statystyki

Polak Polakowi liberałem

autor: Rafał Woś22.02.2013, 09:41; Aktualizacja: 22.02.2013, 10:01
Pieniądze

Pieniądzeźródło: ShutterStock

Nauczyciele? Darmozjady. Związkowcy? Warcholstwo. Bezrobotni? Nieudacznicy. Podatki? Obniżyć! A jak w górach ktoś wezwie helikopter TOPR i nie jest ubezpieczony, to trzeba obciążyć go kosztami. Jak to możliwe, że panuje u nas tak niepodważalna wiara w nieomylność rynkowych rozwiązań? Nierzadko stojących wręcz na granicy socjopatycznego egoizmu i indywidualizmu.

Reklama


Reklama


Udziałowcy spółki Rzeczpospolita Polska

Polak najchętniej wpuściłby też wolny rynek do takich zmurszałych „molochów” jak PKP, ochrona zdrowia, uczelnie wyższe, teatry i muzea. Niech konkurują, niech zarabiają na siebie i pokażą, na co je stać. Do pewnego stopnia urynkowienie tych wszystkich usług ma oczywiście sens. Prywatyzacja oznacza, że przedsiębiorstwa nie będą padały łupem politycznych koterii i będą (być może) zarządzane w sposób bardziej efektywny. Ale tylko ideologiczny ślepiec nie dostrzeże tego, że wprowadzenie logiki wolnorynkowej do ochrony zdrowia, szkolnictwa czy transportu musi przynieść również negatywne skutki.

Dzieje się tak dlatego, że głównym celem przedsiębiorstw prywatnych jest osiągnięcie zysku. W tym sensie pierwszą decyzją menedżera PKP kierowanego logiką rynku będzie likwidacja nierentownych połączeń. Poprawi to oczywiście bilans spółki. Ale co z ludźmi, którzy tą linią dojeżdżali do pracy? Oczywiście ich los nie wlicza się już w rachunek zysków i strat takiego przedsiębiorstwa. Ale w rachunek zysków i strat spółki o nazwie Rzeczpospolita Polska (którego udziałowcami jesteśmy my wszyscy) już tak. A straty będą takie, że ludzie odcięci od połączenia kolejowego stracą mobilność, a przez to będą mieli dużo mniejsze szanse na znalezienie pracy. A to z kolei strata dla PKB, konieczność łożenia na ich zasiłki oraz większe prawdopodobieństwo korzystania z publicznej opieki zdrowotnej. Nie mówiąc już o stratach kapitału społecznego.

Podobnie jest z wchodzeniem myślenia rynkowego w sektor edukacyjny. „Wyniki egzaminu szkolnego stały się dziś fetyszem, który reprezentuje wszystko, co w edukacji pożądane. W zamyśle test miał być jedynie wskaźnikiem pozwalającym określić, czy zadania edukacyjne zostały osiągnięte. Niepostrzeżenie stał się on jednak samym celem, a nauka zeszła na dalszy plan. Dzieciakom w szkołach mówi się wprost: »Jeżeli nie znasz odpowiedzi na jakieś pytanie, to nie zastanawiaj się, nie trać czasu, tylko idź dalej!«. Szeroka koalicja ciężko pracuje dziś na to, by uczniowie uzyskiwali jak najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Szkoły są tym zainteresowane ze względu na miejsca rankingowe, rodzice – w trosce o kariery swoich dzieci, same zaś dzieci – z myślą o przejściu do następnego etapu edukacji” – uważa Tomasz Szkudlarek, kierownik Zakładu Filozofii Wychowania w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. I narzeka, że paradoksalnie nasz system zaczął masowo produkować absolwentów nieprzygotowanych do współczesnego rynku pracy. Bo pracodawcy nie czekają wcale na młodych karierowiczów. Wśród cech, które powinien mieć pracownik, wymieniają kreatywność, analityczny rygor i myślenie interdyscyplinarne. Czyli chcą odwrotności współczesnego systemu wychowania.

Wiele wskazuje na to, że dominacja liberalnego dyskursu w polskim życiu publicznym ma jeszcze jeden daleko idący negatywny skutek.

