Wystarczą e-mail, fałszywy fanpage w mediach społecznościowych i wymyślona historyjka, by posłowie zgłosili interpelację.

Na początku lutego 16 parlamentarzystów Polski 2050 podpisało się pod interpelacją w obronie psów rasy shiba inu. Jak czytamy w piśmie, część czworonogów tej rasy ma cierpieć na „jedną z odmian zaćmy, której nie da się wyleczyć standardowymi lekami stosowanymi w weterynarii”. Zauważają też, że w Polsce nie został dopuszczony do użytku lek viskyrem, który ma im pomagać. „Lek został przebadany – dostępny jest w innych europejskich i azjatyckich krajach, w tym na Ukrainie” – zapewniają autorzy interpelacji. Opisują także, że właściciele piesków chorych na zaćmę „udawali się w podróż do Lwowa i innych przygranicznych miast, aby przywieźć do Polski lek dla swoich psów”. „Niestety przez fakt, że Ukraina nadal nie jest członkiem UE, wwóz leków na teren Polski jest mocno utrudniony – dopuszcza się jedynie pięć najmniejszych opakowań” – piszą posłowie.

Jako konkluzji domagają się od ministra rolnictwa i rozwoju wsi przedstawienia informacji, czy resort zamierza uruchomić procedurę wpisania leku viskyrem na listę wyrobów weterynaryjnych dopuszczonych do obrotu w Polsce. Proszą również o wyjaśnienia, z jakich powodów zostało wstrzymane postępowanie dotyczące wpisania leku viskyrem na listę leków dopuszczonych do obrotu w Polsce w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Kulisy interpelacji

Dlaczego o tym piszemy? Bo problem opisany w powyższej interpelacji nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Pod koniec stycznia przeprowadziliśmy prowokację dziennikarską. Chcieliśmy sprawdzić, jak posłowie przed wysłaniem interpelacji weryfikują treści, które do nich trafiają. Wyniki naszego śledztwa pokazały, że aby przekonać posła do złożenia interpelacji w dowolnej sprawie, wystarczy skrzynka e-mailowa, facebookowy fanpage z kupionymi lajkami i doza kreatywności.

Bohaterami naszej prowokacji stały się psy shiba inu – zwierzaki pochodzące z Japonii, znane głównie z internetowych memów. Do kilkunastu parlamentarzystów z różnych ugrupowań politycznych skierowaliśmy e-mailowo prośbę o złożenie interpelacji w naszej sprawie. Dobór adresatów był prosty – wybraliśmy osoby, które należą do zespołów parlamentarnych związanych z ochroną środowiska i prawami zwierząt. W przesłanym piśmie stwierdziliśmy, że mimo naszych próśb i apeli do różnych państwowych instytucji nadal lek viskyrem nie został wpisany na listę leków weterynaryjnych. „Jest to dla nas sytuacja tym bardziej niezrozumiała, że u naszych wschodnich sąsiadów Państwowa Służba Ukrainy ds. Kontroli Leków i Narkotyków dopuściła stosowanie tego leku u zwierząt już w 2021 r.” – przekazaliśmy w e-mailu.

Problem w tym, że taki lek nie mógł zostać dopuszczony do użytku gdziekolwiek, bo nigdy nie istniał. Po wpisaniu jego nazwy w wyszukiwarkę otrzymamy co najwyżej link do jednego z forów poświęconych grom komputerowym. Co więcej, konsultacja rzekomego problemu z ekspertem wystarczy, aby dowiedzieć się, że farmakologiczne leczenie zaćmy u zwierząt, tak samo jak u ludzi, jest zwyczajnie nieskuteczne. – Nie istnieje taka metoda. Zaćmę leczy się operacyjnie. To jedyny skuteczny sposób, który zalecam. Im szybciej podejmiemy decyzję o zabiegu, tym lepiej. Oczywiście istnieje na świecie kilka preparatów, ale nie ma jednoznacznych badań, które potwierdzałyby, że opóźniają one proces gęstnienia białek soczewki. Nie można traktować tego jako akceptowalną metodę leczenia – mówi w rozmowie z DGP jeden z profesorów weterynarii od lat zajmujący się okulistyką u zwierząt.

Podpisali się, choć pisma nie dostali

Tymczasem na wysłane przez nas e-maile z prośbą o interwencję żaden z posłów nie odpowiedział. Nikt nie zapytał nas o szczegóły, nie sprawdził, co to za lek, nie poprosił nas także o przesłanie dokumentacji medycznej zwierząt lub korespondencji rzekomo otrzymanej z poszczególnych urzędów, na którą powołujemy się w piśmie. Nie zweryfikował także, czy rzeczywiście istnieją stowarzyszenie „Ratujmy pieski – Miłośnicy shiba inu” oraz osoby, które podpisały się pod listem.

