Lojalność wobec Donalda Trumpa i szerzej – wobec USA nie powinna być dylematem suwerennego państwa. Autoryzowanie przez Warszawę międzynarodowego ciała z udziałem Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki stoi z tym w sprzeczności, bo oznacza de facto powrót do przeszłości: powolne odzyskiwanie wpływów przez Kreml na Zachodzie. To swoista stopa wsadzona między drzwi, które będą z czasem mogły się rozchylić szerzej.
Czy Karol Nawrocki jest cokolwiek winien Donaldowi Trumpowi?
Wzmocniony Putin, na dodatek uznany z powrotem przez demokratyczny świat, to zagrożenie dla naszego państwa. Bo prezydent Donald Trump, który ma być dziś gwarantem nowego ładu, za kilka lat może już nim nie być, a relacje międzynarodowe przyjmą zupełnie inny kształt. I nie będzie też miało znaczenia, czy na tronie Kremla będzie zasiadał Putin, czy już jego następca w lepszej lub gorszej wersji. Polska musi patrzeć na tę sytuację, mając na względzie daleką perspektywę. Ostatnie lata na Ukrainie i historia naszej państwowości sprawiają, że nie musimy tego stanowiska jakoś szczegółowo uzasadniać. Rosja była, jest i będzie państwem wrogim. W interesie Polski powinna ona być słaba i izolowana, dopóki nie wyleczy się imperializmu, co zresztą wydaje się mało realne.
Karol Nawrocki zdążył już wypracować sobie dobre relacje z Donaldem Trumpem. Prezydent USA niewątpliwie wsparł go w kampanii prezydenckiej i na początku kadencji, Nawrocki ma zatem osobisty dług wdzięczności wobec amerykańskiego przywódcy. Stąd cały dylemat i presja. Jednakże jako przywódca państwa nie powinien ulegać osobistym zobowiązaniom, gdyż większe zobowiązanie ma wobec Polaków, którzy powierzyli mu najwyższy urząd w państwie. Godząc się w imię lojalności na autoryzowanie rady z Putinem, przestanie być lojalny wobec swoich obywateli i zaniedba nasze bezpieczeństwo oraz interesy.
Dlatego jest to wielki test na przywództwo dla Karola Nawrockiego. Czy prezydent go przejdzie z sukcesem?
O czym zapominają polskie elity polityczne?
To jest właśnie problem polskich elit – nie zawsze rozumieją, że suwerenne państwo powinno w pierwszej kolejności kierować się własnym interesem, swoją racją stanu. Tymczasem stawiając na piedestale lojalność i zobowiązanie wobec kogoś z zewnątrz, nawet przyjaciela czy sojusznika, kosztem własnego dobra, przekreśla się istotne władztwo w państwie i sprowadza je w skrajnej sytuacji do statusu kolonialnego czy wasalnego.
USA są naszym największym sojusznikiem, kluczowym gwarantem bezpieczeństwa i solidnym przyjacielem. Ale jesteśmy suwerennymi, niezależnymi państwami, które mają swoje interesy i swoje strategie. Tam, gdzie są one zbieżne, powinniśmy być razem. Tam, gdzie nie są – musimy iść swoją drogą, kierując się interesem narodowym. Tak zyskuje się szacunek i buduje partnerstwo. Widać to na przykładzie Izraela i wojny w Gazie. Gdy wymagał tego interes Izraela, wykazali się gigantyczną asertywnością wobec nacisków społeczności międzynarodowej oraz obydwu administracji USA. Abstrahując już od samej sytuacji w Palestynie i sposobu pacyfikacji Gazy, bo to zupełnie inna sprawa. Ale tak właśnie buduje się siłę i niezależność.
Jeżeli Amerykanie traktują nas jak partnera i suwerenne państwo, zrozumieją naszą perspektywę i trudne położenie geopolityczne. Poza tym Rada Pokoju nie jest na szczycie hierarchii priorytetów Donalda Trumpa i jego polityka się nie rozsypie, jeżeli zabraknie tam Polski. Zwłaszcza że Waszyngton, potencjalnie pogarszając swoje relacje z Warszawą, też może na tym stracić. Jesteśmy w końcu swoistym amerykańskim lotniskowcem w Europie, krajem, który stanowi spoiwo więzi transatlantyckich, zwłaszcza w momencie gdy są one poddawane ciężkiej próbie. To my nadajemy dynamikę amerykańskiej strategii w Europie. To znacznie ważniejsze, niż kłopotliwy udział w radzie z Putinem i Łukaszenką.
Dlatego stanowisko Polski powinno być jasne. Bez lawirowania i robienia uników z nadzieją, że trumpowska Rada Pokoju nie powstanie. Do wspólnego stolika z Putinem i Łukaszenką po prostu nie siadamy, bo taka jest nasza racja stanu. Tak powinien brzmieć komunikat dla wszystkich przyjaciół i nieprzyjaciół. To miara silnego, suwerennego państwa i świadomych tego politycznych elit.