Litwa, Łotwa i Estonia wolą być kojarzone z euro i skandynawskim stylem uprawiania polityki niż wchodzić w układ z Polską, która w kwestiach zmian w UE nie jest postrzegana jako podstawowy sojusznik.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Czesi woleliby pozostać przy własnej walucie. Jednak jeśli będą mieli wybrać między marginalizacją a przystąpieniem do unii walutowej, wybiorą drugi scenariusz.

Słowacy są chętni do współpracy z Polską, ale według zasady a la carte – przy budowie projektów infrastrukturalnych tak, w kwestii wizji nowego systemu zarządzania UE nie.

Węgrzy z kolei tak jak Polska stawiają na wzmocnienie Rady Europejskiej kosztem unijnej biurokracji – Komisji Europejskiej. Jednak w podstawowych sprawach związanych z reformą Unii będą się orientowali na Berlin, a nie na Warszawę.

Chorwacja z chęcią będzie współpracowała przy projektach dotyczących energetyki (korytarz Północ– –Południe). Nie ma jednak pewności, że poprze polski pomysł zmian w traktatach unijnych.

Rumunia z kolei – jako proamerykańska i zagrożona ekspansją Rosji w rejonie Morza Czarnego – jest doskonałym partnerem w polityce bezpieczeństwa. W sprawach europejskich orientuje się jednak na Paryż.

Pozycja Bułgarii jest niepewna i w wielu obszarach zgodna z interesami Rosji.

Nabierająca tempa debata o zmianach w UE jedynie wyostrzyła te różnice.

CZECHY I SŁOWACJA RÓŻNYCH PRĘDKOŚCI CZY POWRÓT DO CZECHOSŁOWACJI POD FLAGĄ UE

Słowacja jest gotowa do ściślejszej integracji w ramach twardego jądra UE. Czechy mają z tym problem, a ewentualne decyzje zapadną po jesiennych wyborach parlamentarnych. Ani Praga, ani Bratysława nie oglądają się na Warszawę i współpracę wyszehradzką. Decydujące są czynniki ekonomiczne, zwłaszcza powiązania gospodarcze z krajami strefy euro – wynika ze stanowiska, które otrzymaliśmy od rządów czeskiego i słowackiego.

Bohuslav Sobotka podczas szczytu w Brukseli zajął niejednoznaczne stanowisko wobec pomysłu Europy różnych prędkości. Czeski premier z jednej strony podzielił obawy swoich kolegów z Grupy Wyszehradzkiej, że może to doprowadzić do marginalizacji krajów naszego regionu. Z drugiej – poparł działania zmierzające do dalszego pogłębiania jednolitego rynku i usuwania barier handlowych. Europa różnych prędkości to dla Czech raczej zagrożenie, ale ostatecznie może to być lepsze rozwiązanie niż paraliż UE. Czechy chciałyby znaleźć się w głównym nurcie integracji, ale wiązałoby się to z koniecznością przyjęcia euro.

– Republika Czeska zobowiązała się do przyjęcia euro w umowie akcesyjnej. Ministerstwo Finansów jednak obecnie nie rekomenduje rządowi ustanawiania konkretnej daty przystąpienia do unii walutowej. Chociaż Republika Czeska spełnia większość kryteriów z Maastricht i jest o wiele lepiej niż w przeszłości przygotowana do przyjęcia euro, poziom ekonomicznej konwergencji jest wciąż niedostateczny. Również sytuacja w samej strefie euro nie jest do końca stabilna – powiedział DGP Jakub Vintrlik z czeskiego ministerstwa finansów.

Stanowisko tego resortu jest o tyle ważne, że na jego czele stoi wpływowy wicepremier – oligarcha Andrej Babisz z koalicyjnego ANO, który po zaplanowanych na jesień wyborach ma największe szanse na objęcie posady premiera. Kwestia ewentualnego przyjęcia euro wróciła jednak z innych powodów. Dobiega końca trwająca od 2013 r. interwencja czeskiego banku centralnego, polegająca na sztucznym utrzymywaniu niskiego kursu korony wobec euro. Strategia ta okazała się zbawienna dla czeskiej gospodarki, pozwalając jej na wyjście z kilkuletniej stagnacji i powrót do szybkiego wzrostu. Ekonomiści obawiają się jednak, co będzie po zbliżającym się uwolnieniu kursu. Korona niemal na pewno się umocni, co uderzy w czeskich eksporterów i może spowodować ponowną stagnację. „Umiemy doskonale rozwiązywać problemy, które sami stworzyliśmy. Wkrótce się może okazać, że mielibyśmy łatwiej, gdybyśmy wzorem Słowacji posiadali euro” – skomentował to na łamach serwisu Lidovky.cz były wicemarszałek senatu Edvard Outrata.

