Przez kina przeszła „Norymberga”. Jeszcze jeden film, po „Oppenheimerze” (2023) i „Na zachodzie bez zmian” (2022), który problematyzuje kwestie globalnego porządku prawnego i oceny zbrodni wojennych czy ludobójstwa.

Najnowszy z nich to także najbardziej klasyczny film, wręcz staroświecki dramat psychologiczno-sądowy. Opisuje perypetie amerykańskiego psychiatry sądowego Douglasa Kelleya, który ma za zadanie się upewnić, że ujęci przez aliantów nazistowscy zbrodniarze są – dziś byśmy to ujęli – poczytalni. Scenarzyści skupili się przede wszystkim na relacji Kelleya z Hermannem Göringiem, drugim po Hitlerze człowieku w Trzeciej Rzeszy. Personie pełnej sprzeczności – otyłym narcyzie w marszałkowskim mundurze, uzależnionym od leków sybarycie, a jednocześnie człowieku obdarzonym przymiotami przywódczymi, bywalcu salonów, bon vivancie, mężu, ojcu, dzielnym żołnierzu.

Dydaktyczny, antytrumpowy zapaszek „Norymbergi”

Sporo w tym filmie patosu, mało dwuznacznej przewrotności. Został ewidentnie skrojony pod Oscary, trąci dydaktycznym zapaszkiem. Zwłaszcza w końcowej scenie, gdy nasz protagonista Kelley przestrzega po wojnie amerykańską opinię publiczną, że nazizm może się zrodzić wszędzie, także w USA, bo nie ma wspólnot impregnowanych na faszyzm, kult jednostek, które prowadzą narody na skraj ksenofobiczno-nacjonalistycznego szaleństwa. Oczywiście nikt nie chce Kelleya w ojczyźnie słuchać i wiadomo, o co (o kogo) tak naprawdę chodzi scenarzyście i reżyserowi Jamesowi Vanderbiltowi.

Zanim jednak potraktowałem ten film wyłącznie jako publicystyczną przypowieść, zaintrygowało mnie coś innego. Czy to wskutek dysproporcji aktorskich talentów, czy przez niezręczny sposób rozpisania dwóch głównych ról – Kelleya i Göringa – przez niemal cały film odczuwałem większą sympatię do utytego Russella Crowe’a jako Göringa niż jego szlachetnego psychiatry granego przez Ramiego Maleka. Jakim cudem człowiek bardziej utożsamił się z nazistowskim zbrodniarzem? I doszedłem do wniosku, że może chodzić o aurę wokół tego filmu, okoliczności zewnętrzne. A konkretniej – o interwencję USA w Wenezueli, przeprowadzoną przy lekceważeniu licznych reguł prawa międzynarodowego, i bladym strachu, jaki teraz padł na Grenlandię.

Historię piszą zwycięzcy. Ale może warto udawać, że chodzi o ideały, Ameryko?

Wiem, że to banał. Historię piszą zwycięzcy, podobnie jest z sądzeniem kogokolwiek na polu międzynarodowym. Jeszcze w Iraku administracja George’a W. Busha próbowała stwarzać pozory, że chodzi o coś więcej niż osiąganie celów geostrategicznych. Dzisiejsza Ameryka przestała sięgać po argumenty moralne, mundur globalnego policjanta wrzuciła do kosza PCK. Dlatego kiedy w najmocniejszej scenie „Norymbergi” Göring mówi do Kelleya, że on stoi przed trybunałem dlatego, że Ameryka wygrała wojnę, a za spopielenie bombą atomową setek tysięcy Japończyków nikt przed żadnym sądem nigdy nie stanie, trudno z tym polemizować.

I to jest chyba najbardziej przykre, że Ameryce nawet już nie chce się dziś udawać.