Kiedyś bywało przecież odwrotnie, i lewica, silnie związana ze związkowcami, niechętnie witała potencjalnych konkurentów z zagranicy na swoich rynkach. Imigranci mogą być korzystni dla gospodarki jako całości, wpływając na PKB korzystnie w dłuższym terminie, ale po drodze szkodząc interesom nizin społecznych, potencjalnego elektoratu lewicy.

W ostatnich latach pojawiły się badania sprawdzające tę intuicję. Z jednej strony znajdziemy dowody na tezę, że biednemu zawsze wiatr w oczy. Choćby Federico Mandelman i Andrei Zlate z amerykańskiego Fedu argumentowali, że o ile napływ imigrantów niewykwalifikowanych prowadzi do wzrostu płac realnych u lepiej zarabiających, o tyle przyniósł (jako jeden z czynników) stagnację płac dolnych warstw społecznych. I można by to przyjąć za potwierdzenie prawd starych lewicowców, gdyby nie oferowany tam zwrot akcji, pociągnięty ostatnio na przykładzie Danii przez parę ekonomistów Mette Foged i Giovanniego Periego. Jesteśmy przyzwyczajeni do stwierdzenia, że konkurencja służy konsumentom w postaci niższych cen produktów. A producentom? Pracownikom? Foged i Peri odpowiadają, że napływ taniej siły roboczej do Danii zmusił najsłabiej wykwalifikowanych Duńczyków do specjalizacji i podwyższenia swoich kompetencji. I, co niedziwne, zwiększona mobilność i kwalifikacje zaowocowały wzrostem płac realnych dla rdzennych Duńczyków.

Można oczywiście zapytać, po co nam do tego imigranci, bo pomysł szkoleń dla słabo zarabiających nie jest niczym nowym. Ekonomista jednak wie, że gospodarka to gra bodźców. Leszek Miller też to wie. Jednak, jeśli imigracja służy jako bodziec pozytywny, czemu ją odrzucać, panie premierze?