Niepoczytalność w prawie karnym oznacza, że choć dana osoba faktycznie dopuściła się czynu zabronionego, nie można przypisać jej winy w sensie prawnym. Nie oznacza to jednak bezkarności. Sprawca nie trafia do więzienia, lecz do izolacji połączonej z leczeniem, najczęściej w zakładzie psychiatrii sądowej. – Niepoczytalny nie popełnia przestępstwa, ale podlega regulacjom prawnym, które mają chronić społeczeństwo – wyjaśnia prof. Heitzman, cytowany przez Gazetę.pl. Izolacja nie ma z góry określonego czasu. Może trwać latami, a nawet do końca życia, jeśli zagrożenie nie ustąpi.

Takie orzeczenie sądu zapadło w przypadku brutalnego mordu na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie 22-letni student prawa zaatakował siekierą 53-letnią portierkę. Kobieta zmarła na miejscu. Interweniujący pracownik Straży UW został ciężko ranny. W poniedziałek (9 lutego 2026 roku) Prokuratura Pkręgowa w Warszawie poinformowała, że Mieszko R., podejrzany o morderstwo na Uniwersytecie Warszawskim, został uznany za niepoczytalnego.

"Pozostawanie podejrzanego na wolności z dużym prawdopodobieństwem grozi ponownym popełnieniem przez niego czynu zabronionego o znacznej społecznej szkodliwości, związanego z jego chorobą psychiczną. Aby temu zapobiec wymaga on bezwzględnego pobytu i leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym" - przekazali śledczy w komunikacie.

Pełnomocnicy bliskich zamordowanej kobiety przekazali Gazecie.pl, że "rodzina zna wnioski opinii biegłych, wskazujące na niepoczytalność sprawcy w chwili czynu i ich uzasadnienie". "Dla rodziny zmarłej priorytetem jest, aby ostateczne ustalenia w tym zakresie były całkowicie pewne, kategoryczne i niewątpliwe. Jest to niezbędne dla poczucia sprawiedliwości oraz społecznego bezpieczeństwa" — brzmi oświadczenie, z którego wyczytać można też, że opinia dotycząca Mieszka R. "jest poddawana analizie z udziałem niezależnych specjalistów z zakresu psychiatrii i psychologii".

„Z dziadkiem była zabawa”. Zabójstwo na warszawskiej Woli

31 stycznia 2019 roku policjanci zostali wezwani do jednego z bloków na warszawskiej Woli. Na klatce schodowej czekał na nich 19-letni Maksymilian. – To po mnie idziecie – powiedział, zanim jeszcze padły jakiekolwiek pytania. Kilka dni wcześniej zamieszkał u dziadków na prośbę matki, która liczyła, że po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego chłopak odzyska spokój. Wyszedł mimo urojeń i niepokojących zachowań - informuje Gazeta.pl.

Gdy babcia wróciła do mieszkania z córką, wnuczek zaprowadził ją pod drzwi pokoju dziadka. – Radzę tam nie wchodzić, bo go właśnie zadźgałem i leży we krwi – powiedział. Policja zabezpieczyła nóż o ostrzu długości 7,5 cm. Maksymilian nie zaprzeczał, opisywał wszystko ze szczegółami. – Zobaczyłem dziadka, który siedział na łóżku, i go zadźgałem. Nóż wziąłem z kuchni – relacjonował. Mówił, że dźgał w plecy i klatkę piersiową, dusił poduszką, klęczał na szyi ofiary, a na końcu wbił nóż w oko. Twierdził, że „z dziadkiem była zabawa”, a po wszystkim czekał, aż „się wykrwawi”.

Choć jego wyjaśnienia były logiczne, biegli stwierdzili zespół paranoidalny i realne zagrożenie, że może zabić ponownie. Śledztwo umorzono, a 19-latek trafił do izolacji, w której przebywa do dziś.

„Abba, Ojcze” na plebanii

Wiosną 2019 roku w parafii św. Augustyna na warszawskim Muranowie doszło do brutalnego ataku. Jan B., znany z wcześniejszych problemów psychicznych, pojawił się w kościele po długiej przerwie. Księdza Łukasza zaniepokoił jego wygląd – krótkie spodenki przy kilku stopniach Celsjusza. Kilka godzin później duchowny usłyszał hałas na plebanii. Zobaczył Jana B., który szarpał i okładał zakrwawionego mężczyznę.