Wysłane przez nas pismo wystarczyło natomiast, aby Maja Nowak złożyła w opisywanej sprawie interpelację do ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Posłanka zasiada w Sejmie po raz pierwszy, w wyborach w 2023 r. była liderką lubuskiej listy Trzeciej Drogi. W parlamencie pracuje m.in. w zespole ds. ochrony praw zwierząt. Co ważne, nie była ona jednak jedyną autorką wspomnianej interpelacji. Zgłosiło ją również 15 innych parlamentarzystów Polski 2050. Czternastu z nich nie dostało od nas nawet prośby o pomoc, a mimo to podpisali się pod dokumentem. W tym gronie znaleźli się m.in. wiceszef komisji śledczej ds. Pegasusa Paweł Śliz, wiceminister obrony narodowej Paweł Zalewski czy członek Krajowej Rady Sądownictwa Tomasz Zimoch.

Dlaczego tak się stało? Maja Nowak w rozmowie z DGP najpierw zaprzeczyła, że to ona była główną autorką interpelacji. Potem przyznała, że dokument w jej imieniu złożyła dyrektor biura. Nowak początkowo zapewniała, że sprawę konsultowano z organizacjami upominającymi się o prawa zwierząt. Później stwierdziła, że dyrektor biura konsultowała się z weterynarzem, a także sprawdzała, że „miłośnicy piesków” są na Facebooku.

Skontaktowaliśmy się także z Pawłem Ślizem. Ten jednak powiedział, że przygotowuje się do posiedzenia komisji śledczej ds. Pegasusa i nie ma czasu rozmawiać. Pytania wysłaliśmy więc e-mailem. Podobnie jak pozostałym parlamentarzystom podpisanym pod dokumentem.

Parlamentarzyści nie są listonoszami, którzy tylko przekazują pytania do rządu. Ich rolą powinno być sprawdzenie sprawy, w której podejmują interwencję. W tym wypadku, mówiąc wprost, po prostu się ośmieszyli – komentuje w rozmowie z DGP politolog dr hab. Szymon Ossowski, prof. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Jak dodaje, „nikt nie musi być alfą i omegą, znać się szczegółowo na każdej sprawie, w której składa interpelację”. – Niemniej jednak po to posłowie dostają publiczne pieniądze na prowadzenie biur poselskich i zatrudnianie współpracowników, aby do takich wrzutek po prostu nie dochodziło – wskazuje nasz rozmówca.

Nabijanie statystyk

Tylko w ubiegłej kadencji Sejmu złożono łącznie ponad 44,3 tys. interpelacji. W ciągu trzech miesięcy funkcjonowania nowego parlamentu posłowie napisali kolejne ponad 1,4 tys. pism. Parlamentarzyści pytają premiera i podległych mu ministrów o najróżniejsze rzeczy – od spraw związanych z polityką ogólnopolską (zmiany w mediach publicznych, budowa elektrowni atomowej) po sprawy lokalne (np. likwidacji kasy biletowej PKP Intercity w Giżycku). Część autorów składa wiele interpelacji w tej samej sprawie. Przykładowo – w styczniu 2024 r. posłanka PiS Anna Gembicka skierowała do premiera niemal 40 interpelacji w sprawie środków z rządowego Programu Inwestycji Strategicznych. Ich treść była prawie identyczna. Różniły się jedynie gminami, o które pytała parlamentarzystka.

Jak tłumaczą nasi rozmówcy, dzieje się tak, ponieważ interpelacje poselskie są jednym ze wskaźników zaangażowania posłów. – Zmienił się poniekąd ich pierwotny cel. W wielu przypadkach nie służą już do rozwiązywania jakiegoś problemu, a jedynie do wykazania swojej aktywności. Po czterech latach w parlamencie chcą pokazać wyborcom, że byli aktywni, dziesiątki razy zabrali głos z mównicy sejmowej i złożyli kilkaset interpelacji – tłumaczy prof. Ossowski. I jak dodaje, w ubiegłej kadencji niektórzy parlamentarzyści mieli na swoim koncie ponad 2,5 tys. interpelacji. – Daje to prawie dwie interpelacje dziennie przez cztery lata. Można odnieść wrażenie, że dla niektórych posłów interpelacja stała się głównym narzędziem sprawowania mandatu – zauważa nasz rozmówca.

O problemie składania przez posłów interpelacji w sprawach, o których nie mają pojęcia, pisaliśmy kilkukrotnie. Trzy lata temu dziennikarki Karolina Nowakowska i Paulina Nowosielska opisały kulisy podpisywania się setek parlamentarzystów pod interpelacjami w obronie jednego z małżeństw, wobec którego organy państwa miały podjąć rzekomo działania dyskryminacyjne i represyjne. Jak się okazało, część parlamentarzystów nie wiedziała nawet, w jakiej sprawie składa podpis („Akcja interpelacja”, DGP nr 159 z 18 sierpnia 2021 r.). Od tego czasu niewiele się jednak zmieniło.