Niszczy kapitał społeczny i zaufanie, którego i tak jest w naszym kraju mało. Dowody, że tak jest, dają już nawet przedstawiciele obozu konserwatywnego. Na przykład amerykański filozof z Uniwersytetu Harvarda Michael Sandel. W wydanej właśnie w Polsce książce „Czego nie można kupić za pieniądze” gorąco przeciwstawia się wizji społeczeństwa, w którym dominuje podejście wolnorynkowe. I robi to z przyczyn jak najbardziej praktycznych, twierdząc, że większości społeczeństwa się to nie opłaca. „Z pozoru postulat, by wszystko miało swoją cenę i było poddane rynkowej logice, jest sensowny. Przecież nic tak jak rynek nie zapewnia optymalnej alokacji zasobów. To jednak nie jest takie proste” – pisze Sandel.

Bo „gdyby przewaga osób zamożnych sprowadzała się do możliwości kupowania jachtów, sportowych samochodów i drogich wakacji, to nierówności w dochodach nie miałyby większego znaczenia. Jeżeli jednak za pieniądze można kupić coraz więcej – wpływy polityczne, dobrą opiekę zdrowotną, mieszkanie w bezpiecznej okolicy (a nie w dzielnicy z wysoką przestępczością), dostęp do elitarnych szkół – to kwestie różnic majątkowych wysuwają się na pierwszy plan. Bo gdy wszystko, co dobre, można kupić albo sprzedać, to posiadanie pieniędzy jest rzeczą ważną. Bo im większa rola pieniądza, tym głębsze podziały wewnątrz społeczeństwa”.
A te się per saldo społeczeństwu nie opłacają. Podobnych argumentów używa wpływowy wydawca konserwatywnego niemieckiego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Frank Schirrmacher. W wydanej kilka dni temu książce „Ego. Gra Życia” prowokacyjnie oskarża egoistyczną logikę wolnego rynku o rujnowanie społeczeństwa obywatelskiego. Kreśli przy okazji ciekawe porównanie: „Musimy wreszcie dostrzec to, że wolnorynkowa neoliberalna ekonomia dominująca od lat 80. była niczym innym jak przełożeniem logiki zimnej wojny na stosunki społeczne. Nie przypadkiem po pokonaniu ZSRR setki specjalistów od teorii gier przeniosło się z Pentagonu na Wall Street. Ich argumenty były tak przekonujące, że wkrótce wszyscy uwierzyliśmy, że gospodarka to gra, w której liczy się tylko zwycięstwo, a koszty i moralność nie mają żadnego znaczenia” – dowodzi Schirrmacher. Są i tacy autorzy, którzy krytykują entuzjastów wolnego rynku jako niebezpiecznych, bujających w obłokach fantastów. „Czas na chwilę szczerości. Nikt, ale to absolutnie nikt nie wierzy w wolny rynek. Ani Republikanie, anilibertarianie, ani »Wall Street Journal«” – uważa Ian Fletcher, amerykański ekonomista i autor książki „Free Trade Doesn’t Work: What Should Replace It and Why” („Wolny handel nie działa. Czym powinniśmy go zastąpić i dlaczego”).

I tłumaczy, że „wolny rynek to rynek w pełni konkurencyjny. To znaczy, że ilekroć próbujesz coś na tym rynku sprzedać, to samo robi twój konkurent. A to oznacza wojnę cenową. Czyli cena idzie w dół. A wraz z nią twój zysk. I właśnie dlatego przedsiębiorcy nienawidzą konkurencyjnych rynków jak plagi. A sposoby na ucieczkę z takiego rynku to jeden z głównych tematów, o których uczą w amerykańskich szkołach biznesu”. Podobnie uważa koreański ekonomista z Cambridge Ha Joon Chang. „Wolny rynek nie istnieje. Zawsze jest odbiciem jakiegoś układu sił. Ci, którym się ten układ podoba, zawzięcie go bronią. Ot, i cały wolny rynek” – dowodzi. Ci wszyscy autorzy nie są lewicowymi odszczepieńcami.

Wiara w to, że im więcej wolności gospodarczej, tym lepiej, opuszcza nawet mieszkańców kolebki liberalizmu – USA. O ile w 2000 r. w leseferyzm wierzyło 80 proc. Amerykanów, o tyle dziś to przekonanie kształtuje się na poziomie poniżej 60 proc.

