Tylko jeden powiat – kartuski – zbliżył się do współczynnika dzietności, który gwarantuje prostą zastępowalność pokoleń – mówi Katarzyna Lewandowska, politolog, specjalistka ds. badań społecznych w Instytucie Pokolenia, autorka raportu „Tendencje demograficzne w powiatach”.

Co to znaczy, że w Polsce znikają powiaty?
ikona lupy />
Katarzyna Lewandowska, autorka raportu „Tendencje demograficzne w powiatach” / Materiały prasowe / fot. mat. prasowe

W niektórych powiatach stale zmniejsza się liczba mieszkańców. To głównie ściana wschodnia, gdzie dzietność jest niska, a warunki do życia słabsze, w tym wciąż wysokie bezrobocie i niskie pensje. Tam ubytki ludności w ciągu ostatnich 20 lat dochodzą nawet do 20 proc. Rosną natomiast powiaty graniczące z wielkimi miastami, tworząc wokół nich obwarzanki. Na przykład powiatowi wrocławskiemu w ostatnich 20 latach przybyło 85 proc. ludności, a poznańskiemu czy piaseczyńskiemu – ponad 60 proc.

Współczynnik dzietności w Polsce obliczony na podstawie danych z ostatniego narodowego spisu powszechnego wynosił 1,34. Żaden z powiatów nie uzyskał poziomu gwarantującego prostą zastępowalność pokoleń, czyli 2,10?

Żaden. Tylko jeden powiat, kartuski, zbliżył się do tej granicy, osiągając 2,05. Zakładamy, że wynika to z połączenia kilku czynników, zwłaszcza tradycji w regionie, gdzie zawsze rodziło się dużo dzieci, a także z położenia w województwie pomorskim, niedaleko Trójmiasta, które daje zatrudnienie.

Piszecie w raporcie, że są powiaty o krok od demograficznej przepaści. Brzmi niepokojąco.

I tak jest. W badaniu patrzyliśmy na dzietność oraz migracje w połączeniu z takimi czynnikami, jak: dostępność miejsc pracy, wysokość zarobków, poziom wykształcenia, dostęp do opieki żłobkowej, proporcje między liczbą kobiet i mężczyzn. Te „nad przepaścią” to zazwyczaj miejsca, z których ludzie uciekają. Należą do nich miasta na prawach powiatu: Konin, Chełm, Zamość, Przemyśl oraz powiaty: hrubieszowski, tomaszowski (woj. lubelskie), braniewski, siemiatycki i sejneński. Ludzie uciekają więc z miejsc położonych głównie w województwach lubelskim i podlaskim, na ścianie wschodniej. Tam właśnie zauważalny był znaczny odpływ kobiet w wieku 20–39 lat. Widzimy też, że kobiety częściej niż mężczyźni opuszczają rodzinne domy.

Z jakiego powodu?

Istnieje przeświadczenie, że jak ktoś już wyjechał do dużego miasta, to osiągnął więcej niż pokolenie jego rodziców. Powrót na stare śmieci jest postrzegany jako przegrana. Dlatego te osoby są dopingowane przez najbliższych: skoro już zdecydowałaś się na zmianę, idź dalej. Kobiety, które zdobędą wykształcenie, mają większe szanse na zatrudnienie w urzędach, w ochronie zdrowia, oświacie. A właśnie to zapewniają im większe miasta. Ponadto mieszkańcy powiatów nad przepaścią częściej pozostawali bez pracy, a pensje były na niższym poziomie niż średnia krajowa. Warto dodać, że dostępność miejsc w żłobkach była tam zwykle wysoka. To pokazuje, że zapewnienie opieki dla dzieci jako odosobniony czynnik nie jest w stanie wpłynąć na decyzję o założeniu lub powiększaniu rodziny.

Ale są powiaty, w których ludności przybywa. To m.in. miasto Kraków. 33,2 proc. dzieci do lat trzech jest tu objętych opieką żłobkową, przy średniej dla kraju 15,5 proc. Tam jest też najwięcej kobiet w wieku 20–39 lat (51,7 proc.). Jednak dzietność jest jedną z najniższych.

Pamiętajmy, że wśród osób zatrudnionych w usługach ok. 60 proc. to właśnie kobiety. One też dominują w oświacie, ochronie zdrowia i edukacji. Kraków jest traktowany jako ośrodek akademicki, miejsce do rozwoju zawodowego, ale niekoniecznie jako najlepsze miejsce do życia. To zagadnienie, które warto zgłębić zarówno pod kątem badań społecznych, jak i polityki samorządowej. Zwrócę uwagę, że mamy na mapie powiaty o odwrotnych wskaźnikach – czyli ujemnym saldzie migracji i z wysoką dzietnością. To m.in. powiaty: łukowski, rycki i radzyński (województwo lubelskie) oraz żuromiński (Mazowsze). Od Warszawy dzieli je ok. 130–180 km.

