TK spisał w 2006 r. swoisty kodeks postępowania komisji śledczych. To, jak działają te trzy powołane przez nową koalicję, jest tych reguł zaprzeczeniem.

Sejmowa komisja śledcza badająca pomysł rozpisania wyborów korespondencyjnych jako pierwsza z trzech zakończyła przesłuchania – ostatnim wezwanym był prezes PiS Jarosław Kaczyński. Właśnie ta musi się spieszyć. Jej szef, Dariusz Joński, poseł KO, kandyduje do europarlamentu. Za kilka tygodni nie będzie go pewnie na Wiejskiej. Ale można odnieść wrażenie, że końcowy raport jest już od dawna gotowy. Pokrywać się on będzie z wnioskiem o powołanie komisji, którego wstępną tezę – „Wyrzuciliście w błoto 70 milionów” – Joński powtarzał na każdym posiedzeniu.

Kiedy tylko komisje zaczynały działać, napisałem, że warto przypomnieć sobie, jakie mechanizmy rządzą amerykańskimi śledztwami parlamentarnymi – bo to z Ameryki instytucja ta przywędrowała do Europy. W USA każdy członek komisji może wzywać świadków i przedstawiać dowody. To gwarantuje mniejszości prawo przedstawiania własnej wersji. Ona może być odrzucona, ale nie pominięta.

Po półrocznej działalności trzech komisji śledczych sformułowane przeze mnie wtedy uwagi można uznać za śmieszne. – Pan ma swoją narrację, a my swoją – zwróciła się podczas przesłuchania do Kaczyńskiego posłanka Agnieszka Kłopotek z Polski 2050. Wywołało to, jako akt niezamierzonej szczerości, wesołość posłów PiS.

Rzecz w tym, że mamy do czynienia z dwiema wersjami zdarzeń z 2020 r., ale jedna jest przyjęta z góry, druga – zdelegalizowana.

Zdaniem koalicji pomysł przeprowadzenia w maju 2020 r. wyborów prezydenckich przy pomocy Poczty Polskiej – w, jak się wydawało, apogeum pandemii – to zamach na demokrację. Byłyby one wadliwe oraz pełne nadużyć. Wymyślono je zaś po to, by wygrał Andrzej Duda. Podczas forsowania pomysłu rząd Morawieckiego naruszył prawo, bo wydawał decyzje na podstawie ustawy, która, niezatwierdzona przez Senat, nie obowiązywała. Finałem było i tak przesunięcie głosowania. Stąd zmarnowane pieniądze, choćby na karty do głosowania. Przy okazji upieranie się przy wyborach w tamtym czasie jest opisywane jako zagrożenie dla zdrowia i życia obywateli.

Na tę wersję PiS odpowiada własną. Wybory zostały ogłoszone przed pandemią, zaś zasadniczego ich przełożenia konstytucja nie przewiduje. Gdyby nie udało się wybrać głowy państwa przed upływem kadencji Dudy, Polska zostałaby bez prezydenta. Nie było możliwości zastąpienia go przez marszałek Sejmu, bo konstytucja nie wymienia wśród powodów takiego zastępstwa nieodbycia się wyborów. W trakcie pandemii głosowanie korespondencyjne mogło się wydawać bezpieczniejsze dla zdrowia wyborców. Politycy Zjednoczonej Prawicy o to, że wybory nie doszły do skutku w pierwszym terminie, oskarżają ówczesną opozycję. Miała blokować ustawę w Senacie i wstrzymywać procedury wyborcze na poziomie samorządów. Po to, aby wymienić dołującą w sondażach kandydatkę KO-PO Małgorzatę Kidawę-Błońską na Rafała Trzaskowskiego.

Tyle że wersja PiS została totalnie zagłuszona. Obecnej opozycji nie pozwolono na wezwanie wskazanych przez nią świadków, w tym polityków KO. Co więcej, Joński nie dopuszczał do prezentowania pisowskiej interpretacji zdarzeń podczas przesłuchań, przerywając lub wyłączając mikrofon nie tylko posłom PiS, ale też świadkom. Nazywał ją konsekwentnie „kłamstwem”.

Pisałem, kiedy komisje ruszały, że od lat parlamentarne dochodzenia przeżywają w Polsce kryzys. Tak skuteczne, kiedy rozliczano w latach 2003–2005 aferę Rywina czy Orlenu, traktowane przez moment jako gwarancja przejrzystości spraw publicznych, stały się szybko narzędziem odwetu aktualnej władzy na poprzedniej. Tak działała zarówno większość prawicowa, jak i centrolewicowa. Z kolei, kiedy tworzono komisję po to, aby prześwietlać władzę (afera hazardowa), koalicyjna większość pisała raport wybielający.

