Niebezpieczny iloraz. Niezdrowa fiksacja na punkcie testów IQ

| Aktualizacja:
Grupa naukowców pod wodzą ekonomicznego noblisty Jamesa Heckmana opublikowała w 2016 r. pracę, z której wynika, że IQ tłumaczy różnice w naszych dochodach zaledwie w 1–2 proc. Lepszą zapowiedzią tego, ile będziemy zarabiać, są np. oceny szkolne / ShutterStock

Kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn, osoby czarnoskóre od białych, a prawicowcy od lewicowców. Niezdrowa fiksacja na punkcie testów IQ prowadzi do wniosków miłych rasistom, mizoginom i zwolennikom eugeniki. W rzeczywistości więcej w tym spekulacji niż twardej nauki.

GPS. Wkrótce rozwinięcie tego akronimu przestanie być oczywiste. Dzisiaj oznacza on system nawigacji satelitarnej (Global Positioning System), jutro może kojarzyć się także z testami na inteligencję. Genetycznymi testami. Nasza inteligencja w nawet 50–70 proc. jest dziedziczona, a w ciągu ostatnich kilku lat genetycy dokonali dużych postępów w identyfikowaniu zespołów genów odpowiedzialnych za sprawny rozwój i funkcjonowanie ludzkiego mózgu.

Magazyn DGP 20.12.19 / Dziennik Gazeta Prawna

Metodę, która im na to coraz skuteczniej pozwala, nazwano „genome-wide polygenic score” – w skrócie GPS. Dzięki niej będzie można wiarygodnie szacować np. inteligencję nienarodzonego jeszcze dziecka. „Badanie przyszłych osiągnięć edukacyjnych za pomocą GPS stanie się powszechną usługą konsumencką” – prognozują psycholodzy Robert Plomin (King’s College) i Sophie von Stumm (London School of Economics) w głośnej pracy z 2018 r. „The new genetics of intelligence” (Nowa genetyka inteligencji). Zdaniem naukowców GPS będzie kosztować mniej niż 100 dolarów.

Czy to dobra wiadomość? Optymiści będą skakać z radości: GPS zrewolucjonizuje system edukacji, pozwalając projektować techniki nauczania pod profil genetyczny danej osoby. Pesymiści będą straszyć, że GPS to kolejny krok na drodze do nowej eugeniki. Niektóre dzieci – te, którym GPS wywróży niewielki potencjał intelektualny – po prostu się nie narodzą. Kolejnym posunięciem będzie manipulowanie zarodkami. Bogaci, których stać na ulepszanie DNA (będzie to kosztowna technologia), wyprodukują tytanów umysłu, a biedni będą kisić się w mentalnej przeciętności. Powstanie świat rodem z dystopijnego serialu „Czarne lustro”.

Problemem zarówno pesymistów, jak i optymistów jest to, że gdzieś z tyłu głowy przechowują niebezpieczny stereotyp i na jego bazie formułują swoje wizje. Utożsamiają oni wysoką inteligencję z wysokim IQ, a wysokie IQ z gwarancją życiowego sukcesu. Błędnie.

Bo czy słyszeli o Andym Warholu?

Głupi jak... Andy Warhol

Można nie lubić pop-artu (ja na przykład tych wycinanek nie znoszę), ale nie można zaprzeczyć, że twórca tego ruchu artystycznego był człowiekiem sukcesu. Przynajmniej w przyziemnych, materialistycznych kategoriach. Wartość majątku Andy’ego Warhola szacowano w 1987 r. (wtedy zmarł) na 220 mln dol. Na poziomie dziesiątek milionów dolarów plasuje się także wartość spadku, który zostawił po sobie ludzkości – jego dzieł. Nieźle, prawda? A IQ Andy’ego wynosiło 86. Sukces, jak widać, mogą odnosić także osoby dysponujące „inteligencją” zupełnie przeciętną. Tylko jak to możliwe? To proste. Samo IQ nie jest aż tak dobrym prognostykiem dochodów, jak przyjęło się sądzić. Ba! Właściwie jest zupełnie w tej materii bezużyteczne. Grupa naukowców pod wodzą ekonomicznego noblisty Jamesa Heckmana (Uniwersytet Chicagowski) opublikowała w 2016 r. pracę, z której wynika, że IQ tłumaczy różnice w naszych dochodach zaledwie w 1–2 proc. Lepszą zapowiedzią tego, ile będziemy zarabiać, są np. oceny szkolne.

