Pełzający rozkład Wspólnoty i jednolitego rynku postępuje. Projekty zmian zakładające kilka kręgów integracji jedynie potwierdzają stan faktyczny: nowe instytucje w UE i nowe polityki to tylko kwestia czasu.
Reklama
W najbliższą sobotę liderzy państw Unii Europejskiej spotkają się na nieformalnym szczycie w stolicy Włoch, który będzie połączony z obchodami 60. rocznicy podpisania traktatu rzymskiego ustanawiającego Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Ma zostać przyjęta wspólna deklaracja przywódców Wspólnoty. Jak wynika z jej projektu, pojawi się w niej zawoalowana formuła opisująca model dalszej integracji, która będzie prowadzona z różną prędkością. Zresztą czwórka liderów – Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania – już zadeklarowała swoje poparcie dla tej idei. Ten scenariusz się dokonuje. I to nie tylko w deklaracjach politycznych, lecz nawet w praktyce.

Reklama
1 Wiele prędkości jest już w Lizbonie
Europa wielu prędkości jest już wpisana w traktat z Lizbony, w którym znajdziemy procedurę współpracy rozszerzonej. Na jej mocy grupy krajów mogą występować z inicjatywami, na które nie zgadzają się wszyscy członkowie Wspólnoty. Przykładów jej wykorzystania jest zaledwie garść: przepisy upraszczające rozwody małżeństw zawartych między różnymi obywatelami Unii; europejski patent; system boloński. Samo istnienie tego mechanizmu nie przesądza o łatwości jego stosowania. Przykładem chociażby inicjatywa wspólnego podatku od transakcji finansowych, którego wciąż nie udało się wprowadzić mimo kilku lat negocjacji. Innym przykładem jest urząd prokuratury europejskiej. Ostatecznie wiele państw zrezygnowało z udziału w tym przedsięwzięciu (w tym Polska). Szwedzi powiedzieli wprost, że nie widzą korzyści z istnienia takiego urzędu.
2 Nowe instytucje
Wiele prędkości to odpowiedź na pytanie o sposób integracji. Ta debata zaś jest przynajmniej tak stara jak sama Wspólnota Europejska. Modele nierównomiernej integracji w ciągu 60 lat nosiły różne nazwy: rdzeń (czy jądro) Europy, zróżnicowana geometria, Europa a la carte, model koncentrycznych kół, europejska awangarda, elastyczna integracja itd. Każdy z tych terminów w swoim czasie oznaczał coś innego, chociaż w miarę upływu czasu zlały się w debacie publicznej w jeden, odnoszący się do modelu integracji o różnych stopniach zaawansowania.
Jak jednak zwraca uwagę Roland Freudenstein z Centrum Studiów Europejskich im. Wilfrieda Martensa, Europa wielu prędkości to nie to samo, co rdzeń Europy. Ten ostatni zakłada bowiem ściślejszą integrację kilku krajów połączoną z budową skupiających je instytucji – tak jak miałoby to miejsce w przypadku powołania osobnego europarlamentu dla państw unii monetarnej lub instytucji ministra finansów Eurolandu. – Tego pomysłu już nie ma na stole. W związku z tym deklaracja z Wersalu to dobra wiadomość dla Polski. Wiele prędkości oznacza, że różne kraje angażują się w różne projekty – tłumaczy Martens. A więc jeśli różne grupy zacieśniają integrację na różnych polach, to nie powstaje „jądro integracji”.
Europa wielu prędkości budzi w naszej części kontynentu obawę przed sprowadzeniem do statusu państw członkowskich drugiej kategorii – nawet jeśli będzie pozbawiona rdzenia. Jak tłumaczy Vit Benesz z Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Pradze, międzypaństwowe inicjatywy w UE kończą się zazwyczaj powołaniem nowych instytucji, nieprzewidzianych w traktatach. – Tak było w przypadku kryzysu greckiego, kiedy powstał Europejski Mechanizm Stabilizacyjny. Owszem, wtedy była potrzeba szybkiego działania, ale tworzy to wygodną furtkę dla tworzenia struktur równoległych do unijnych – mówi badacz.
A co z możliwością, w której większość inicjatyw ściślejszej integracji wyjdzie z tego samego grona państw? Taka grupa funkcjonowałaby jak jądro Europy. – Moim zdaniem, gdyby była taka możliwość, to twardy rdzeń już by powstał – mówi Freudenstein.
3 Wspólna obrona
Jakie są właściwie pola do ściślejszej integracji metodą wielu prędkości? Wymienia się tutaj przede wszystkim obronność – zresztą w budowie znajduje się już kwatera główna „europejskiej armii”, czyli centrum koordynującego działania z wykorzystaniem sił wojskowych państw członkowskich w sąsiedztwie Unii (chociażby w ramach patroli na Morzu Śródziemnym). Biała księga Komisji Europejskiej w tym zakresie wymieniała np. organizację wspólnych przetargów na dostawę uzbrojenia. W grę wchodzą również zacieśnienie współpracy między służbami, w tym szerzej zakrojona wymiana informacji wywiadowczych, i próba stworzenia wspólnej polityki azylowej (co do czego nie zgadzają się zresztą same państwa strefy Schengen).
4 Podatki
Reforma UE to również próby zunifikowania w całej Wspólnocie systemów podatkowych. Przykładem jest chociażby jeden ze sztandarowych pomysłów Komisji Europejskiej, a mianowicie wprowadzenie skonsolidowanej podstawy opodatkowania w podatku dochodowym (z ang. CCCTB). Chodzi o ujednolicenie reguł dotyczących kosztów podatkowych, odpisów amortyzacyjnych itp. Poszczególne kraje wciąż same decydowałyby o stawce CIT (w Polsce 19 i 15 proc.), ale daninę pobierano by od wyliczonego w zupełnie inny sposób dochodu.