Gdy próbował interweniować, sam został uderzony. Policjanci zatrzymali napastnika przed kościołem. – Idźcie tam, jeszcze da się go uratować! – krzyczał. Ofiara, 65-letni Marek, zmarła w szpitalu z powodu zmiażdżonej głowy. Jan B. po zatrzymaniu trafił w stanie śpiączki farmakologicznej do szpitala. Gdy się wybudził, na zarzuty reagował słowami „Abba, Ojcze!”, po czym twierdził, że nic nie pamięta i że został otruty.

Biegli uznali go za chorego psychicznie, z zespołem paranoidalnym i uzależnieniem od narkotyków. Dodatkowo doszło do trwałego uszkodzenia mózgu. Eksperci byli zgodni: mężczyzna stanowi zagrożenie. Od czterech lat przebywa w izolacji.

„Zabiłem manekina”. Zbrodnia na Długosza

20 lutego 2016 roku Krzysztof S. wyszedł z rodzinnego mieszkania po urodzinach matki i pojechał do swojej partnerki Anny. Nad ranem wrócił roztrzęsiony i powiedział matce, że „obciął głowę jakiejś babie”. Rodzina zaprowadziła go na policję. Na klatce schodowej bloku przy ulicy Długosza leżała ludzka głowa, a w mieszkaniu ciało Anny. Przed śmiercią była brutalnie bita.

Świadkowie widzieli Krzysztofa biegającego po klatce w samej bieliźnie, z nożem i „jakąś peruką” w ręku. Krzyczał, że „obciął głowę manekinowi”. Biegli uznali, że nie był chory psychicznie, ale w stanie upojenia alkoholowego doznał psychozy z omamami. W chwili zbrodni był niepoczytalny i trafił do leczenia.

Rodzinna tragedia na Walcowniczej

W październiku 2017 roku spokojną ulicę Walcowniczą w Warszawie sparaliżowały policyjne radiowozy. 25-letni Mateusz G. podczas kłótni chwycił dwa noże i zaatakował ojca, a potem matkę. Kobieta wybiegła na taras, gdzie straciła przytomność i wykrwawiła się przed przyjazdem pogotowia. Ojciec zginął na miejscu. Mateusz został zatrzymany z nożami w rękach. Nie składał wyjaśnień. Biegli rozpoznali u niego schizoidalne zaburzenia osobowości i skłonność do psychoz. Od lat przebywa w zakładzie psychiatrycznym.

Siekiera, ciąża i zamknięte drzwi

18 września 2019 roku w Lisowie pod Radomiem Paweł, zawodowy żołnierz, zaprowadził siedmioletniego syna do sąsiadki, mówiąc, że chce porozmawiać z żoną. Wrócił po dziecko spokojny i oznajmił: „zrobiłem, co trzeba było”. Anita, będąca w zaawansowanej ciąży, została brutalnie zaatakowana siekierą. Mąż zamknął drzwi na klucz. Kobieta przeżyła, dziecko w jej łonie nie. Biegli uznali Pawła za niepoczytalnego. Trafił do psychiatrii sądowej, a Anita po miesiącach śpiączki i rehabilitacji częściowo odzyskała sprawność.

Statystyki, które burzą intuicję

Choć brutalne zbrodnie budzą przekonanie, że ich sprawcy muszą być chorzy psychicznie, statystyki są inne. Tylko dwóch na 100 badanych sprawców ma całkowicie zniesioną poczytalność. U około 20 proc. jest ona ograniczona. Reszta doskonale wie, co robi. – Wiedzą, że zabijać nie wolno. Wiedzą, że czeka ich kara. A mimo to sięgają po nóż – podkreślają eksperci.

Niepoczytalność budzi sprzeciw rodzin ofiar i społeczne poczucie niesprawiedliwości. Prof. Heitzman nie ma jednak wątpliwości: udawanie choroby jest praktycznie niemożliwe, a doświadczeni biegli potrafią wychwycić każdą próbę manipulacji.

Źródła:

  • Gazeta.pl
  • Akta spraw karnych
  • Wypowiedzi biegłego psychiatry prof. Janusza Heitzmana
  • Materiały prokuratorskie i sądowe