Start do europarlamentu jako inwestycja biznesowa. Im większy nakład, tym większe zwroty [OPINIA]

Eurowybory 2024
Eurowybory 2024PAP / Tomasz Gzell
10 czerwca 2024

Żeby wyjąć, trzeba włożyć – to porzekadło polskich przedsiębiorców – i tych małych, i tych większych – doskonale pasuje do kandydatów na europarlamentarzystów. Bo nie ma się co oszukiwać – kampania do europarlamentu to dla wielu polityków po prostu inwestycja w przyszłość. Własną przyszłość. 

Podobnie jak w biznesie, w tym wypadku najpierw politycy muszą oszacować ryzyko. Jeśli nie są tylko wypełniaczami list, czyli są z dwóch największych partii i dostali czołowe miejsca na liście, mogą realnie myśleć o inwestycjach.

O jakich środkach mówimy? To oczywiście zależy od regionu i możliwości kandydata. Ale generalna zasada jest taka, że im większy nakład, tym większa szansa na zwroty. I tak np. w jednym z okręgów o dwa potencjalne miejsca biorące bije się troje kandydatów. – Szacuję, że wydamy ok. 500 tys. zł, a konkurenci odpowiednio 1 mln i 300 tys. – mówi osoba zaangażowana w kampanię jednego z chętnych. Na co idą te środki? Przede wszystkim na billboardy. Wynajęcie jednego na miesiąc w czasie kampanii w większym mieście to nawet 5 tys. zł. Łatwo przeliczyć, że 20 takich billboardów to 100 tys. zł, a w mieście mającym kilkaset tysięcy mieszkańców 20 plakatów to naprawdę niewiele. Ale część kandydatów świadomie idzie inną drogą. – My wydaliśmy ok. 100 tys. zł na targetowane kampanie w internecie – mówi.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.