Taktyczny cel USA: obalenie reżimu

Szereg zachodnich mediów, powołując się na źródła w Białym Domu, pisze, że celem Donalda Trumpa jest „dekapitacja reżimu”. Prezydent Stanów Zjednoczonych zachęca protestujących od końca 2025 r. Irańczyków, by skorzystali z okazji i wzięli władzę w swoje ręce. Trump dodał, że zamierza zniszczyć irańską flotę, program rakietowy i atomowy. Niezależnie od tego, że już podczas poprzedniej, ubiegłorocznej wojny z Iranem trumpiści utrzymywali, że Teheran nie będzie w stanie zbudować broni atomowej. Otwarte pozostaje też pytanie, czy nawet opozycyjnie nastawieni Irańczycy w obliczu amerykańskich, a zwłaszcza izraelskich nalotów będą chcieli wesprzeć agresorów. Nie wydaje się przy tym, by Waszyngton miał gotowy plan politycznego zaangażowania w Iranie, a stawianie przez republikanów na obaloną przed półwieczem dynastię Pahlawich poraża naiwnością.

Dalsza destabilizacja regionu

Operacja w Wenezueli była perfekcyjnie przygotowana pod względem militarnym, ale politycznie postawiono na pełną improwizację. W Iranie nie ma na to miejsca. Do czego może doprowadzić nieprzemyślana i źle zaplanowana akcja na Bliskim Wschodzie, udowodnił George W. Bush po obaleniu irackiego reżimu Saddama Husajna. Trump wyciągnął jednak poprawne wnioski z irackiego blamażu. Po ataku na Wenezuelę komentował, że błędem Busha była likwidacja struktur wojskowych i państwowych w Iraku po Saddamie. W ten sposób motywował oparcie się na wiceprezydent Delcy Rodríguez w Wenezueli. Pytanie, na ile było to dorabianie ideologii do pójścia po linii najmniejszego oporu w Caracas, i na ile te wnioski zostaną zastosowane wobec Teheranu.

Iran nie ukrywa przy tym, że nie jest w stanie zaatakować celów na terenie Stanów Zjednoczonych, więc skupi się na atakach na cele kojarzone z Amerykanami. Jaskółki tej taktyki już widzimy; należą do nich próby ataków rakietowych na amerykańską infrastrukturę wojskową w Bahrajnie, Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz na cele w Izraelu. Teheran wciąż dysponuje siecią sojuszników w całym regionie, choćby w postaci jemeńskich rebeliantów, Hezbollahu czy irackich partii szyickich. Choć jest to sieć znacznie osłabiona po upadku Baszszara al-Asada w 2024 r. i inwazji Izraela na Strefę Gazy w 2023 r., to wciąż dysponuje potencjałem pozwalającym na rozlanie niepokojów poza granice republiki islamskiej. Poza Zatoką Perską Irańczycy mogą też próbować zwiększać napięcie w pobliżu cieśniny Bab al-Mandab, położonej na szlaku prowadzącym w stronę Kanału Sueskiego.

Strategiczny cel USA: porządki na Bliskim Wschodzie, by zająć się Chinami

W ubiegłorocznej wersji "Strategii bezpieczeństwa narodowego USA" czytamy, że Bliski Wschód z amerykańskiego punktu widzenia traci na znaczeniu. „Dni, w których Bliski Wschód dominował amerykańską politykę zagraniczną, zarówno przy planowaniu długoterminowym, jak i w działaniach codziennych, na szczęście minęły. Nie dlatego, że Bliski Wschód nie ma już znaczenia, ale dlatego, że nie jest już stałym powodem zadrażnień ani potencjalnym źródłem nieuchronnej katastrofy, jak kiedyś” – czytamy. Dlaczego tak się dzieje? Bo dostawy surowców energetycznych przy wzroście ich wydobycia w USA tracą na znaczeniu, a i rywalizacja supermocarstw o ten region – tak przynajmniej, moim zdaniem błędnie, twierdzą twórcy strategii – stała się co najmniej dyskusyjna.

Im bardziej maleje znaczenie Bliskiego Wschodu, tym szybciej rośnie skupienie Białego Domu na Dalekim Wschodzie, zwłaszcza na Chinach, postrzeganych jako jedyny poważny rywal dla amerykańskiej hegemonii. Między zapisami strategii a atakiem na Iran bynajmniej nie ma sprzeczności. Kraj ajatollahów jest w niej wciąż nazywany „główną siłą destabilizacji w regionie”. A skoro tak, jego wyeliminowanie pozwoliłoby w jeszcze większym zakresie skupić się na Azji Wschodniej. Atak na reżim w Teheranie jest więc przejawem myślenia zbliżonego do rosyjskiej idei dezeskalacji przez eskalację. Obalenie bądź przynajmniej znaczące osłabienie republiki islamskiej miałoby doprowadzić do jej wyeliminowania jako siły, którą musiałaby sobie zaprzątać głowę Ameryka. Słaby Iran niech szachują Izraelczycy albo Saudyjczycy, gdy na Waszyngton będą czekać poważniejsze wyzwania.

Skutki dla Rosji? Niejednoznaczne

Pojawiająca się w serwisach społecznościowych teza, że atak na Iran osłabi zdolności Rosji do prowadzenia wojny z Ukrainą, jest spóźniona o trzy lata. Moskwa przejęła irańskie technologie dronowe, a nawet je rozwinęła – i już irańskich Szahedów nie potrzebuje. Pojawiały się doniesienia o dostawach rosyjskiej broni do Iranu, ale Kreml nie dysponuje możliwościami znaczącego nasycenia sojusznika sprzętem, bo sam go potrzebuje do kontynuacji własnej wojny. Brak zdecydowanego wsparcia – konkretnego, a nie tylko retorycznego – po raz kolejny osłabi renomę Rosji w państwach przynajmniej częściowo się na nią orientujących. Tyle że od 2022 r. Moskwa nie zdołała uratować przed upadkiem sojuszników z Syrii i Wenezueli ani nie pomogła związanej z nią formalnym sojuszem Armenii podczas ataku Azerbejdżanu. Upadek bądź znaczące osłabienie Iranu tylko ułatwi wypieranie rosyjskich wpływów w Azji przez Chiny, Turcję czy USA.

Z drugiej strony Iran jest poważnym dostawcą ropy naftowej dla Chin, a dodatkowo przez cieśninę Ormuz, znajdującą się w zasięgu irańskiej floty i artylerii, przepływa znaczna część dostaw dla reszty świata. Długotrwała wojna podniesie ceny ropy na światowych rynkach i pomoże Rosji w spinaniu budżetu. To zła wiadomość zwłaszcza w momencie, w którym Moskwa zaczyna wreszcie odczuwać poważne skutki finansowe zachodnich sankcji.