W ubiegłym miesiącu dziennikarz TOK FM Michał Janczura nagłośnił sprawę interpelacji poselskich dotyczących leczenia boreliozy metodą ILADS. Naczelna Izba Lekarska uznała ją za szkodliwą i zakazała jej stosowania w leczeniu prywatnym. Mimo to część posłów – po otrzymaniu apeli ze strony organizacji związanych z medycyną alternatywną – skierowała do ministra zdrowia pytania dotyczące przywrócenia stosowania tejże metody. Wśród nich była m.in. wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska z KO. Aby wyjaśnić sprawę leczenia boreliozy, w Sejmie zostało zwołane specjalne posiedzenie komisji zdrowia.

– Interpelacja nie jest pasem transmisyjnym pomiędzy wyborcami a rządem, tylko narzędziem, z którego posłowie korzystają w ramach sprawowania kontroli. Ponieważ to oni się pod nimi podpisują, biorą odpowiedzialność za jej treść. Niedopuszczalne jest tłumaczenie, że poseł nie znał sprawy albo tylko się podpisał – konkluduje Krzysztof Izdebski, prawnik, ekspert Fundacji Batorego. ©℗

rozmowa

Zawiedli nie tylko posłowie, lecz także władze Sejmu

dr Jowanka Jakubek-Lalik, prawniczka i politolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertka ds. prawa ustrojowego i administracyjnego / Materiały prasowe
W ubiegłej kadencji Sejmu padł rekord złożonych interpelacji poselskich. Przez cztery lata napisano ich ponad 44,3 tys. Co nam to mówi?

Interpelacja poselska stanowi element mechanizmu kontrolnego, który wynika z trójpodziału władzy. Władza ustawodawcza sprawuje kontrolę nad władzą wykonawczą. Posłowie mają więc możliwość kontrolowania, otrzymywania informacji i domagania się stanowisk od organów egzekutywy. Regulamin Sejmu precyzuje, że interpelację składa się „w sprawach o zasadniczym charakterze i odnoszących się do problemów związanych z polityką państwa”. Widzimy jednak, że system faktycznie jest niedoskonały. Interpelacje zaczęły stanowić swojego rodzaju wskaźnik aktywności poselskiej, szczególnie dla backbenchers, czyli dla szeregowych parlamentarzystów niepełniących żadnych ważnych funkcji publicznych. Posłom coraz częściej zdarza się bezrefleksyjnie kierować swoje interpelacje tylko dlatego, że albo wyborcy, albo lobbyści zgłosili się do nich z jakimiś sprawami.

Kto powinien odpowiadać za weryfikację treści w zawartej interpelacji?

Przede wszystkim posłowie, którzy się pod nią podpisują. W tym celu powinni korzystać ze wsparcia swoich współpracowników, a także merytorycznego zaplecza swoich partii politycznych. Niemniej jednak to zadanie częściowo należy także do prezydium Sejmu. Ich rolą – przed wysłaniem interpelacji do danego ministerstwa – jest nie tylko zweryfikowanie pisma pod kątem formalnym. Według regulaminu Sejmu interpelacja, która nie spełnia kryteriów regulaminowych – nie odnosi się do spraw o zasadniczym charakterze i problemów związanych z polityką państwa, ale także zawiera nieprawdziwy stan faktyczny – powinna zostać pozostawiona przez prezydium Sejmu bez dalszego biegu. W opisywanym przez państwa problemie zawiedli więc nie tylko posłowie, którzy nie zweryfikowali sprawy, lecz pośrednio także władze parlamentu, które bez weryfikacji przesłały interpelację do resortu rolnictwa.

Wspominała pani o niedoskonałości całego systemu składania interpelacji. Jakie ryzyko niesie za sobą obecny jego kształt?

Sama interpelacja w konkretnej sprawie nie może wpływać na proces decyzyjny w danym ministerstwie. W tym kontekście wykorzystanie tego instrumentu np. przez lobbystów nie może być skuteczne w załatwianiu określonych spraw. Niemniej jednak ścieżka ta może służyć do stosowania pewnych wrzutek, próby budowania pewnej narracji i narzucania tematów w debacie publicznej. A to może stanowić już pewnego rodzaju niebezpieczeństwo do wywierania nacisków przez różnego rodzaju środowiska.

Sam mechanizm interpelacji jest bardzo potrzebny, szczególnie dla opozycji, która ma prawo patrzeć władzy na ręce. Należałoby jednak dołożyć większej staranności, aby weryfikować merytoryczną zawartość składanych interpelacji. To nie ulega wątpliwości. ©℗

Rozmawiał Marek Mikołajczyk
Wyścig na interpelacje / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe