Game changerem miał być premier zapowiadający kolejną „piątkę Morawieckiego” – tym razem samorządową. I, w przeciwieństwie do poprzedniej „piątki”, z tą jest pewien problem. Pachnie odgrzewanym kotletem. Triumfalnie zapowiedziany program termomodernizacji od dawna planowany jest na jesień, po zeszłorocznych atakach na rząd za to, że zaniedbał temat smogu. PiS chce też rzucić 500 mln zł na tematyczne place zabaw dla dzieci, nowe ośrodki sportowe czy siłownie plenerowe.

Brzmi znajomo? Tak, jeśli przypomnimy sobie o platformerskich orlikach, które dziś nierzadko są w opłakanym stanie, bo pieniądze były na ich budowę, ale już nie na bieżące utrzymanie. Inny pomysł – autostrady cyfrowe. Rząd przyjął ten program 13 czerwca 2017 r. i dziś wdraża go minister cyfryzacji.

Trochę jest więc tak, jakby PiS przypomniał sobie, że idą wybory samorządowe i trzeba zrobić szybką kwerendę działań rządowych pod kątem tego, które z nich da się sprzedać w nowym opakowaniu na potrzeby trwającej kampanii.

Inna sprawa, że PiS to, co chciał zrobić z samorządami, już i tak zrobił. Wprowadził dwukadencyjność i obowiązkowe transmisje z sesji rad, usztywnił reguły budżetów obywatelskich, znowelizował kodeks wyborczy czy przejął część kompetencji lokalnych władz (np. tworząc Wody Polskie czy zwiększając wpływy w wojewódzkich funduszach ochrony środowiska). Wszystko w duchu centralistycznego modelu zarządzania państwem.

Wybory samorządowe PiS traktuje w kategoriach najważniejszego sondażu, a nie jak cel sam w sobie. Wie, że w gminach zapewne znów w większości zwyciężą dotychczasowi działacze i znane, lokalne twarze. Ci, których PiS jeszcze niedawno próbowało wyciąć w sposób systemowy. Ale to nie znaczy, że samorządowe dinozaury mogą spać spokojnie. Ostatnich kilka elekcji pokazało, że w ten sposób co kilka lat dokonuje się wymiana ok. jednej trzeciej urzędujących wójtów i burmistrzów.

Jeśli PiS w ogóle ma jakieś strategiczne cele na te wybory, to są nimi sejmiki – tam, gdzie PiS cztery lata temu wygrał wybory, ale przegrał władzę. To tam są pieniądze unijne i zdolność kształtowania polityki rozwoju. I tyle premierowi Morawieckiemu i jego ugrupowaniu w tych zmaganiach wystarczy. Potem przyjdą kolejne bitwy.