Prowokacja dziennikarska, którą opisaliśmy we wczorajszym wydaniu, wywołała spore emocje. Przypomnijmy: przesłaliśmy do kilkunastu posłów z różnych ugrupowań politycznych prośbę o napisanie interpelacji poselskiej w sprawie leku na zaćmę dla psów rasy shiba inu. Nie trzeba było długo czekać. Interpelację zgłosiła posłanka Maja Nowak z Polski 2050. W ślad za nią poszło 15 innych parlamentarzystów z tego samego ugrupowania. Większość z nich nie otrzymała od nas nawet prośby w tej sprawie, a mimo to podpisali się pod dokumentem.

Wśród nich jest wiceminister obrony narodowej Paweł Zalewski, wiceprzewodniczący komisji śledczej ds. Pegasusa Paweł Śliz oraz członek KRS Tomasz Zimoch. Nikt nie zapytał nas o szczegóły, nie sprawdził, co to za lek i kto nam go przepisał, nie poprosił nas o przesłanie dokumentacji medycznej. Krótka weryfikacja wystarczyłaby, aby stwierdzić, że sprawa nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Po publikacji otrzymaliśmy wiele komentarzy, także punktujących naszą pracę. Do części z nich chcielibyśmy się odnieść.

Wiceprzewodniczący partii Polska 2050 Michał Kobosko na antenie Polsat News uznał, że prowokacja była niskiej jakości. A także, że nie rozumie, „jakie dobro publiczne z tego powstało”. W naszej opinii, którą wyraziliśmy również w korespondencji z posłanką, składającą naszą interpelację, prowokacja obnażyła słabość działania biur poselskich. Tak jak dziennikarze mają obowiązek zadbać o rzetelność informacji zawartych w artykułach, tak samo posłowie muszą weryfikować informacje, które podają w interpelacjach.

Kobosko w Polsacie ironizował również, że być może za ten tekst dostaniemy nagrodę dziennikarską, choć akurat on by jej nam nie dał. Za nagrodę (lub jej brak) bardzo dziękujemy. Zachęcamy jednak do większej czujności. Szczególnie że w jednym musimy przyznać rację panu posłowi – nasza prowokacja faktycznie była „wydumana” i niskiej jakości. Taka dokładnie miała być. Chcieliśmy sprawdzić, czy najbardziej absurdalny tekst może skłonić posła do napisania interpelacji w naszej sprawie. Nie sililiśmy się na zakładanie stron internetowych, spotkania, rozmowy, naciski. Założyliśmy fanpage i napisaliśmy kilkanaście e-maili z wymyśloną historyjką. Okazało się, że to wystarczy, aby osoby odpowiadające za bezpieczeństwo państwa – wiceszef MON oraz wiceszef najważniejszej sejmowej komisji śledczej – podpisali się pod tą interpelacją.

Problem w tym, że gdy sprawa będzie się toczyć o dużą większą stawkę, a do gry wejdą duże większe pieniądze, to różnego rodzaju lobbyści będą stosować bardziej wyrafinowane formy perswazji, aby przekonywać posłów do swoich racji. I co najgorsze, to już się dzieje. Po naszym tekście odezwał się do nas jeden z pracowników biura poselskiego, którego nasz tekst wcale nie zdziwił. Jak usłyszeliśmy, normą jest, że różnego rodzaju koncerny wciskają posłom różnego rodzaju interpelacje, gdy tylko Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji oraz Ministerstwo Zdrowia negocjują ceny leków. I dzieje się tak, ponieważ parlamentarzystom nie zapala się czerwona lampka, gdy ktoś chce ich rękoma coś załatwić.

W dyskusjach w internecie zarzucano nam, że wykorzystaliśmy naiwność i dobroduszność posłów, którzy pierwszy raz zasiadają w parlamencie. Niestety osoby, które walczą o swoje interesy, mogą wykorzystywać dobroduszność posłów także w złych celach. Dokładnie na tej samej zasadzie.

Wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska z KO złożyła interpelację poselską dotyczącą leczenia boreliozy metodą ILADS, mimo że Naczelna Izba Lekarska uznała ten sposób za szkodliwy i zakazał stosowania go w leczeniu prywatnym. Pomimo że sprawę nagłośniło TOK FM, kolejne podobne interpelacje zaczęły trafiać do ministra zdrowia za pośrednictwem posłów. Stowarzyszenia, które zarabiają na fałszywych terapiach, podawały tę informację w swoich kanałach w social mediach, argumentując, że posłowie działają w ich sprawie.

Niezweryfikowane interpelacje mogą też służyć do dezinformacji. Trudno nazwać inaczej interpelację przesłaną w poprzedniej kadencji przez posła Radosława Lubczyka. Jak opisywała Wirtualna Polska, poseł, który dziś typowany jest na wice ministra cyfryzacji z ramienia PSL, złożył bowiem interpelację poselską do koordynatora służb specjalnych w sprawie „relacji przedstawicieli polskich władz z koncernem Ericsson”. W uproszczeniu – chodziło o to, by służby zbadały powiązania ministra cyfryzacji Janusza Cieszyńskiego z firmą i sprawdziły, czy nie ma on konfliktu interesów. W tle opisano jego sytuację rodzinną. Interpelacja była na rękę chińskiej firmie Huawei – to główny konkurent Ericssona w segmencie komponentów infrastruktury telekomunikacyjnej. Dziennikarze WP podali, że podobne w treści pismo widzieli już wcześniej, otrzymali je do wglądu od innych posłów. Nikt inny jednak go nie złożył. Lubczyk mówił w DGP, że interpelacji nie widział, bo składał ją dyrektor biura. ©℗