Zarazem jednak zachowywano pozory. Świadkowie mieli możliwość wypowiedzenia się, także posłowie mniejszości mogli oprotestowywać decyzje większości. Komisja Jońskiego przyjęła inne „standardy”. Nie było posiedzenia, aby nie wykluczono kogoś z członków reprezentujących PiS – mechanicznie zawsze tą samą większością koalicji. Na ogół za głośne protesty.

Jeszcze bardziej kuriozalne było traktowanie świadków – ograniczanych w swoich prawach, łajanych oraz obrażanych, jeśli prezentowali wersję poprzedniej władzy. Zarazem koalicyjni członkowie komisji ogłaszali, że sami czują się obrażani przez ludzi PiS. Owszem, Kaczyński zaczął od odmawiania komisji legalności. Ale czy panowała tu jakakolwiek symetria? Siła była po stronie nowej koalicji. Mateusz Morawiecki zaczął zeznania od oprotestowania internetowego wpisu Jońskiego, sugerującego, że były premier jest przestępcą, który – póki ma czas – powinien zabiegać o status świadka koronnego. Jeśli ten wpis nie jest świadectwem braku bezstronności śledczego, to co nim jest?

Komisyjna większość zachowywała się tak, jakby regułą dochodzenia była wolna amerykanka, w której większości wolno wszystko, mniejszości oraz świadkom – nic. Tak nie jest, przynajmniej w teorii. We wrześniu 2006 r. Trybunał Konstytucyjny przy okazji werdyktu w sprawie komisji badającej patologie w bankowości (której zakreślono granice dotyczące wzywania świadków) opisał reguły postępowania podczas dochodzenia. To był liberalny trybunał, któremu przewodził Marek Safjan. Wtedy mainstreamowa elita uważała, że komisje posuwają się zbyt daleko w swoich zakusach kontrolowania życia publicznego, dążyła więc do nakładania sejmowym śledczym wędzideł. Dziś ta sama elita oklaskuje wrzaski Jońskiego lub milczy.

Przedstawmy kilka punktów z kodeksu TK. Po przypomnieniu, że komisję obowiązują „reguły ochronne procedury karnej”, sędziowie trybunału żądali: „Osobie przesłuchiwanej należy umożliwić swobodne wypowiedzenie się w granicach określonych przedmiotem wezwania, a dopiero następnie zadawać pytania zmierzające do uzupełnienia, wyjaśnienia lub kontroli wypowiedzi”. Tymczasem Joński odmówił tego prawa m.in. Jackowi Sasinowi, Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ich protesty z powołaniem się na orzeczenie TK były tłumione wyłączaniem mikrofonu.

Idźmy dalej: „Członkowi komisji nie wolno zadawać osobie przesłuchiwanej pytań sugerujących odpowiedź; takie pytania przewodniczący komisji ma obowiązek uchylić”. Pierwszy przykład z brzegu. Jarosław Kaczyński mówi: „Oceniałem te rekomendacje w szerszym kontekście”. Na to posłanka Anita Kucharska-Dziedzic z Lewicy: „W jakim kontekście? Zwycięstwa pana Dudy?”. Takie wymiany zdań powtarzały się nieustannie. Sam Joński w niemal każdym pytaniu przedstawiał gotowe scenariusze tego, co zdarzyło się w 2020 r., i żądał ich potwierdzenia przez świadków.

Kolejny wymóg sformułowany przez TK: „Pytania nie mogą być znieważające, poniżające, wyśmiewające, podchwytliwe lub obraźliwe dla osoby przesłuchiwanej”. Tymczasem Joński podczas przesłuchania porównał Morawieckiego do Pinokia. „Miał pan wreszcie okazję, żeby nie kłamać” – to dalszy ciąg tego popisu. Kaczyńskiego podczas pyskówki nazwał „osobą prymitywną”, a w końcowej tyradzie, skądinąd nieprzewidywanej przez procedury, mówił o nim jako o „ojcu chrzestnym mafii”. Byłego szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego pytał, czy nie był pijany podczas pewnej narady. Takich sytuacji były setki. – Kradliście! – wrzeszczała posłanka Magdalena Filiks z KO do Kaczyńskiego, i to w czasie, kiedy przesłuchiwał go ktoś inny.

Kolejne reguły trybunału: „Uprawnieniem członków komisji jest zadawanie pytań dotyczących faktów, a nie żądanie wyrażenia opinii”; „Niedopuszczalne jest wielokrotne powtarzanie i kierowanie tego samego pytania pod adresem osoby przesłuchiwanej”; „Niedopuszczalne jest odczytywanie zeznań innych osób i żądanie komentowania ich lub ustosunkowywania się do różnic w zeznaniach”; „Niedopuszczalne jest wdawanie się w spór z przesłuchiwanym i sugerowanie prawdziwego znaczenia zeznań osoby wezwanej”. Wszystkie one były notorycznie łamane.