Oczywiście nie wszyscy wierzą w mały intelekt Warhola, wskazując na brak wiarygodnych źródeł tej informacji. Jednak nawet jeśli IQ twórcy pop-artu byłoby odrobinę wyższe, to i tak grono osób, które nie dostałyby się do Mensy, stowarzyszenia ludzi o IQ powyżej 130 (charakteryzuje ono jedynie 2 proc. populacji), jest całkiem spore. Poniżej tego progu znajduje się choćby James Watson, twórca współczesnej genetyki, który w 1962 r. otrzymał Nagrodę Nobla za opis podwójnej helisy (IQ 124) czy fizyk Richard Feynman, również laureat Nagrody Nobla w 1965 r. za rozwinięcie relatywistycznej elektrodynamiki kwantowej (IQ 125). Iloraz inteligencji biologa i dwukrotnego zdobywcy Nagrody Pulitzera Edwarda Wilsona jest jeszcze niższy (123), ale on sam wcale nie rozpacza z tego powodu. Jak lubi podkreślać, każdy wynik powyżej 120 i tak oznacza przynależność do 10 proc. „najinteligentniejszych” Ziemian, a wynik zbyt wysoki (powyżej 140) może sprawić, że skończysz jako „audytor albo konsultant podatkowy”.

Audytor? Nie brzmi jak zajęcie dla geniusza. Wilson ma wytłumaczenie: zbyt mądrzy ludzie bywają po prostu leniwi. Wiele rzeczy, których osiąganie zajmuje innym dużo czasu i pochłania wiele wysiłku, im idzie jak z płatka. Nie mogą więc wyrobić w sobie nawyku ciężkiej pracy i determinacji, a są to konieczne elementy każdego odkrycia. „Idealny naukowiec jest wystarczająco bystry, by rozumieć, co należy zrobić, ale nie bystry na tyle, by szybko poddawać się uczuciu nudy. Wielu z najbardziej utytułowanych i innowacyjnych naukowców w USA ma IQ niewiele ponad 120” – mówił Wilson w jednym z wywiadów. Choć jego opinie opierają się na jednostkowych doświadczeniach i obserwacjaach, to są spójne z wnioskami Heckmana: bardziej niż IQ na sukces wpływ ma wytrwałość, sumienność, samodyscyplina.

To, że IQ wybitnych wynalazców i odkrywców sprzed wieków (jak np. Leonardo da Vinci) wynosiło nawet 180–200, także twierdzeniom Wilsona i Heckmana nie przeczy. Po pierwsze, oprócz inteligencji mieli oni zapewne właściwe cechy osobowości. Po drugie, współczesne oszacowania ich IQ są nieweryfikowalne – da Vinci nie zdawał przecież odpowiedników testów. Bazują na tym, co i jak pisali dawni mistrzowie (m.in. jak zasobne było ich słownictwo) i są nie bardziej wiarygodne niż obliczenia inteligencji Warhola. Może nawet mniej. Rozmów z nimi nie nagrano na video.

„Pokazałeś tylko, że inteligencja nie jest gwarancją sukcesu. Wielkie mi halo! To oczywiste. W końcu w życiu znaczenie ma jeszcze przypadek. Poza tym nawet geniusz bywa omylny, a głupiec miewa rację” – powie wyznawca idei IQ. Tyle że to jedna z możliwych interpretacji. Inna, wcale nie mniej prawdopodobna, głosi, że testy na inteligencję pomijają istotne aspekty ludzkiego intelektu, a być może nie mierzą jego wcale.