Adam Smith padłby trupem

Krytyka myślenia wolnorynkowego przebija się w Polsce z trudem. „Główna przyczyna to pewnie trwające wciąż odreagowanie czasów realnego socjalizmu” – mówi DGP John E. Roemer, ekonomista z amerykańskiego Yale. Bez wątpienia tak jest. W Polsce wszelkie przejawy przedsiębiorczości prywatnej inicjatywy były (w imię pozornego socjalizmu) bardzo długo tępione. Dlatego gdy nastał wolny rynek, nie chcieliśmy dopuścić do siebie świadomości, że i on nie jest ustrojem idealnym. Odpowiedzią na trzeszczącą wolnorynkową rzeczywistość było przekonanie, że widocznie rynku jest wciąż... za mało. Ofiarą tego odreagowania pada wiele rozsądnych z ekonomicznego punktu widzenia pomysłów. Na przykład spółdzielczość. Polakom wciąż kojarzy się ona ze skorumpowanymi zarządcami spółdzielni mieszkaniowych w kiepskich garniturach zapamiętanymi z filmów Barei. I budzi opór. A szkoda, bo akurat spółdzielczość mogłaby uczynić bardziej znośnymi wiele dziedzin, w których dyktat wolnego rynku jest szczególnie dojmujący. Na przykład wspomniane już budownictwo mieszkaniowe.

Grupa rodzin zbiera się razem, by wziąć wspólny kredyt w banku i zapłacić za remont kamienicy czy przysposobienie budynku poprzemysłowego. Na wolnym rynku pewnie nie będą mieli szans z komercyjnymi deweloperami, ale dlaczego nie mogłoby im pomóc państwo, dostarczając na preferencyjnych warunkach stojące nierzadko puste i niszczejące lokale. Tak robią Niemcy, uznając pomysł za idealny sposób budowania sensownej przestrzeni miejskiej.

To jest tylko część artykułu. Zobacz pełną treść w elektronicznym wydaniu eDGP: Polak Polakowi liberałem.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

  • FAA(2013-02-23 08:31) Odpowiedz 00

    Tak, panuje u nas taka wiara w liberalizm i niepodważalność rynkowych rozwiązań, że od przeszło 20 lat wyborcy głosują na partie promujące państwo opiekuńcze, interwencjonizm państwowy i etatyzm

  • Krzysztof Mazur(2013-02-25 08:32) Odpowiedz 00

    Czy autor tego tekstu jest poważny? W czasach Adama Smitha wydatki państwa stanowiły kilka procent PKB (i były to głównie wydatki zbrojeniowe), w obecnej Polsce ok. 45 %. Gdzie Rzym gdzie Krym? Hayek nigdzie nie pisał, że państwo ma mieć udział w PKB powyżej 40 %, a raczej uważał to za patologię. Proszę sobie też przeczytać ‘Intelektualiści a socjalizm’ Hayeka, żeby się dowiedzieć, co myślał o pomysłach autora. Z tego, że ekonomiści (i jeden dziennikarz w GW, którego natychmiast atakują pozostali) piszą w gazetach o potrzebie obniżenia kosztów pracy, nie wynika, że tak się dzieje. Umowy zlecenia są ozusowane. Udział podatków w koszcie pracy wynosi 40 %. To ma być mało? To jest więcej niż płacił swojemu panu chłop pańszczyźniany w feudalizmie. Ceny mieszkań wywindowało pobudzanie gospodarki tanim pieniądzem, czyli najbardziej rozpowszechniona na świecie (na czele z USA) metoda interwencjonizmu państwowego. Do tego dochodzą programy dotowania deweloperów przez państwo jak polska ‘Rodzina na swoim’. W Polsce więcej ludzi żyje z dotacji, emerytur, rent, zasiłków i państwowych pensji niż pracuje w sektorze przedsiębiorstw. To ma być neoliberalizm? Prognozy ZUSu pokazują, że ten antyrynkowy system upadnie (stopniowo) w latach 2020-30. Nie jest też prawdą (niestety), że Polacy są wyznawcami wolnego rynku. Przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego wg sondaży było 80 % społeczeństwa.

  • axel(2013-03-07 20:08) Odpowiedz 00

    Dla co niektórych skorwinizowanych komentatorów:
    http://blogi.ifin24.pl/trystero/2011/02/17/upadek-skandynawskiego-modelu-gospodarczego-%E2%80%93-wizualizacja/

  • pff(2013-02-25 18:00) Odpowiedz 00

    Rafał Woś to chyba przypadkiem trafił do Gazety Prawnej.

  • vlak(2013-02-22 18:42) Odpowiedz 00

    Jazgotliwa krytyka tego artykułu doskonale potwierdza jego tezy - wystarczy najlżejsza krytyka dzikiego neoliberalizmu, żeby zostać "komuchem" i "lewakiem", którego bez skrępowania można i wręcz wypada walić "raz sierpem, raz młotem". Myślę, że i w Polsce to myślenie się prędzej czy później zmieni, ale jeszcze kilku lat na to potrzeba.

