W Grodnie trwają uroczystości z okazji 30. rocznicy powstania Związku Polaków na Białorusi. Z polskiej strony w obchodach wzięli udział marszałek Senatu Stanisław Karczewski, podsekretarz stanu w MSZ Andrzej Papierz oraz szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk.
Obecnych było też wielu posłów oraz szefów rządowych fundacji i instytucji. Innymi słowy Polskę reprezentowała delegacja na wysokim szczeblu. Stronę białoruską reprezentowali z kolei „przedstawiciele miejscowych władz oraz niezależna deputowana do parlamentu Alena Anisim, prezes Towarzystwa Mowy Białoruskiej”.
Brak chociażby wiceministra spraw zagranicznych oznacza całkowity, ostentacyjny bojkot obchodów ze strony władz Białorusi. Innymi słowy nadzieja na uregulowanie statusu ZPB, jaką wyraził w swoim odczytanym podczas uroczystości liście premier Mateusz Morawiecki, pozostanie zapewne jedynie nadzieją szefa rządu RP. Wypada jedynie liczyć, że wśród przedstawicieli „miejscowych władz” nie było „pionu ideologicznego”, czyli tych pracowników miejscowej administracji, którzy wspólnie ze swoimi towarzyszami z KGB byli hurtowo wpisywani na listę osób objętych zakazem wjazdu do Polski. Znając skłonność władz białoruskich do pewnej dozy perwersji i tego nie należy jednak wykluczać.
Obchody miał zakończyć koncert Lady Pank, który został jednak odwołany przez białoruskie władze „ze względu na brak sceny”. To dla odmiany można chyba potraktować jako gest władz białoruskich świadczący o swoistym sukcesie polsko-białoruskiego resetu. Zazwyczaj bowiem władze białoruskie odwołują niepożądane przez siebie koncerty na pięć minut przed ich rozpoczęciem z powodu „alarmu przeciwpożarowego”.
Prowadząca uroczystości szefowa Biełsatu Agnieszka Romaszewska stwierdziła, że „w tej chwili w stosunkach polsko-białoruskich ważne są dwie kwestie, ZPB i sytuacja Biełsatu, kluczowe sprawy pomiędzy naszymi społeczeństwami, nie tylko państwami”. Pani Romaszewska od lat odgrywa kluczową rolę w polskiej polityce zagranicznej na kierunku białoruskim. Zapewne więc zna też jej priorytety i pułap ambicji strony polskiej.
Skoro więc stwierdza, że ZBP i Biełsat to „kluczowe sprawy” pomiędzy Polską a Białorusią, to tym samym należy uznać, że nauczanie języka polskiego w szkołach podstawowych (które wbrew pozorom niekoniecznie musi mieć związek ze sprawą statusu ZPB), poszerzenie możliwości studiowania Białorusinów w Polsce (docelowo tworzenie propolskiego lobby na Białorusi), kwestia ekshumacji w Kuropatach i ewentualnego odnalezienia tzw. białoruskiej listy katyńskiej, handel i inwestycje, energetyka, kwestia stosunku Białorusi do kwestii wojny na Ukrainie i wreszcie na końcu udział (lub jego brak) Polski w dialogu UE – Mińsk nie są sprawami kluczowymi.
Polska albo nie widzi jakichkolwiek możliwości realizacji choćby nawet części tak sformułowanych, ambitnych i trudnych, ale przecież nieoderwanych od rzeczywistości celów, albo też czeka z ich realizacją na zmianę władz w Mińsku. Problem polega na tym, że alternatywy te oznaczają w pierwszej opcji kapitulację, a w drugiej – poza kapitulacją (wszak każdy upływający rok zmniejsza prawdopodobieństwo ich realizacji) również jakąś formę czarów. Wieczne zaklinanie rzeczywistości, ciągłe czekanie na upadek Alaksandra Łukaszenki, który skądinąd za rok będzie świętował 25-lecie objęcia urzędu prezydenta Białorusi, bez brania pod uwagę tego, że jego upadek zwiastować będzie prędzej bezpośrednie rządy Moskwy, a nie kurs Białorusi na Zachód, nie jest żadną polityką.
Wymachiwanie sztandarem wolności i głoszenie od ćwierćwiecza, że nic się nie da, skutkuje jedynie minimalizacją ambicji i tym, że Polska znaczy na Białorusi tyle, że gdy pojawia się tam trzeci człowiek w państwie (a marszałek Senatu jest trzecim człowiekiem w państwie), to towarzyszy mu „przedstawiciel władz lokalnych” i nic nieznacząca deputowana do nic nieznaczącego parlamentu. Powyższe jest miarą naszej klęski. Równoczesne głoszenie sukcesu polsko-białoruskiego resetu jest zaś tej klęski dopełnieniem, bo jeśli to jest sukces, to czym byłaby porażka?
Czekanie na upadek Alaksandra Łukaszenki, który za rok będzie świętował 25-lecie objęcia urzędu, nie jest żadną polityką