Prezydent Karol Nawrocki ma do wtorku czas na decyzję w sprawie ustawy budżetowej, jednak w związku z wylotem na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos spodziewano się, że może ogłosić ją w poniedziałek. Do momentu publikacji tego artykułu to nie nastąpiło, ale komunikaty płynące z Pałacu Prezydenckiego wskazują na to, że głowa państwa nie jest zadowolona z ustawy budżetowej. Nasi rozmówcy z koalicji spodziewali się jej odesłania do Trybunału Konstytucyjnego.
Prezydent zapowiadał, że zachowa się w taki sposób, „by Rzeczpospolita Polska mogła funkcjonować”. Nie krył jednak, że ustawa budzi jego obawy. – Mam wiele zastrzeżeń do polskiego budżetu i do pracy rządu w zakresie finansów publicznych. Dużo żalu mam do ministra finansów, że zaniedbał kwestie budżetowe – mówił. Jeszcze ostrzej wypowiadał się szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki. „Fatalny budżet z otchłanią deficytu. Tam, gdzie prezydent Karol Nawrocki może działać, robi wszystko, by chronić interes Polski i interes Polaków. Ale w przypadku ustawy budżetowej konstytucja nie daje prezydentowi prawa weta. Nie może odmówić jej podpisania – nawet jeśli budżet jest zły, fatalny i groźny dla finansów państwa” – napisał Bogucki w serwisie X, dodając, że „budżet uderza w instytucje niezależne od rządu Donalda Tuska, odbierając im środki i próbując je podporządkować”.
Najważniejsze punkty sporu o budżet
Punktem zapalnym w relacjach Pałacu Prezydenckiego z Ministerstwem Finansów stało się rekordowe zadłużenie i – jak ustaliła Wirtualna Polska – metodologia jego obliczania. Eksperci prezydenccy podkreślali, że o ile dług liczony metodą krajową nie przekracza progów ostrożnościowych, to już według metodologii unijnej, obejmującej fundusze pozabudżetowe, ma on w 2026 r. osiągnąć 66,2 proc. PKB. Według obliczeń metodą krajową ma zaś wzrosnąć z przewidzianych na ten rok 48,9 proc. do 53,8 proc. Dla prezydenta to gotowy akt oskarżenia. Pałac przekonuje, że rząd, forsując budżet z „otchłanią deficytu”, taranuje barierę z art. 216 konstytucji. Chodzi o limit 60 proc. zadłużenia w relacji do PKB, którego przekroczenie jest niedopuszczalne. W ten sposób techniczny spór o metodę księgowania długu staje się dla prezydenta lewarem do kontestacji budżetu.
Osobny front dotyczył tzw. budżetów autonomicznych, czyli instytucji, które cieszą się finansową niezależnością. Nawrocki, idąc śladem Andrzeja Dudy, zarzuca rządowi, że wykorzystuje on ustawę budżetową jako instrument politycznego nacisku, przycinając fundusze na funkcjonowanie organów niezależnych od władzy wykonawczej. Pałac mówi o próbie „zagłodzenia instytucji, które stoją na straży praworządności”. Chodziło o znaczne uszczuplenie wydatków na Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa i Instytut Pamięci Narodowej. Według ekspertów prezydenta skala tych cięć wykraczała poza zwykłe szukanie oszczędności i uniemożliwiłaby tym organom wykonywanie ich zadań konstytucyjnych.
Ciosem dla prezydenta była też drastyczna redukcja funduszy IPN, którym wcześniej kierował. Instytut wnioskował o niemal 693 mln zł, a parlament przyznał mu jedynie 600 mln zł. To spadek o ponad 90 mln zł względem oczekiwań, co w praktyce oznacza podwyżkę o 3 proc., ledwie pokrywającą inflację. Podobny los spotkał TK i KRS. Choć Trybunał otrzyma budżet wyższy niż w 2025 r., to poprawki Senatu odebrały mu 9 mln zł z pierwotnie planowanej kwoty. KRS dostanie o 7,6 mln zł mniej, niż wnioskowała. Z perspektywy rządu ograniczanie środków dla TK ze względu na obecność tzw. sędziów dublerów czy dla KRS, zdominowanej przez tzw. neosędziów, to forma odebrania przywilejów organom, które utraciły mandat konstytucyjny.
Linia obrony Ministerstwa Finansów
W sprawie deficytu MF dysponuje silną linią obrony. Resort może argumentować, że art. 216 konstytucji oprócz limitu zadłużenia wyznacza też sposób obliczania jego wartości. Zgodnie z ustawą o finansach publicznych do długu nie wlicza się zobowiązań zaciąganych przez fundusze w Banku Gospodarstwa Krajowego czy Polskim Funduszu Rozwoju, co oznacza, że z punktu widzenia prawa konstytucyjny limit nie został naruszony. W tej interpretacji, dopóki dług mieści się w krajowych definicjach, zarzuty o „unijnym przekroczeniu” limitu są tylko opinią ekonomiczną. Resort może też wykazywać, że wskaźnik 66,2 proc. długu według metodologii unijnej jest projekcją, a nie faktem dokonanym.
Prezydent, poza podpisaniem ustawy bez zastrzeżeń, mógł też nie złożyć pod nią podpisu i skierować ją w trybie prewencyjnym do TK, co zmusiłoby rząd do operowania w ramach prowizorium budżetowego. Inną możliwością było podpisanie ustawy i wysłanie jej w całości bądź w części do Trybunału w trybie kontroli następczej. W tym ostatnim wypadku zakwestionowane punkty pozostałyby w mocy do wyroku. Gdyby TK wydał wyrok stwierdzający niekonstytucyjność części zapisów, nie unieważniłby całego budżetu, ale wymusił jego nowelizację. Byłaby to operacja trudna, wymagająca znalezienia nowych oszczędności lub zmiany struktury wydatków w trakcie roku budżetowego.
Ze względu na sytuację kadrową TK sytuacja skomplikowałaby się jeszcze bardziej. Chodzi o przepisy regulujące pracę sędziów Trybunału. Ustawa o TK przewiduje, że wnioski prezydenta muszą być rozpatrywane w pełnym składzie. Problem w tym, że do jego sformowania potrzeba co najmniej 11 sędziów, a obecnie jest ich tam zaledwie dziewięciu. W praktyce wniosek Nawrockiego mógłby trafić do zamrażarki na długie miesiące. Dla resortu Andrzeja Domańskiego byłaby to komfortowa sytuacja; budżet byłby realizowany, podwyżki wypłacone, a zarzuty o łamanie konstytucji pozostałyby retorycznym argumentem bez mocy sprawczej.