Statystyczna ekwilibrystyka

Bo czym właściwie jest IQ? Autorem tej koncepcji jest Francuz Alfred Binet, a rozwinął ją Niemiec William Stern. Ten pierwszy w 1905 r. w opracował sposób badania wieku umysłowego poprzez sprawdzanie, jakiego typu i jak złożone zadania dzieci w danym wieku są w stanie przeciętnie rozwiązać. Siedem lat później Stern opracował formułę obliczania IQ. Zgodnie z nią należało wiek umysłowy podzielić przez wiek życia i pomnożyć razy 100. Jeśli wiek umysłowy danej osoby był wyższy niż długość życia, jego inteligencję oceniano na ponadprzeciętną. Dzisiaj testy IQ są bardziej abstrakcyjne i złożone niż przed stuleciem, a ze sposobu wyliczania tego wskaźnika pozostała właściwie tylko nazwa. Testy IQ nie mierzą dzisiaj „ilorazu inteligencji” w sensie dosłownym, a czynnik g, czyli nadrzędny ogólny czynnik „inteligencji”. Jeśli nasz mózg to silnik, czynnik g mierzy jego konie mechaniczne – inteligencję płynną. Wysoka zdolność rozwiązania bezsensownych i niepraktycznych z pozoru testów (np. wskazania kolejnej figury w szeregu) przekłada się na zdolność rozwiązywania problemów innego typu. Czynnik g ma być tym, co sprawia, że jesteśmy w stanie logicznie rozumować i rozpoznawać wzory w każdym kontekście.

Jak jednak psychologowie doszli do wniosku, że coś takiego, jak czynnik g istnieje? Teraz pora wyjaśnić, dlaczego mówiąc o IQ, wyraz „inteligencja” umieszczam w cudzysłowie.

W dużej mierze badaczom udało się to dzięki matematyczno-statystycznej ekwilibrystyce. Najpopularniejszy dzisiaj test IQ, test Wechslera, mierzy „inteligencję” w 11 jej wymiarach (i zarówno w jej werbalnym, jak i niewerbalnym sensie). Sprawdza m.in. rozumienie słów, pamięć roboczą czy szybkość przetwarzania bodźców. Ta wielowymiarowość to kłopot. W sytuacji gdy mamy tylko dwie zmienne, łatwo ustalić relacje między nimi. Im więcej zmiennych, tym jest to trudniejsze. Psycholodzy robią to, stosując analizę czynnikową (to metoda upraszczająca analizę wielowymiarowych przestrzeni), a gdy odnoszą sukces, krzyczą: znaleźliśmy czynnik pomiaru ogólnej inteligencji! W ekscytacji zapominają jednak, że korelacja to nie przyczynowość. To, że A współwystępuje z B, nie oznacza, że A jest przyczyną B. Ale tak właśnie rozumują badacze. Wychodzą z założenia, że testy IQ mierzą inteligencję, potem odkrywają korelacje pomiędzy składowymi wynikami testów IQ, nazywają wyniki pomiarów „czynnikiem g”, a potem twierdzą, że to właśnie ów czynnik jest funkcją inteligencji. Trzymając się takiej logiki, można by stwierdzić, że skoro pomiędzy filmami, w których występuje Nicholas Cage, a utonięciami w USA istnieje silna korelacja, to za każdym razem, gdy Cage akceptuje rolę, ma na sumieniu ludzkie życie.

Cóż, może tak jest, ale warto wyjaśnić, na czym ten mechanizm przyczynowy polega. Psychologowie wciąż nie potrafią przekonująco wytłumaczyć, dlaczego czynnik g miałby być czymś więcej niż przypadkiem. Często odwołują się więc do innych, pomocniczych obserwacji statystycznych, mówiąc, że skoro g tak świetnie „przewiduje” przyszłe wyniki w nauce, zarobki czy wydajność pracy, to na pewno mierzy inteligencję. No bo co innego? Przecież nie może to być czysty przypadek. Możliwe, ale takie tezy są wysoce kontrowersyjne.

