Kiedy rok temu gen. Min Aung Hlaing zdecydował się przejąć władzę w kraju, plan był prosty: pozbawić wolności liderów opozycji i zastąpić ich kolegami w mundurach. Pomimo demokratycznych przemian, które rozpoczęły się w ubiegłej dekadzie, armia i tak pociągała w Mjanmie za wszystkie sznurki, kontrolując np. całe sektory gospodarki. Być może z tego względu Hlaing liczył na to, że w oczach zwykłych mieszkańców niewiele się zmieni.
Sprawy potoczyły się jednak inaczej i Mjanmańczycy wyszli na ulice. Wojskowi protesty początkowo tolerowali, ale potem ich cierpliwość skończyła się i zaczęli je pacyfikować. To oczywiście zrodziło jeszcze większy sprzeciw i w efekcie kraj od roku pogrąża się w spirali przemocy, z której jak na razie nie widać wyjścia.