Dystans ma znaczenie?

Odległość jest na tyle duża, że ludzie, którzy znaleźli pracę w stolicy, nie wracają każdego dnia do domu rodzinnego, tylko na weekendy i święta. Jednak ich dzieci pozostają w rodzinnych miejscowościach. To powiaty, w których dzietność zwykle jest na wyższym niż średnia poziomie, ale zadziałała magia przyciągania miasta w kontrze do mało ciekawej lokalnej oferty zatrudnienia.

Z innych badań, które opracowujemy, wynika, że to regiony, w których dobrze przyjęła się praca zdalna. Mamy więc potwierdzenie: ludzie chętniej podejmują decyzję o powrocie w rodzinne strony i życie tam, jeśli mogą pracować z domu.

Bo choć bezrobocie zazwyczaj pozostawało tam niskie, to niskie były także pensje. Praca zdalna pozwala na wzrost wynagrodzenia. Z naszych badań wynika też, że opieka nad dziećmi do lat trzech ma tam charakter rodzinny, przy skromnym wsparciu instytucji.

Jak w takim razie rozumieć to, co np. ma miejsce w powiecie lubińskim? Pensje brutto są jednymi z najwyższych w Polsce. Liczba kobiet i mężczyzn w wieku 20–39 lat jest na zbliżonym poziomie. A współczynnik dzietności pozostaje na poziomie 1,48.

To specyficzny obszar, gdzie dominuje przemysł wydobywczy, w którym zatrudnienie łatwiej znajdą mężczyźni. Widzimy też, że z samego Lubina ludzie wyjeżdżają, a gminy dookoła coraz prężniej się rozwijają. Powiat jest bogaty, wprowadził wiele udogodnień dla rodzin (m.in. bezpłatne wejścia do instytucji kultury), jest też rozbudowana infrastruktura żłobkowa. Widać więc, że nie ma prostych recept na niską dzietność. Weźmy np. Sopot. Współczynnik dzietności wynosi tam ledwie 0,91. Mimo niskiego bezrobocia, wysokiego poziomu wykształcenia, wysokich zarobków oraz dużej liczby miejsc w żłobkach. Jednocześnie jednak to miasto o najwyższym udziale w populacji osób w wieku 65–69 lat.

Co więc nie poszło?

Znaczenie mają wysokie ceny nieruchomości oraz sąsiedztwo Gdańska, który ma większe możliwości rozwojowe (także dotyczące budowy mieszkań). Sopot ma także mocno uzdrowiskowo-turystyczny charakter, co niekoniecznie służy samym mieszkańcom. Potwierdzeniem tej tezy jest przypadek powiatu tatrzańskiego, który choć mocno osadzony w tradycji, ma współczynnik dzietności na poziomie 1,43.

Na drugim biegunie są powiaty, o których wspomniała pani, że pęcznieją, i to szybko. To tylko sypialnie wielkich miast?

W zasadzie tak. To powiaty wrocławski, grodziski, poznański, bielski, piaseczyński, wołomiński, kartuski, pucki, wejherowski, średzki i miński. Liczba kobiet i mężczyzn w wieku 20–39 lat jest tam raczej równa. To miejsca najczęściej wybierane przez osoby, które chcą założyć lub powiększyć rodzinę. Dla nich korzystniejsze finansowo jest kupienie domu z dala od centrum. Decydują się na to, choć oznacza to konieczność dojazdów i innych kosztów. Na przykład w powiecie grodziskim opieką żłobkową objętych jest tylko 16 proc. dzieci do lat trzech, w wołomińskim – ok. 11 proc. Ponieważ jednak na życie tam decydują się przeważnie osoby dobrze zarabiające, kwestie dojazdów i opieki nad dziećmi biorą na siebie.

Jak wielkie wyzwanie dla przyszłych rządzących będą stanowiły te dysproporcje? Może trzeba się pogodzić z myślą, że część Polski po prostu się wyludni?

Raport mówi o tym, jak jest. To, jak będzie, zależy w dużej mierze od samorządów. One mają najlepsze rozpoznanie lokalne potrzeb. Powiatom najbardziej dziś wyludnionym, uboższym ciężko będzie stworzyć ofertę atrakcyjną dla młodych. Tam zmiany zaszły tak daleko, że w ciągu kilku lat nie uda się odwrócić niekorzystnego trendu. Nie uciekniemy od zmiany polityk lokalnych w zakresie m.in. edukacji, dostępu do ochrony zdrowia czy wsparcia dla seniorów. ©℗

ikona lupy />
Powiaty o najwyższych i najniższych współczynnikach migracji i dzietności / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Rozmawiała: Paulina Nowosielska