Podczas wystąpienia na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa sekretarz stanu Marco Rubio określił Stany Zjednoczone jako „dziecko Europy” i zapowiedział, że USA zamierzają zbudować nowy porządek światowy. – Choć jesteśmy gotowi, jeśli zajdzie taka potrzeba, działać samodzielnie, naszym wyborem i nadzieją jest realizowanie tego wspólnie z wami, naszymi przyjaciółmi w Europie – stwierdził. Przyznał, że Amerykanie mogą sprawiać wrażenie nieco bezpośrednich i niecierpliwych, ale – jak przekonywał – wynika to z głębokiej troski o los Starego Kontynentu.
Rubio krytykuje migrację
To wyraźna zmiana tonu w porównaniu z ubiegłorocznym wystąpieniem wiceprezydenta J.D. Vance’a, który zarzucił Europie odejście od własnych wartości, prześladowanie chrześcijan i stosowanie cenzury. Sugerował również, że Stany Zjednoczone nie będą akceptować marginalizowania skrajnej prawicy w życiu publicznym. – Wykluczanie ludzi z procesu politycznego niczego nie chroni. Przeciwnie, to najpewniejsza droga do osłabienia demokracji – przekonywał Vance. Dla wielu uczestników jego słowa były szokujące. Ówczesny szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Christoph Heusgen miał nawet uronić łzę z żalu nad pogłębiającymi się w NATO podziałami.
W kolejnych miesiącach Stany Zjednoczone groziły wycofaniem się z Europy, flirtowały z Rosją i sugerowały przejęcie należącej do Danii Grenlandii, utwierdzając wśród Europejczyków przekonanie, że nie mogą oni już w pełni liczyć na sojusz transatlantycki. Dlatego bardziej koncyliacyjny ton wystąpienia Rubio został przyjęty z ulgą, choć wielu komentatorów zwracało uwagę, że wyciągając rękę do współpracy, wyraźnie podkreślił niezmienność podejścia USA i powtórzył wiele tez przedstawionych rok wcześniej przez Vance’a. Sekretarz krytykował przenoszenie amerykańskiego przemysłu za granicę, dominację państw spoza Zachodu w łańcuchach dostaw oraz politykę zielonej energii, która – jak dodał – miała służyć „zadowoleniu kultu klimatycznego”, przy jednoczesnym „ubożeniu obywateli”.
Przede wszystkim Rubio podkreślił jednak, że Europa i Stany Zjednoczone stoją wobec zagrożeń związanych z masową migracją oraz – jak to ujął – ryzykiem „wymazania cywilizacji”. – Bezpieczeństwo narodowe nie jest jedynie zbiorem technicznych zagadnień. Czego właściwie bronimy? Bronimy wielkiej cywilizacji. Tylko jeśli bez kompleksów będziemy trwać przy naszym dziedzictwie i odczuwać dumę z tego wspólnego dorobku, możemy razem rozpocząć kształtowanie naszej gospodarczej i politycznej przyszłości – powiedział. Wskazywał też, że „masowa migracja pozostaje objawem kryzysu, który przekształca i destabilizuje społeczeństwa świata zachodniego” i skrytykował europejskie państwa opiekuńcze, które – jego zdaniem – rozwijano kosztem finansowania bezpieczeństwa. – Chcemy odnowionego sojuszu, który uznaje, że źródłem problemów naszych społeczeństw jest nie tylko zestaw błędnych polityk, lecz także marazm, beznadzieja i samozadowolenie – podsumował.
USA milczą o zagrożeniach ze strony Rosji
Daniel Fried, były ambasador USA w Warszawie i ekspert Atlantic Council, z aprobatą przyjął przesłanie Rubio o „wolnym świecie” i postulat reformy, a nie likwidacji takich instytucji, jak NATO. – Rubio mógłby wyraźniej wskazać głównych przeciwników wolnego świata – Rosję i Chiny. Odniesienie do rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie mogło być czymś więcej niż przelotną wzmianką – dodał. Podobnie skomentował sprawę minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który uznał, że choć „powrót amerykańskiej uprzejmości” jest mile widziany, zabrakło wyraźnego odniesienia do Ukrainy. Sikorski dodał, że „rzeczywistym zagrożeniem dla Europy jest państwowa ideologia Rosji – ideologia autokracji i ekspansji, odbudowy imperium, która odbyłaby się kosztem naszego kontynentu”. – Nie możemy do tego dopuścić – przekonywał.
Dla Europejczyków, w tym Ukraińców, wizyta w Niemczech była okazją, by wezwać do silniejszego nacisku na Rosję i podkreślić jedność na kontynencie. Szczególnie że Amerykanie w nadchodzących dniach będą pośredniczyć w kolejnej rundzie rozmów między Ukrainą a Rosją w Genewie. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział w Monachium, że Kijów chce uzyskać gwarancje bezpieczeństwa od USA na co najmniej 20 lat, zanim będzie mógł podpisać godne pokojowe porozumienie. W sobotę wezwał także do wyznaczenia jasnej daty, kiedy Ukraina będzie mogła przystąpić do UE. Niektórzy urzędnicy unijni wskazują na 2027 r. jako możliwy termin. Inni wskazują, że to nierealne, skoro formalnie nie zaczęto jeszcze rokowań akcesyjnych.