Komentatorzy zwracają też uwagę na to, że Czechy nie mają za bardzo wyboru i zostaną do głębszej integracji przymuszeni okolicznościami zewnętrznymi. Zwłaszcza jeśli do twardego jądra UE dołączy Słowacja. Czechy są z trzech stron otoczone krajami strefy euro, relacje ze Słowacją są ponadprzeciętnie intensywne ze względu na wspólną przeszłość, czeska gospodarka jest silnie powiązana z niemiecką. Trudno sobie w tej sytuacji wyobrazić, by Czechy pozostały samotną wyspą. Polski jako alternatywy dla relacji z Niemcami i Słowacją nikt nie rozważa, nawet teoretycznie.

Słowacki premier Robert Fico na poziomie retoryki jest wobec pomysłu Europy różnych prędkości sceptyczny. Należy jednak pamiętać, że Fico bardzo często wygłasza antybrukselskie tyrady (głównie na użytek wewnętrzny), a później i tak posłusznie realizuje politykę zbieżną ze stanowiskiem Wiednia i Berlina. Tak było w kwestii sankcji wobec Rosji, a nawet kryzysu migracyjnego. Fico oparł swoją kampanię wyborczą na straszeniu uchodźcami, po czym po cichu przyjął do Gabczikova kilkuset uchodźców z przepełnionego obozu w austriackim Traiskirchen.

Tak jest i tym razem. – Stanowisko Słowacji jest jednoznaczne: chcemy pozostać w jądrze europejskiej integracji. UE jest projektem, który Słowacji i Słowakom przyniósł mnóstwo pozytywnego. Byłoby niepojęte rezygnować z niego dlatego, że sytuacja zmusza nas do myślenia, co dalej. Jakakolwiek realizacja Unii różnych prędkości musi uwzględniać zasadę dobrowolności, ale też możliwość przystąpienia do głębszej integracji każdego kraju, który wyrazi taką wolę – komentuje dla DGP rzecznik słowackiego MSZ Peter Susko.

Przy czym o ile w Czechach idea głębszej współpracy z Polską nie ma raczej zbyt wielu zwolenników, na Słowacji nasz kraj może liczyć na znacznie większą sympatię. Zwolennikiem zacieśnienia relacji z Polską jest choćby prezydent Andrej Kiska. Podczas jego niedawnego spotkania w Tatrach z Andrzejem Dudą Kiska zwrócił m.in. uwagę na potrzebę poprawy połączeń transportowych między naszymi krajami. Wizyta spotkała się z bardzo pozytywnymi komentarzami, wielu Słowaków zwracało uwagę, że niedostatecznie wykorzystuje się potencjał współpracy „z tak wielkim i bliskim nam krajem jak Polska”.

Nie zmienia to faktu, że powiązania gospodarcze w ramach eurozony są dla Słowacji ważniejsze niż sympatie wobec „ciekawego kraju na północy”. – Grupa Wyszehradzka okazała się efektywnym projektem współpracy regionalnej. To jednak nie znaczy, że na wszystkie sprawy mamy mieć identyczne stanowisko. Każdy kraj zostawia sobie suwerenne prawo bronić własnych interesów. Jestem przekonany, że współpraca w ramach V4 będzie kontynuowana również wtedy, gdy poszczególni jej członkowie zdecydują o udziale w różnych prędkościach UE – dodaje rzecznik słowackiego MSZ.

ALPEJSKA SŁOWENIA PIERWSZEJ PRĘDKOŚCI. CHORWACJA BOI SIĘ MARGINALIZACJI

Choć Słowenia i Chorwacja proklamowały niepodległość w tym samym dniu, dziś znajdują się w zupełnie innym miejscu, czego skutkiem jest odmienny stosunek do Unii wielu prędkości. Słowenia od samego początku dystansowała się od państw byłej Jugosławii i chciała być postrzegana nie jako kraj bałkański, lecz środkowoeuropejski lub alpejski. Do UE weszła w głównej fali rozszerzenia na państwa byłego bloku wschodniego – w 2004 r. – i szybko stała się regionalnym prymusem. Jako pierwsza z nich już w 2007 r. przyjęła euro, a pod względem dochodu narodowego na mieszkańca zbliża się do unijnej średniej.

To przekłada się na stosunek do integracji – premier Miro Cerar powiedział przed kilkoma dniami, że Słowenia nie musi się obawiać Europy wielu prędkości, bo należy do grona tych państw, które uczestniczą we wszystkich formach integracji, i na tym korzysta. Jest to zgodne z odczuciami jego rodaków, gdyż według niedawnego sondażu dziennika „Delo” większość Słoweńców chce, by ich kraj należał do ściśle integrujących się.

