Uważano, że Kreml spróbuje zająć resztę Donbasu i nielegalnie włączyć go do Rosji. Zagrożone miały być Kramatorsk, Mariupol i ówczesny Siewierodonieck. Uderzenia na Kijów od strony Białorusi nie spodziewał się właściwie nikt. Choć może powinien. Amerykanie, bazując na informacjach swoich służb, alarmowali od wielu tygodni, że atak na stolicę zostanie poprowadzony przez lotnisko w podkijowskim Hostomlu. O takim wariancie mówił szef wywiadu wojskowego HUR Kyryło Budanow. Ale władze polityczne zwlekały z decyzjami. Prezydent Wołodymyr Zełenski uspokajał, że wojny nie będzie, a w maju zamiast na front jego rodacy jak zawsze pojadą grillować szaszłyki na daczach. Utwierdzali prezydenta w tym przekonaniu Francuzi i Niemcy.
Nie wprowadzono w porę stanu nadzwyczajnego, pozwalającego na mobilizację, a głównodowodzący generał Wałerij Załużny musiał ukrywać przed politykami niektóre działania. Nawet Budanow, który wiedział i widział więcej niż inni, działał po omacku. Z książki Maksyma Butczenki „Ostriw HUR. Tajemnyci, operaciji, wijna” („Wyspa HUR. Tajemnice, operacje, wojna”) przebija obraz odważnego dowódcy, który jednak po pierwszej próbie rosyjskiego desantu na Hostomel na gwałt musi organizować oddziały mające wesprzeć tych, którzy tam stacjonowali. Notabene tuż przed 24 lutego część sił stamtąd wycofano i przekierowano do obwodu ługańskiego. Butczenko sugeruje element zdrady.
Pierwszy dzień zapamiętam jako zmagania z chaosem. Informacje przeplatały się z kłamstwami, ludzie, uciekając, blokowali wyjazdówki z wielkich miast, z metra zniknęły covidowe maseczki, bo nagle zagrożenie wirusem okazało się mniej straszne niż bijące wokół rakiety. Ale zapamiętam coś jeszcze. Ogromną, odczuwalną na każdym kroku determinację i przekonanie, że ta wojna jest do wygrania. Coś, czego próżno było szukać w Berlinie, gdzie ambasador Andrij Melnyk usłyszał od władz RFN, że prośba o pomoc nie ma w zasadzie sensu, skoro Ukrainie zostało parę dni, czy w Waszyngtonie, skąd minister obrony Ołeksij Reznikow wrócił nieco wcześniej z podobnym przekazem.
Ukraińska determinacja
Ta determinacja, to ludyczne „zesr…j się, a nie daj się”, ten „russkij wojennyj korabl, idi nach…j” z Wyspy Wężowej, ten nakręcony w trybie selfie filmik Zełenskiego ze współpracownikami z zagrożonego oblężeniem Kijowa o tym, że „prezydent tut” i nigdzie się nie wybiera – wszystko to sprawiło, że kiedy od zaprzyjaźnionego słowackiego reportera dostałem pod koniec tamtego lutego wiadomość, że nic z tej obrony nie będzie, pomyślałem, że nie ma racji. Tamta determinacja imponuje do dziś. To ona pozwoliła Ukraińcom wypchnąć okupanta spod Kijowa, odbić obwód charkowski i Chersoń, wygrać bitwę o Morze Czarne i szlaki transportowe do Odessy, razić rafinerie i lotniska wojskowe aż po Syberię.
To ona każe też odrzucać w sondażach ustępstwa – i to nawet w sytuacji, gdy największy sojusznik, Stany Zjednoczone, przestał udzielać wsparcia w postaci sprzętu wojskowego (od inauguracji Donalda Trumpa broń jest dostarczana na zasadach komercyjnych, za co płacą Europejczycy) i w zasadzie trudno czasem określić, za kogo Waszyngton trzyma kciuki. Ta determinacja bywa też złym doradcą. Wpędza Ukraińców w kompleks Mesjasza, zbawiającego zachodnią cywilizację od rosyjskiego barbarzyństwa. Każe w impertynencki sposób traktować partnerów, o czym Polacy też się momentami przekonywali. Ale przede wszystkim pozwala trwać. A trwająca Ukraina odciąga widmo wojny od reszty rosyjskiego pogranicza, od Finlandii po Polskę. ©℗