Pod nadzorem ONZ i OBWE. Taki scenariusz to dla Kijowa szach i mat. Jeśli Ukraina zgodzi się na referendum, przegra. Jeśli nie, zmęczony impasem Zachód uzna, że Ukraina nie chce żadnego porozumienia i dogada się z Kremlem ponad jej głową . Każdy kilometr nowego asfaltu na krymskich drogach gra na jego korzyść. Każdy dzień rosyjskiej władzy oddala półwysep od Ukrainy.