„Niedopuszczalne jest zadawanie pytań niezwiązanych z przedmiotem przesłuchania”. Oto posłanka Filiks zaczyna przesłuchanie Kaczyńskiego od wypytywania go, dlaczego się spóźnił, po czym wdaje się z nim w mętne spory o publikowanie orzeczeń TK. Ta sama posłanka wpada w panikę, że kończy się jej czas, w związku z tym przerywa świadkowi odpowiedzi, często po pierwszym zdaniu. A w drugiej turze pytań wygłasza tyradę o tym, że Kaczyński jej nie szanuje. Tu już trudno mówić o pytaniach. Każdy z koalicyjnych członków komisji wygłaszał niekończące się komentarze.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że nie wszystko było tu pochodną celu politycznego: ogłosić wykrycie afery, co ma prowadzić do kryminalizacji ewentualnych błędów PiS w czasach, kiedy rządził. Nieznani szerzej politycy mieli wreszcie szansę upokarzać najważniejszych polityków drugiej strony. Skorzystali z tej okazji, jak umieli.

Także posłowie PiS zadawali pytania pod tezę, prosili świadków o opinię, sugerowali odpowiedzi. Tyle że w ich przypadku była to samoobrona. Skoro nie pozwolono im wzywać wskazanych przez nich osób, jedyną drogą do obrony „ich narracji” były odpowiednio skonstruowane pytania do ich partyjnych kolegów.

Zapewne wkrótce zakończy prace komisja badająca aferę wizową. Jej przewodniczący Michał Szczerba z KO też jest kandydatem do PE. Reguły zadawania pytań i atmosfera były tam bliźniaczo podobne. Zatrzymała się za to komisja badająca używanie Pegasusa do inwigilacji przeciwników politycznych. Ona na dokładkę popełniła błąd, wzywając na początek Kaczyńskiego i nie wiedząc za bardzo, o co go pytać. Ale poseł Witold Zembaczyński (KO) także mógł wykrzyczeć w twarz prezesowi wrogiej partii, że powinien zostać świadkiem koronnym. I tam leczenie kompleksów okazało się równie istotne jak tworzenie politycznego zgiełku.

Wiosną 2020 r. byłem zwolennikiem przełożenia wyborów, na ile się da. Ciężko było uwierzyć, że listonosze zapewnią wszystkim dostęp do głosowania. Ale też ówczesna opozycja rysowała mgliste scenariusze alternatywne. Groźba, że zostaniemy bez prezydenta, jawiła się jako realna. Chyba jedynym konkurencyjnym wyjściem było wspominane kilkakrotnie podczas przesłuchań wprowadzenie stanu wyjątkowego lub klęski żywiołowej, co umożliwia przesunięcie procesu wyborczego. Podobno PiS obawiał się po takiej decyzji fali żądań odszkodowawczych obywateli.

Warto przypomnieć o czymś jeszcze. Wybory prezydenckie odbyły się ostatecznie nie w maju, ale w lipcu, także za zgodą opozycji, i w formie dużo ryzykowniejszego głosowania przy urnach. Liczba zakażeń 12 lipca 2020 r. była większa niż 10 maja. Jeśli komisja uzna, a pewnie uzna, że odpowiedzialni za plan głosowania korespondencyjnego 10 maja „sprowadzali niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób”, to tym bardziej należałoby to powiedzieć o wszystkich, którzy namawiali do głosowania dwa miesiące później. Czyli o całej klasie politycznej, a nie tylko o Zjednoczonej Prawicy.

Jeszcze jeden rzut oka na orzeczenie TK z 2006 r. „Ważne są fachowe oraz etyczne standardy nałożone na członków komisji śledczej. (…) Uzasadnione jest oczekiwanie przestrzegania najwyższych standardów moralnych związanych z szacunkiem dla osób będących w słabszej pozycji przesłuchiwanych wobec przesłuchujących ich posłów członków komisji, oczekiwanie najwyższej kultury i taktu”. Brzmi to dziś jak żart.

Jedno z niewielu sensownych pytań w tej komisji zadał Jacek Karnowski z KO: dlaczego liderzy PiS nie próbowali w 2020 r. w obliczu kryzysu państwa konsultacji z opozycją? To jeden z grzechów tamtej polityki. Tyle że jest z nią coraz gorzej, a nie coraz lepiej, a te dochodzenia są tego koronnym dowodem. ©Ⓟ

Tak skuteczne, kiedy rozliczano w latach 2003–2005 aferę Rywina czy Orlenu, traktowane przez moment jako gwarancja przejrzystości spraw publicznych, stały się szybko narzędziem odwetu