O dyskusyjnej relacji IQ do wyników w nauce i zarobkach już pisałem. Na pierwszy rzut oka dane mogą wspierać zwolenników IQ, gdyż faktycznie istnieje silny związek między wysoką inteligencją wychodzącą z testów a wydajnością. Standardowe tłumaczenie: ludzie o dużym IQ są bardziej wydajni, bo szybciej się uczą. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Zdemaskowali go specjalizujący się w zarządzaniu profesorowie Eliza Byington (Uniwersytet w Sydney) i Will Felps (Uniwersytet Nowej Południowej Walii) w badaniu z 2010 r. „Dlaczego wyniki testów IQ przewidują wydajność w pracy?”. Jak tłumaczą, ludzie o wysokim IQ są wydajniejsi, gdyż są po prostu… lepiej traktowani. Testy IQ stały się powszechnie stosowanym narzędziem ewaluacji. Szkoły, uniwersytety i pracodawcy w oparciu na nich dzielą ludzi na grupy o różnych uprawnieniach, w wyniku czego „jednostki z wysokimi wynikami uzyskują lepszy dostęp do zasobów, dzięki którym lepiej mogą rozwijać swoje możliwości”, a ci z niższymi są ich pozbawione. To tak jakby grupie najwyższych maratończyków oferować podwózkę do mety najnowszą Teslą i potem twierdzić, że mają gorsze wyniki właśnie ze względu na swój wzrost.

Nic dziwnego, że Richard Feynman uwielbiał żartować nie tylko z wyniku swojego testu IQ, lecz także z samego konceptu testowania ludzkiej inteligencji. Uważał, że złożoności umysłu nie da się sprowadzić do skali punktowej.

IQ jak PKB?

Co do tego, że nawet zwolennicy testów IQ zgodzą się, iż nie mogą one dawać pełnego obrazu naszej inteligencji, to trochę jak z PKB w ekonomii. Nawet ci przywiązani do tej miary wzrostu uważają ją za cząstkową. Tymczasem IQ w poznaniu umysłu człowieka sprawdza się nawet gorzej niż PKB w poznaniu gospodarki. Potrzeba czegoś nowego.

Jack Ma, twórca serwisu Alibaba, przekonywał niedawno, że prócz wysokiego IQ do życiowego sukcesu potrzebne jest także „LQ”, czyli „iloraz miłości” (od „Love Quotient”). Łatwo Jacka Ma wyśmiać, gdyż słabo zna angielski, niektóre myśli ubiera w infantylny język, ma także zabawny ton głosu. Ale mówiąc o LQ, wskazuje szersze rozumienie ludzkiej inteligencji, względniające inteligencję emocjonalną. Koncepcję istnienia więcej niż jednego rodzaju inteligencji spopularyzował w latach 80. psycholog rozwojowy Howard Gardner. Wyróżnił on inteligencję logiczno-matematyczną, językową, przyrodniczą, muzyczną, przestrzenną, cielesno-kinestetyczną, interpersonalną oraz intrapersonalną. Podkreślał, że – wbrew temu, co sugerują genetycy – inteligencja nie jest przede wszystkim rezultatem dziedziczenia, lecz także nauki i samej zdolności do nauki, której testy IQ nie pozwalają dobrze zbadać.

Gardner nie zyskał jednak przychylności redukcjonistycznie nastawionych psychologów. Uznali, że jego tezy są wyssane z palca i nieugruntowane w badaniach. Ale jednocześnie, jakby czując, że w tym, co mówi, może tkwić zalążek prawdy, zaczęli częściej używać sformułowania „inteligencja skrystalizowana”. Co to jest? To określenie stopnia, w jakim wykorzystujemy warunki, w które rzuciło nas życie. Nasz potencjał.