Inaczej wygląda sytuacja Chorwacji, która do UE weszła dopiero w 2013 r., nie należy do strefy euro (i na razie nie ma takiej perspektywy) ani nawet do strefy Schengen, i jest jednym z najuboższych członków Wspólnoty. Nic zatem dziwnego, że Zagrzeb obawia się, że powstanie (a właściwie zalegalizowanie) Unii wielu prędkości będzie oznaczało, iż Chorwacja znajdzie się na marginesie. Niepokój wyraził kilka dni temu premier Andrej Plenković, który mówił, że Unia nie powinna nikogo pomijać.

BAŁTOWIE CHCĄ BYĆ SKANDYNAWSCY

Litwa, Łotwa i Estonia – z racji podobnych doświadczeń historycznych i wspólnych zagrożeń – mają zbliżony stosunek do Unii wielu prędkości i raczej nie odrzucają tego pomysłu. Wszystkie trzy kraje weszły do UE w 2004 r. i wszystkie przyjęły już euro (Estonia w 2011, Łotwa w 2014, a Litwa w 2015 r.). Jak najściślejsza integracja w ramach Unii jest dla nich – podobnie jak członkostwo w NATO – sposobem na zwiększenie bezpieczeństwa w obliczu zagrożenia ze strony Rosji, zatem nie mają one interesu w budowaniu sojuszu z hamującą integrację Grupą Wyszehradzką.

Do tego dochodzą czynniki kulturowe – zwłaszcza Estonia i Łotwa od początku niepodległości mocno akcentują swoje związki ze Skandynawią i odwołują się do tradycji Ligi Hanzeatyckiej. Z kolei Litwa, która nie ma ku temu aż takich podstaw jak pozostałe dwa kraje, ma zbyt napięte stosunki z Polską, by była zainteresowana tworzeniem jakiegoś bloku państw Europy Środkowej, bo z racji największego potencjału to nasz kraj byłby jego naturalnym liderem.

Dowodem na raczej przychylny stosunek państw bałtyckich do Unii wielu prędkości jest chociażby wypowiedź estońskiej prezydent Kersti Kaljulaid, która na początku marca po spotkaniu ze swoim fińskim odpowiednikiem oświadczyła, że taki model jest akceptowalny, o ile różne formy wzmocnionej współpracy pozostaną otwarte dla wszystkich państw członkowskich.

ORBAN – BUNTOWNIK, KTÓRY STRACIŁ ZĘBY

Jakiej Europy chciałby Viktor Orban? Pewnym wyznacznikiem jest deklaracja, że „Europa wciąż pozostaje najlepszym miejscem na świecie”. Z pewnością musi być to Europa, która potrafi chronić swoje zewnętrzne granice, urealnić i zunifikować politykę azylową, która jednocześnie zostanie zaostrzona. Istotną kwestią jest utrzymanie strefy Schengen.

Węgry – podobnie jak Polska – domagają się przeniesienia procesu decyzyjnego do poszczególnych parlamentów narodowych, a także zwiększenia roli Rady Europejskiej jako miejsca artykulacji interesów państw członkowskich. Wzrost znaczenia tych państw ma zrównoważyć występujący w Europie podział na klasę pierwszą i drugą. Orban uważa, że Europa dwóch prędkości nie może powstać. Jednak w pewnej kontrze do tego zastrzeżenia pozostaje wypowiedź, że Węgry nie mają nic przeciwko temu, iż niektóre kraje, w wyniku pogłębionej współpracy, będą w pewnych sprawach iść naprzód szybciej niż pozostałe – np. w polityce energetycznej, na której polu Budapeszt silnie współpracuje z Moskwą. Premier Węgier podkreśla, że to, z czego dane państwo pozyskuje energię, leży wyłącznie w jego gestii.

Warto też zwrócić uwagę, że Orban w swojej retoryce przestał odmieniać przez wszystkie przypadki chęć przeprowadzenia zmian w traktatach (czego chce polski rząd). Polityka Budapesztu stała się bardziej zachowawcza. Swego rodzaju grą na dostosowanie się do reguł niż ich tworzenie.

Opozycja węgierska wieszczyła przed październikowym referendum dotyczącym migrantów, że jest ono sondowaniem rozluźnienia więzów z Brukselą. Ta teza okazała się jednak nieprawdziwa. O opuszczeniu UE przez Węgry nie może być mowy. Pod koniec ubiegłego roku instytut Median opublikował sondaż, w którym pytał Węgrów o stosunek do kwestii europejskich. Na pytanie, które brzmiało: „Gdyby Viktor Orban zaproponował przeprowadzenie referendum w sprawie wyjścia Węgier z UE, to w jaki sposób pan (pani) by głosował?”, 74 proc. ankietowanych odpowiedziało, że głosowałoby za pozostaniem w UE. Orban zdaje sobie sprawę, że po Polakach jego społeczeństwo jest jednym z najbardziej euroentuzjastycznych.