Nauczyciele? Darmozjady. Związkowcy? Warcholstwo. Bezrobotni? Nieudacznicy. Podatki? Obniżyć! A jak w górach ktoś wezwie helikopter TOPR i nie jest ubezpieczony, to trzeba obciążyć go kosztami. Jak to możliwe, że panuje u nas tak niepodważalna wiara w nieomylność rynkowych rozwiązań? Nierzadko stojących wręcz na granicy socjopatycznego egoizmu i indywidualizmu.

Udziałowcy spółki Rzeczpospolita Polska

Polak najchętniej wpuściłby też wolny rynek do takich zmurszałych „molochów” jak PKP, ochrona zdrowia, uczelnie wyższe, teatry i muzea. Niech konkurują, niech zarabiają na siebie i pokażą, na co je stać. Do pewnego stopnia urynkowienie tych wszystkich usług ma oczywiście sens. Prywatyzacja oznacza, że przedsiębiorstwa nie będą padały łupem politycznych koterii i będą (być może) zarządzane w sposób bardziej efektywny. Ale tylko ideologiczny ślepiec nie dostrzeże tego, że wprowadzenie logiki wolnorynkowej do ochrony zdrowia, szkolnictwa czy transportu musi przynieść również negatywne skutki.