  • libg(2013-02-22 18:33) Odpowiedz 00

    A może Obama jest "liberałem", podnosząc podatki, płace minimalne, ograniczając wolność zarówno gospodarczą jak i osobistą, sterując rynkiem? Analogicznie do rządów USA postępuje rząd polski, i to w stopniu bardziej zaawansowanym.

  • Krzysztof(2013-02-22 18:17) Odpowiedz 00

    Jeśli jakieś połączenia transportowe są obecnie nierentowne, a jest wiele chętnych na nie, należy podnieść ich ceny. Zyski na rynku osiąga się tylko dzięki spełnianiu potrzeb konsumentów. Wszelka przymusowa interwencja państwa powoduje alokację zasobów z miejsc, które najlepiej służyłyby uczestnikom rynku. Ten artykuł to brednie, które są oparte na całkowicie arbitralnych założeniach. Żałosne.

  • M31(2013-02-22 17:34) Odpowiedz 00

    Obama komunistą :) Uhahahahaha

  • Dawid(2013-02-25 15:06) Odpowiedz 00

    Chyba nigdy nie czytałem takich głupot. Raz że autor uważa że w Polsce panuje wolny rynek a później mówi o prywatyzacji PKP i ludziach którzy będą musieli dostawać zasiłki i leczyć się w państwowej służbie zdrowia. Nie da się tego robić stopniowo. Uwalniamy gospodarkę i prywatyzujemy wszystko.

  • rene(2013-02-22 16:08) Odpowiedz 00

    Paweł - dorośnij.

  • Paweł 30(2013-02-22 15:05) Odpowiedz 00

    CO ZA BZDURY!!! Po pierwsze pierwsze liberalizm w Niemczech skończył się w latach 70 na rzecz socjalizmu z ludzką twarzą. Po drugie USA cierpi przez ucinanie wolności gospodarczej bo zaczął się zwiększać interwencjonizm państwa (socjalizmu), a krajem rządzi Obama komunista były członek partii komunistycznej. W Polsce Kapitalizm został wprowadzony na chwilę żeby ludzie zaczęli się zarabianiem pieniędzy aby odwrócić uwagę ludzi od uwłaszczania się partyjniaków z byłej PZPR, a gdy już to zrobili ponownie wprowadzili socjalizm żeby żyć z ludzi (wycofano ustawę Wilczka i zaczęto wprowadzać regulacje i nowe podatki aż do dziś - powrót socjalizmu). Więc teraz jak pada socjalizm w "ludzką twarzą" to mówią że to kapitalizm bo socjaliści to psychopatyczni wyznawcy Marksa i jak się mogło nie udać przecież oni się na podatkach dorobili i tak ludzi ogłupiają nazywając socjalizm kapitalizmem.

  • ja(2013-02-23 00:04) Odpowiedz 00

    Po przeczytaniu tego artykułu zastanawiam się, czy autor (nie podpisał się pod napisamym przez siebie tekstem) jest tak głupi, że wierzy w to co napisał, czy też może jest cynikiem świadomie okłamującym swoich czytelników. Brak podpisu wskazuje na drugą opcję - pismak wie, że bredzi i wstydzi się podpisać pod czymś takim.

    Możnaby długo się znęcać nad produktem ograniczonego umysłu autora, ale zamiast tego podam najjaskrawszy przykład:
    1. prywatyzacja edukacji według autora jest zła
    2. wegług liberałów jest dobra
    3. polskie (publiczne) szkoły produkują bezrobotnych lub karierowiczów wyszkolonych w rozwiązywaniu testów
    4. wnisek autora - liberałowie nie mają racji w tym, że chcą coś w tych szkołach zmienić

    Autor podaje argument na to, że publiczna edukacja się nie sprawdza, co według niego dowodzi, że to prywatna edukacja się nie sprawdza.

