Prezydent Francji Emmanuel Macron w wielu kwestiach przestawił swoją politykę na prawicowe tory. Wzmocnił stanowisko w kwestiach migracyjnych, ogłosił walkę z „islamskim separatyzmem”, wypowiedział wojnę przestępczości zorganizowanej i handlarzom narkotyków. Zwrot ma mu zapewnić głosy prawicowego elektoratu w wyborach prezydenckich w kwietniu przyszłego roku. Kontrkandydaci z prawicy znaleźli jednak argument, z którym urzędujący przywódca może mieć w kampanii prezydenckiej spory kłopot. Głoszącemu federalistyczne hasła Macronowi trudno odnaleźć się w podsycanej przez rywali debacie na temat pierwszeństwa prawa francuskiego nad unijnym.
Macron jako zwolennik silnej Unii od początku prezydentury przekonywał Francuzów, że ich państwo najlepiej może realizować swoje interesy w coraz bardziej zjednoczonej Europie. Prezydent udowadnia, że poważnie traktuje europejski projekt, chociażby zajmując najbardziej bezkompromisową pozycję wśród przywódców Wspólnoty w sprawie brexitu. To on pryncypialnie nie godzi się na renegocjowanie zawartych umów i pójście na rękę Brytyjczykom. Zdecydowanie mniej pryncypialny okazał się Michel Barnier, były negocjator brexitu z ramienia Komisji Europejskiej, który jako pierwszy w ramach prezydenckiego wyścigu we Francji poruszył kwestię prymatu prawa francuskiego nad europejskim. Doszło do tego, jeszcze zanim polski Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie podważające zapisy traktatowe. Barnierowi chodziło o wyłączenie europejskich wyroków w sprawach migracyjnych, co miało zostać przesądzone przez Francuzów w postulowanym przez niego referendum. Ale kiedy w Polsce zapadło orzeczenie, inni prawicowi kandydaci poszli za ciosem.