W 2012 r. światem nauki wstrząsnęły badania, które myślenie o inteligencji à la Gardner kazały odkurzyć. Statystyczny destylat w postaci czynnika g kieruje nas na pojmowanie inteligencji tak, jakby była czymś jednorodnym, a nawet wręcz fizycznym obiektem chowającym się w mózgu. Tymczasem czterech neurobiologów – Adam Hampshire, Roger Highfield, Beth L. Parkin i Adrian M. Owen – pokazało, że za zadania poznawcze odpowiedzialne są różne, a zwłaszcza niezależne, sieci neuronowe. Dynamiczne i złożone systemy. Doszli do tych wniosków po przebadaniu niemal 45 tys. osób, każąc rozwiązywać im różnorakie zadania i skanując ich mózgi. „Ludzka inteligencja jest emergentną właściwością wielu wyspecjalizowanych systemów mózgowych, z których każdy ma inną charakterystykę” – czytamy w badaniu. Zdaniem szefa zespołu badaczy Adriana M. Owena oznacza to, że redukowanie inteligencji do czynnika g i testów IQ jest ślepą uliczką. Każda z form inteligencji mogłaby mieć własną miarę, a za „ogólny czynnik inteligencji” można by od biedy uznać zdolność danej jednostki do ich efektywnego mobilizowania. Naukowcy podkreślają, że skoro IQ okazuje się uproszczeniem, to jeszcze większym są próby porównywania testów IQ poszczególnych kategorii ludzi – różnych ras, płci, grup zawodowych itd. Z punktu widzenia rzetelnej nauki w dotychczasowym kształcie nie mają one sensu.

Na to samo zwraca uwagę jeden z najzagorzalszych krytyków idei IQ Nassim Nicholas Taleb, amerykański filozof i probabilista, autor bestsellerowej książki „Czarny łabędź” o konsekwencjach rzadkich zjawisk. Jego pasją – oprócz rachunku prawdopodobieństwa – jest demaskowanie blagi strojącej się w szaty nauki. W styczniu tego roku w reakcji na serię artykułów zamieszczonych w serwisie publicystycznym quillette.com, które wiązały poziom IQ z kolorem skóry, opublikował artykuł o tytule, który mówi właściwie wszystko: „IQ to w dużej mierze pseudonaukowy szwindel” („IQ is largely a pseudoscientific swindle”). Przekonuje w nim, że IQ nadaje się właściwie tylko do jednego – oceny skrajnego braku inteligencji oraz tego, jak „dobra jest dana jednostka w wykonywaniu pewnego rodzaju zadań zaprojektowanych przez intelektualnie niewysublimowanych nerdów”. W skrócie: test IQ wykaże, że nie umiesz dodawać i nie jesteś w stanie wykonać prostych poleceń (ale to potwierdzi jakikolwiek test!), lecz nie wykaże, jak bardzo i w jakich aspektach jesteś naprawdę inteligentny (jeśli jesteś). Zdaniem Taleba statystyki, którymi zazwyczaj podpierają się wyznawcy IQ, są błędne metodologicznie, a czasami celowo „skrojone” pod tezę (np. tę, która mówi, że IQ jest dobrym prognostykiem dochodu). Próby odparcia argumentów Taleba ze strony psychologów sprowadzają się jak dotąd do argumentów „z autorytetu” czy przytaczania tych samych statystyk, których wiarygodność Taleb podważa.

Kac morderca IQ

Jednym z najbardziej przekonujących argumentów za tym, że do testów IQ należy podchodzić z dystansem jest... kac. Poważnie. Suchość w gardle. Zawroty głowy. Nudności. Światłowstręt. Dźwiękowstręt. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie się w takim stanie. Wiem, może to być ciężkie, bo przecież nie nadużywacie alkoholu. Ale spróbujcie. Teraz przyjmijmy, że w tym właśnie stanie musicie rozwiązać zadanie matematyczne, rozpoznać ukryte w abstrakcyjnych grafikach wzory albo zapamiętać ciągi cyfr, czyli rozwiązać test IQ. Czy sądzicie, że wasz wynik byłby tak samo wysoki, jak gdybyście byli trzeźwi, w świetnej formie, wyspani i wypoczęci?