  • Karol(2013-02-23 04:57) Odpowiedz 00

    Artykuł to jedna wielka manipulacja, napisana przez osobę popierającą interwencjonizm państwowy. Osobę która nie wierzy w ludzi, tylko w ustawy. Kogoś, kto uważa nas za idiotów i próbuje nam wmówić, że nimi jesteśmy, a państwo jest od nas mądrzejsze i się nami zaopiekuje (naszymi pieniędzmi też).
    Autor jest złym człowiekiem albo głupcem, narzekanie na polski kapitalizm to to samo co robi dziecko gdy mówi, że zupa mu nie smakuje, mimo że nigdy jej nie jadło. Rządowi socjaliści podający się podszywający się pod liberałów, najpierw poprzez swoje bezsensowne regulacje sami tworzą problemy, a potem zwalają wszystko na liberalizm i kapitalizm. To się nazywa akcja pod fałszywą flagą.

  • Krzysztof Mazur(2013-02-25 09:29) Odpowiedz 00

    Łączenie liberalizmu z egoizmem to typowy populistyczny chwyt retoryczny. Czy za socjalizmu ludzie byli altruistami, czy moża walczyli o wpływy w państwie i uzyskanie od niego majątku?

  • Karol111(2013-02-22 19:24) Odpowiedz 00

    No proszę vlak. Krytykowanie potwierdza tezę, pochwały też. To co, w ogóle się nie można wypowiadać? Fakt, jest taki, że ten artykuł jest mocno stronniczy i nielogiczny np.

    Dzieje się tak dlatego, że głównym celem przedsiębiorstw prywatnych jest osiągnięcie zysku. W tym sensie pierwszą decyzją menedżera PKP kierowanego logiką rynku będzie likwidacja nierentownych połączeń. Poprawi to oczywiście bilans spółki. Ale co z ludźmi, którzy tą linią dojeżdżali do pracy? Oczywiście ich los nie wlicza się już w rachunek zysków i strat takiego przedsiębiorstwa.

    Każdy logiczny myślący człowiek postarałby się, by w takim wypadku inna linia zahaczała o te przystanki, ew. by tamta linia po prostu obejmowała więcej przystanków i , by przynosiła zyski. Olewanie spowodowałoby powstanie innego przedsiębiorstwa się tym zajmującego, które, by wygryzło to, które stawiałoby wyłącznie na maksymalizowanie zysków, a i to tylko krótkotrwałe.

  • lelek(2013-02-22 13:49) Odpowiedz 00

    Tak stoimy w rozkroku pomiedzu Leninem i Korwinem chociaz do tego pierwszego zdecydowanie nam za blisko. Trudno bowiem zrozumieć przeciętnemu polakowi dlaczego tak duzo płacimy za tak mierne usługi.
    W UK publiczne usługi moze i sa mierne ale zanim fiskus połozy łape na naszych pieniadzach, pozwala zarobić 8!! najnizszych krajowych, za która to kwote da się (bardzo skromnie) przezyć.
    W RP wolno zarobić 2 najniższe krajowe bez podatku - Niech ktos spróbuje za to przezyć i jak mu sie to uda, niech takie kancelarskie dusze jak autor tego artykułu się madrują.

  • KWG(2013-02-22 23:34) Odpowiedz 00

    ups odezwała się hipokryzja dziennikarzoli. Autor krytykuje zajadle kapitalizm, a jednocześnie żeby przeczytać jego artykuł trzeba zapłacić...
    Ale wiem, wiem, dziennikarzol tworzy "kapitał społeczny" i "kulturalną wartość dodaną" więc my motłoch powinniśmy się zrzucać na jego nowe auto z naszych podatków. A że nie dość się do tego palimy to musi nas ustawić trochę do pionu...

  • gość(2013-02-22 22:41) Odpowiedz 00

    Hańba. Tyle powiem o tym komuszym artykule.

  • Bartłomiej Bolesta(2013-02-22 22:36) Odpowiedz 00

    0.o autor chyba żyje w jakimś innym świecie To raz. Dwa, że co drugie zdanie to kłamstwo lub nagięcie prawdy Logika w tym artykule w ogóle nie istnieje. Polecam autorowi zajecie się pisaniem fatasy. Ma dryg. Tylko styl musi poprawić.

  • skoorzak(2013-02-22 21:27) Odpowiedz 00

    "Krytyka myślenia wolnorynkowego przebija się w Polsce z trudem." - Może dlatego, że nie ma czego krytykować, skoro partie wolnościowe mają prawie zerowe poparcie? Niewiele jest w ogóle osób, które wiedzą o Misesie, Rothbardzie, Bastiacie, Friedmanie itd. Artykuł jest beznadziejny i krytykuje kapitalizm, którego nigdy tutaj nie było. Nie ma to jak siać tego typu mity i nazywać siebie poważnym autorem.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama