Po piłkarskich mistrzostwach świata Moskwa przykręca śrubę swojemu jedynemu europejskiemu sojusznikowi Alaksandrowi Łukaszence. Mińsk nie chce się zgodzić na przyjęcie nowego ambasadora Rosji, obawiając się, że za nominacją Michaiła Babicza kryją się groźne dla białoruskiej suwerenności plany Kremla. Pojawiają się głosy, że Władimir Putin może wysunąć nowe żądania podczas planowanego wkrótce spotkania ze swoim białoruskim kolegą w Soczi.

Michaił Babicz to pełnomocnik prezydenta Putina w Nadwołżańskim Okręgu Federalnym. Ale to nie ta funkcja sprawiła, że gdy pojawiły się spekulacje, iż może zostać kierownikiem placówki w Mińsku, Białorusini poczuli się zagrożeni. Nigdy wcześniej ambasadorem nie był przedstawiciel struktur siłowych. Babicz jest pułkownikiem wojsk powietrzno-desantowych w stanie spoczynku, a służbę w latach 1986–1995 pełnił w wojskach KGB i jego następców. W latach 2002–2003 był premierem dopiero co podbitej Czeczenii.

W 2014 r. jako członek Rady Bezpieczeństwa Rosji uczestniczył w procesie decyzyjnym w sprawie zajęcia Krymu. Dlatego gdy dwa lata później Putin chciał go uczynić ambasadorem na Ukrainie, Kijów nie udzielił mu agrément, czyli formalnej zgody na objęcie stanowiska. Ukraińcy mówili, że to klasyczny dywersant, który z Kijowa koordynowałby działania z separatystami z Zagłębia Donieckiego. Aleksandr Żuczkowski, jeden z separatystycznych publicystów, pisał nawet w maju, jakoby Babicz został kremlowskim kuratorem samozwańczych republik Donbasu. Tych informacji nie udało się potwierdzić.

– Babicz to człowiek cieszący się znacznym zaufaniem prezydenta i byłoby w pełni logiczne, gdyby mianowano go na ambasadora w państwie, które jest najbliższym sojusznikiem Rosji i z którym Moskwa chce rozszerzyć współpracę – mówił na łamach „RBK” polittechnolog Jewgienij Minczenko. 12 lipca, spodziewając się problemów z uzyskaniem agrément na Białorusi, Rosjanie ujawnili, że o nie poprosili. To niestandardowa praktyka dyplomatyczna. Normalnie nazwiska nowego ambasadora nie ogłasza się do momentu uzyskania takiej zgody.

Nazajutrz MSZ w Mińsku oświadczyło, że żadnego wniosku nie otrzymało, po czym strona białoruska nabrała wody w usta. W międzyczasie kandydaturę Babicza poparła parlamentarna komisja spraw zagranicznych. „Jego kandydatura wygląda nie jak honorowa dymisja, lecz jak zadanie specjalne” – pisały „Wiedomosti”. Agrément tymczasem, jak pisze „Niezawisimaja gazieta”, wciąż nie ma. Brak zgody na Babicza nie byłby bezprecedensowy. W 2005 r. Dmitrij Ajackow co prawda uzyskał agrément, ale nie objął funkcji po tym, jak określił swoje zadanie jako „łamanie Łukaszenki”.

– Jeśli Rosja chce budować z Białorusią relacje gospodarcze, niech przyśle ekonomistę. Jeśli polityczne, niech przyśle polityka. Ale jakie chce budować relacje, przysyłając dywersanta? – miał według niepotwierdzonych doniesień pytać na zamkniętym zebraniu sam Łukaszenka. I nawet jeśli takie słowa w rzeczywistości nie padły, dobrze wyrażają stan ducha białoruskich elit politycznych. Mińscy eksperci snują następującą analogię: w trakcie igrzysk w Pekinie Rosja zajęła się Gruzją, po igrzyskach w Soczi – Ukrainą, więc być może po mundialu przyszedł czas na Białoruś.

Tym bardziej że rosyjskie media o zabarwieniu nacjonalistycznym od dawna prowadzą kampanię propagandową, oskarżając Łukaszenkę o to, że chodzi na pasku Zachodu. Negatywnym bohaterem tych publikacji jest zwłaszcza szef MSZ Uładzimir Makiej, od lat opowiadający się za równoważeniem rosyjskich wpływów możliwie dobrymi relacjami z Unią Europejską. Moskwa zapamiętała sobie też punktową neutralność, jaką Mińsk przejawia w kontekście wojny rosyjsko-ukraińskiej.

Z jednej strony Białorusini sprzeciwiają się wymierzonym w Rosję rezolucjom ONZ i przymykają oko na takie działania rosyjskich służb na własnym terenie, jak porwanie 19-letniego Ukraińca Pawła Hryba, który pojechał na Białoruś w odwiedziny do dziewczyny, by odnaleźć się w rosyjskim areszcie w oczekiwaniu na proces za rzekomy terroryzm. Z drugiej – nie uznali de iure aneksji Krymu, a nawet sprzedawali Ukraińcom ciężarówki dla wojska i remontowali uszkodzone śmigłowce.

Jednocześnie od lat Łukaszenka opiera się rosyjskim żądaniom. Mińsk nie dotrzymał warunków kredytu z 2010 r. w postaci regularnego wyprzedawania państwowych przedsiębiorstw. Odmawia stworzenia na terenie Białorusi stałej bazy wojskowej. Nie chce przyjąć rosyjskiego rubla. I nie konsultuje z Moskwą łagodzenia reżimu wizowego dla obywateli państw zachodnich, na co Kreml odpowiedział faktycznym przywróceniem granicy białorusko-rosyjskiej.