Rzecz w tym, że broniąc się przed zagrożeniem, prezydent Miszalski sięgnął po broń, której używania usiłowano najpierw w ustawie zabronić, a następnie cichcem jednak zdecydowano się zezwolenie na nią przywrócić. Chodzi o tak zwane gazetki burmistrzów, czyli media wydawane przez samorządy, służące w założeniu do przekazywania informacji o ich działalności, a w praktyce do betonowania władzy tak zwanych włodarzy.
Tak zwane gazetki burmistrzów. Jaki jest z nimi problem?
Prezydent Krakowa postanowił mianowicie radykalnie zwiększyć nakłady na wydawanie swojej gazetki, promującej osiągnięcia władz miasta. Gazetka jest oczywiście darmowa dla odbiorców, co nie znaczy, że jest darmowa dla mieszkańców, bo za to, że zostaną przekonani do polityki prowadzonej przez pana prezydenta, zapłacą oni ze swoich podatków. Ogólny koszt, zapewne wraz z dystrybucją do domów, ma – według doniesień medialnych – wynieść ponad półtora miliona złotych, zaś nakład przekroczy 200 tysięcy. Malkontenci z komitetu referendalnego narzekają, że tak zadłużone miasto, jak Kraków, nie powinno wydawać pieniędzy w ten sposób, ale wypada się z nimi nie zgodzić, bo promowanie prawdziwych osiągnięć warte jest każdych pieniędzy. W dodatku jeszcze takich osiągnięć, których na pierwszy rzut oka nie widać i trzeba o nich dopiero napisać w gazetce, aby mieszkaniec pojął, co dlań „włodarze” zrobili.
Ale to, co zrobił Miszalski ze swoją ekipą, jest klasycznym i jaskrawym przykładem politycznej korupcji dokonywanej w dodatku za pieniądze delikwentów, którymi się rządzi. Właściwie to w gruncie rzeczy nic takiego, w końcu cóż innego robił wiceprzewodniczący poprzedniej Komisji Europejskiej Frans Timmermans, gdy płacił ekologicznym fundacjom za wspieranie swojego stanowiska, dzięki czemu inicjatywy odgórne zamieniły się miejscami z inicjatywami oddolnymi, w niczym nie tracąc na swej autentyczności.
Jednak problem z „gazetkami burmistrzów” nie polega tylko na tym, że za pieniądze swoich wyborców kupują sobie ich głosy. Przy okazji bowiem wykańczają oni autentyczną lokalną prasę. Dzieje się tak z dwóch zasadniczych przyczyn. Po pierwsze, gazetki te są darmowe i zawierają pomieszane ze sobą informacje o działalności samorządu oraz teksty i fotografie promujące jego władze i przedstawiające je wyłącznie w korzystnym świetle. Więc jak już ktoś weźmie do ręki taką gazetkę, to nie ma motywacji, by kupić gazetę wydawaną prywatnie, za którą często trzeba zapłacić. Po drugie zaś te samorządowe wyroby gazetopodobne często zawierają reklamy, psując tym samym rynek i nieuczciwie konkurując z lokalnymi wydawcami. Czemu nieuczciwie? Ano temu, że wydawca za pieniądze z reklam i sprzedaży egzemplarzowej (o ile ją prowadzi, bo gdy konkurencja jest bezpłatna, bywa zmuszony do rozdawania) musi opłacić wszystkie swoje koszty. A burmistrz czy prezydent wydający swoją gazetkę? On po prostu zapłaci za koszty z pieniędzy z budżetu miasta czy gminy.
Wyroby gazetopodobne nieuczciwie konkurujące z prasą lokalną
Efektem tej polityki jest zanik prasy lokalnej, której stowarzyszenie zrzesza obecnie zaledwie 59 członków. Natomiast „rynek” gazet samorządowych kwitnie i obecnie liczy około 800 tytułów. Ta ostatnia liczba pochodzi z ministerialnego uzasadnienia zmian w ustawie medialnej sprzed pół roku, gdy jeszcze Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego planowało wprowadzenie zakazu wydawania gazet przez samorządy. Potem politycy wytłumaczyli kierownictwu ministerstwa, że podąża ono złą drogą, bo nie można kolegom wytrącać z ręki jednego z potężnych narzędzi, dzięki któremu będą mogli przedłużyć swoją władzę i wpływ rządzącego w samorządach partyjnego układu na następną kadencję.
Protestowały w tej sprawie organizacje branżowe, jak Izba Wydawców Prasy czy stowarzyszenia dziennikarskie, ale w ogólnym zgiełku ich głosik „cieńszy od pisku”. I oto nagle pojawił się Aleksander Miszalski ze swoją gazetką, której nakład zwiększa akurat w momencie, gdy pojawia się inicjatywa referendum i trzeba „dać odpór”. Wypada mu serdecznie podziękować, bo w ten sposób nawet ślepy dostrzeże, do czego taka gazetka służy. I być może nawet poseł rządzącej koalicji zechce się zastanowić, czy ma ochotę firmować taki rympał.