Inwazja na Tajwan jest nie tylko możliwa, lecz także prawdopodobna. Musimy poważnie traktować słowa dyktatorów, a przywódcy Chin mówią, że są zdeterminowani, by przejąć Tajwan. - mówi dla DGP Tony Abott, były premier Australii.

Australia w ostatni weekend była obecna na poświęconym Ukrainie szczycie pokojowym w Szwajcarii. Czego pan oczekuje po tego typu aktywności dyplomatycznej?

Mam szczerą nadzieję, że wszystkie wolne kraje wesprą Ukrainę w dążeniach do wygrania wojny. Wszyscy chcemy pokoju, ale to musi być sprawiedliwy pokój. Nie chcemy pokoju opartego na podboju. Dlatego tak ważna jest pomoc Ukrainie nie tylko w przetrwaniu, lecz także w zwycięstwie.

Spotykamy się w Odessie. Jakie znaczenie z perspektywy Australii ma wojna rosyjsko-ukraińska?

Oczywiście wojna dla Europy ma znaczenie krytyczne, ale jest też ważna dla reszty świata. Upadek Ukrainy rozzuchwaliłby dyktatorów na całym globie. Władimir Putin nie jest jedynym niebezpiecznym dyktatorem. W naszej części świata istnieje reżim chiński. Rząd w Pekinie, z którym Putin utrzymuje – jak brzmi oficjalne sformułowanie – partnerstwo bez granic, zachowuje się w sposób skrajnie agresywny wobec sąsiadów, zwłaszcza Tajwanu. Nie mam wątpliwości, że jeśli tutaj wygra Putin, zachęci to Xi Jinpinga do pójścia na Tajwan.

Uważa pan, że inwazja na Tajwan jest możliwa? Co musiałoby się stać, żeby Pekin podjął taką decyzję?

Nie tylko sądzę, że jest możliwa, ale wręcz, że jest prawdopodobna. To nie znaczy, że nastąpi w ciągu roku czy dwóch lat, ale musimy poważnie traktować słowa dyktatorów. Chińscy przywódcy bez końca powtarzają, że są zdeterminowani, by przejąć Tajwan choćby siłą, jeśli okaże się to konieczne. Tajwańczycy uważnie obserwują, co się dzieje w Chinach. Nie sądzę, że istnieje choćby niewielka możliwość, by z własnej woli podporządkowali się władzy Pekinu. Dlatego uważam, że nadejdzie moment, gdy Pekin najprawdopodobniej spróbuje zająć wyspę. Najlepszym sposobem, by powstrzymać taki rozwój wydarzeń, jest uświadomienie Pekinowi, że atak na Tajwan nie będzie oznaczał konfrontacji 1,4 mld Chińczyków z 25 mln Tajwańczyków, ale że przeciwko Chinom zwróci się cały świat. Dlatego potrzebujemy demokratycznego sojuszu w imię obrony Tajwanu. Atak na Tajwan wywołałby przecież zakłócenia gospodarcze i zaburzenie ładu światowego w stopniu znacznie większym niż obecna wojna.

Co w takiej sytuacji zrobiłaby Australia?

Utrzymujemy silny sojusz wojskowy ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli USA będą bronić Tajwanu zgodnie z tym, co prezydent Joe Biden niejednokrotnie zapowiadał, sądzę, że Australia będzie zobligowana, by również się zaangażować.

Czy po 24 lutego 2022 r. dostrzega pan po chińskiej stronie wzrost agresywności wobec regionu Azji i Pacyfiku?

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Chiny podwyższyły poziom agresji wobec Tajwanu. Niemal codziennie obserwujemy naruszanie przez chińskie okręty i samoloty tajwańskiej przestrzeni powietrznej i morza terytorialnego. Obserwujemy też inną antytajwańską aktywność z szarej strefy, poniżej progu wojny. Chińska wojowniczość jest widoczna na Morzu Południowochińskim, wymierzona w Filipiny, a także w Indie, zwłaszcza wzdłuż linii kontroli w Ladakhu. Gdziekolwiek spojrzeć, Chińczycy zachowują się coraz bardziej asertywnie. Australia jest przedmiotem rosnącej liczby chińskich bojkotów handlowych. W 2020 r. wystosowali wobec nas listę 14 żądań sprowadzających się, mówiąc w skrócie, do oczekiwania, że będziemy przyjmować wszelkie chińskie inwestycje, studentów, imigrantów, że wstrzymamy krytykę chińskich działań i zerwiemy sojusz z USA. To nie jest coś, co suwerenny, niepodległy kraj może zaakceptować.

Chiny są też aktywne na Pacyfiku. Oferują małym państwom regionu wsparcie w dziedzinie obrony i bezpieczeństwa, czego przykładem niedawna oferta misji policyjnej w Papui-Nowej Gwinei. Traktujecie to jako zagrożenie dla własnych interesów?

Australia zawsze postrzegała się jako regionalne mocarstwo na Pacyfiku Południowym. Byliśmy i wciąż jesteśmy jednak życzliwym i łagodnym mocarstwem. Zależało nam na tym, by być dla tych państw partnerem z wyboru. Ale faktycznie Chiny poszerzają wpływy w Oceanii. Nie mam wątpliwości, że mają w kieszeni wielu tamtejszych polityków. Pekin nie ma skrupułów, by korumpować ludzi. Działania, które dla australijskiego rządu byłyby nielegalne, Chiny podejmują rutynowo. To dla nas wyzwanie, ale sądzę, że obecny rząd robi wszystko, by skutecznie reagować na to zagrożenie.

Czego pan oczekuje po możliwej prezydenturze Donalda Trumpa?

Unikam takich spekulacji. Prezydent Stanów Zjednoczonych, ktokolwiek by nim był, jest de facto przywódcą wolnego świata. Naprawdę mam nadzieję, że lider wolnego świata, niezależnie od tego, jak się nazywa, będzie działał tak, by utrzymać świat na tyle wolnym, na ile to możliwe. Ameryka od 80 lat jest strażnikiem porządku światowego opartego na regułach. Pax americana to coś, czemu w dużej mierze zawdzięczymy fakt, że wolność, dobrobyt i sprawiedliwość w ostatnich kilku dekadach rozprzestrzeniły się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie. ©℗

Rozmawiał w Odessie Michał Potocki