Pomysł referendum w sprawie zmniejszenia poziomu ochrony życia poczętego ma oczywiste zalety. Oddaje fundamentalną decyzję moralną w ręce narodu, narzucając nieprzekraczalne ramy prawodawcom – zazwyczaj ludziom starszym i jakże często męskim. Jak pamiętamy, „klasa polityczna” jest w polskim języku synonimem określenia zaułek złodziei, a „naród”, mimo usilnej pracy środowiska polakożerców, wciąż nie jest synonimem wyrażenia „kolonizatorzy i antysemici”. W każdym razie naród polski kojarzy się Polkom i Polakom dużo lepiej niż politycy i polityczki.
Nałóżmy na ten schemat powszechne narzekanie na alienację klasy politycznej, na deficyt demokracji, na niedostatek zaangażowania obywatelskiego „w tym kraju”, a otrzymujemy oczywisty wynik równania: referendum to świetny pomysł. Zwłaszcza że żadnej partii nie uda się zakodować wyborców – ci zagłosowaliby w referendum, jak chcą. I może właśnie z tego ostatniego powodu pomysł nie wzbudza entuzjazmu?
Z jednej strony przywództwa partyjne ledwo znoszą myśl, że tzw. ludzie zrobią, co zechcą, z drugiej zaś tzw. ludzie woleliby zostawić decyzje w trudnej sprawie posłom i posłankom oraz prezydentowi – po wszystkim zaś wygodnie krytykować ich za sprzedajność, nieudolność, głupotę, za ciemnotę ich małego średniowiecza albo uleganie zachodniej cywilizacji śmierci. Partie są wredne, a politycy to wały... dopóki nie okazuje się, że chciałyby ustąpić miejsca suwerenowi. O, co to, to nie!
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.