Wyobraźcie sobie teraz, że rozwiązujecie ten sam test IQ w różnych warunkach: na kacu, wyspani i wypoczęci, w ciszy i skupieniu, w otoczeniu rozpraszających czynników (np. w gwarnej kawiarni), wieczorem, w nocy i z rana. Prawdopodobnie za każdym razem wynik będzie inny! „W przeciwieństwiem do pomiarów wagi czy wzrostu, które obarczone są niewielkim zakresem błędu, wielu ludzi osiąga bardzo różne rezultaty, powtarzając ten sam test IQ. Różnice dochodzą do dwukrotności odchylenia standardowego (przeciętne odchylenie od średniej wyników – red.). Co więcej, korelacje test – ponowny test są nieliniowe. To tak jakby zegar wskazywał czas z błędem pomiaru wynoszącym godzinę” – pisze Taleb we wspominanym artykule.

Norweska neurobiolog Kaja Nordengen wskazuje, że czynników mogących znacznie zafałszować wyniki testów IQ jest o wiele więcej – od stanów, w jakich się znajdujemy (np. rozpraszające myśli uczucie zakochania czy zmartwienia chorobą kogoś bliskiego), do uwarunkowań kulturowych, w jakich dorastaliśmy. Jeśli wywodzimy się z kultury niepiśmiennej, wychowaliśmy się bez kartek i długopisu, będziemy mieć problem z rozwiązaniem testu IQ, nawet jeśli będzie on pozbawiony cyfr czy liter. Czy to oznacza, że będziemy mniej inteligentni? Nie.

Testy IQ, jak wszystkie eksperymenty, powinno się przeprowadzać w optymalnych i ujednoliconych warunkach, ale badające was osoby nie na wszystko mają wpływ. Nie są w stanie stworzyć sterylnych warunków na wzór doświadczenia chemicznego czy fizycznego. Chociaż chciałyby.

W psychologii – podobnie jak w ekonomii – powszechny jest scjentyzm. Zajmujący się tymi dziedzinami uczeni chcieliby być tak matematycznie precyzyjni jak fizycy. To stąd wynika ich niezdrowa fiksacja na czynniku g, czyli metodach statystycznych pozwalających przełożyć „inteligencję” na matematyczne modele. To dlatego z takimi oporami przyjmują odkrycia przeczące ich schematom (jak to z 2012 r.). Zapominają, że ludzka inteligencja to najbardziej złożony fenomen we wszechświecie, a działanie naszego umysłu pozostaje tajemnicą. Nauka wciąż nie jest w stanie jednoznacznie zdefiniować i zmierzyć inteligencji, a przywiązywanie nadmiernej wagi do tradycyjnych testów IQ może wyrządzić wielką krzywdę wielu ludziom. W pierwszych latach XX w. imigranci przybywający do USA byli poddawani prymitywnym testom na zdolności kognitywne (poznawcze). Jeśli wypadli blado, byli odsyłani tam, skąd przypłynęli. Nikt z nas nie chciałby pewnie stracić możliwości zamieszkania w innym kraju, stanowiska pracy, przychylności partnera życiowego czy miłości rodzicielskiej tylko dlatego, że słabo zdał tak dalece ułomny test jak IQ albo dlatego, że ktoś wywróżył z naszych genów, że nie będziemy sobie z nim dobrze radzić. Pamiętajcie o tym, gdy ktoś zacznie w waszym towarzystwie cytować „badania” o wyższej inteligencji meżczyzn niż kobiet czy liberałów niż konserwatystów.