O ile uproszczenie reguł podoba się wielu podatkowym ekspertom, to stanowczo protestują przeciw niej kraje członkowskie. Szwecja, Polska i Irlandia zablokowały w 2011 r. pierwszą próbę wprowadzenia CCCTB. Szczególnie Dublin szacował wtedy swoje potencjalne straty jako gigantyczne. Bruksela jednak reanimowała, wydawałoby się, martwy projekt w 2016 r., na co stanowczo zaprotestowały kraje uważane za europejskie raje podatkowe – Irlandia, Holandia i Wielka Brytania.
Do tego grona dołączyła Polska, która zwróciła uwagę, że sama KE szacuje potencjalne straty polskiego budżetu po wejściu w życie CCCTB na 2,5 mld zł rocznie. Tym samym ujednolicenie reguł spowoduje powstanie „grupy państw wygranych i przegranych” – zwracał uwagę w styczniu br. w Sejmie wiceminister finansów Paweł Gruza. Symptomatyczna jest również reakcja państw członkowskich na decyzje Brukseli o obowiązku zwrotu pomocy publicznej, którą korporacje uzyskały w Holandii, Belgii i Irlandii od tamtejszych rządów. Wszystkie zostały już zaskarżone, bo rządy nie chcą dodatkowych podatków od korporacji, a zamiast tego wolą konkurować z sąsiadami i przyciągać kolejne inwestycje. Podatkowa integracja może się okazać mrzonką, ale też zachętą dla modelu wielu prędkości (jak pokazuje przykład podatku od transakcji finansowych).
Niepokojący jest również trend stosowania podwójnych standardów w kwestiach gospodarczych (innych dla starej, innych dla nowej Unii). Przykładem są polskie i węgierskie wątpliwości dotyczące podatków sektorowych. O ile Bruksela zakwestionowała próby ich wprowadzenia w Europie Środkowej, o tyle nie dostrzegła uchybień np. wobec podatku handlowego we Francji. Środkowoeuropejskich sceptyków nie przekonują różnice między systemem poboru daniny nad Sekwaną i tym zaproponowanym w ich krajach.
5 Praca
Kolejną kontrowersyjną kwestią są planowane zmiany w dyrektywie o delegowaniu pracowników, przygotowywane pod hasłem walki z rzekomym dumpingiem socjalnym. Dumping to oczywiście przestępstwo, tymczasem polskie firmy, wynagradzając pracowników według zasad porządku prawnego, który wybrały strony (ale według stawek państwa przyjmującego), działają w zgodzie zarówno z prawem unijnym, jak i krajowym.
Gdyby weszła w życie w proponowanym obecnie kształcie, oznaczałaby podwyższenie kosztów delegowania. Zakłada ona nie tylko zrównanie płacy pracowników delegowanych z miejscowymi, lecz także konieczność wypłacania takich samych dodatków. Na tym jednak nie koniec – dochodzi do tego wiele obowiązków administracyjnych, których nie muszą spełniać miejscowe firmy, tj. prowadzenie dodatkowej dokumentacji na użytek organów kontrolnych, tłumaczeń, konieczności ustanowienia przedstawicieli w państwie przyjmującym etc.
Inny mit funkcjonujący w UE to przekonanie, że delegowanie to domena krajów nowej Unii, które wyspecjalizowały się w wysyłaniu do bogatych krajów budowlańców czy opiekunek. Przeczą temu oficjalne statystyki, przygotowane zresztą przez samą KE. Z danych za 2015 r. wynika, że co prawda Polska wysyła za granicę najwięcej pracowników (463 tys.), ale na drugim miejscu są Niemcy (240 tys.) oraz Francja (139 tys.). Jednocześnie większość pracowników delegują kraje starej Piętnastki (56 proc.), a przepływy pracowników między krajami bogatymi są większe niż z krajów biednych do bogatszych.
– Nie ma ani jednej organizacji pracodawców w Europie, która popierałaby tę dyrektywę. Podczas wczorajszego seminarium na temat faktów i mitów w delegowaniu biznes mówił jednym głosem, że ta inicjatywa jest szkodliwa dla Europy jako całości – mówi Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. Nie wspominając już o tym, że postanowienia traktatu lizbońskiego obligowały Unię do znoszenia, a nie tworzenia barier w transgranicznym świadczeniu usług.
6 Transport
Ogromnym zagrożeniem, już nawet nie dla pracowników i firm delegujących, jest podciągnięcie pod przepisy o delegowaniu kierowców w transporcie drogowym. W Polsce ta branża odpowiada za 6 proc. polskiego PKB, a polscy przewoźnicy są liderem w Europie. Jednak konieczność stosowania różnego rodzaju stawek i przepisów stawia pod znakiem zapytania w ogóle możliwość prowadzenia międzynarodowej działalności transportowej. Spełnienie wymagań administracyjnych, które nijak nie przystają do specyfiki branży, skończy się tym, że albo międzynarodowy transport drogowy będzie się odbywał co najwyżej pomiędzy krajami sąsiednimi, albo jego koszty wzrosną niewspółmiernie. A to przełoży się na wzrost cen towarów w całej Unii. Z tego jednak najwyraźniej Wspólnota nie do końca zdaje sobie jeszcze sprawę. Inną możliwą konsekwencją jest... przenoszenie działalności przez działające w Polsce firmy transportowe do Niemiec czy Francji. A wraz z nimi uciekną podatki, składki na ubezpieczenia emerytalno-rentowe i kierowcy, których w Europie permanentnie brakuje.