W większości polskich ogrodów, nawet tych, gdzie rośnie jeszcze coś poza aroganckimi tujami, chochoły już dawno zastąpiono agrowłókniną, którą otula się krzewy; w publicystyce polskiej mają się one jednak doskonale. Chochoły, czyli polski wariant straw man argument, chwytu retorycznego, opisanego już przez dobrego Artura Schopenhauera. Ze słomianym manekinem łatwo fechtować: rychło się rozsypie, a triumfator zatańczy wśród świetlistych kolumn kurzu.
Inna rzecz, że w publicystyce chochoły odrastają niczym głowy hydry; kto nigdy nie ułatwił sobie dyskusji, stosując sofizmat rozszerzenia? W ostatnich tygodniach rzuca się jednak w oczy chochoł rozmiarów Burning Mana. Jest nim opowieść o „polskiej prawicy”, która jakoby jednogłośnie „wychwala” wszystkie posunięcia Donalda Trumpa i jego administracji, od demontażu NATO po otwieranie ognia do demonstrantów. Nie jest to ton nowy, w ostatnich tygodniach jednak brzmi on donioślejszą nutą, ot, choćby w dłuższym szkicu Galopującego Majora (Łukasza Hassliebe) na łamach Krytyki Politycznej.
Major galopuje na chochoła
Nie brak w tym tekście żadnego bodaj z groteskowych, chybionych lub niebezpiecznych posunięć władz USA w ostatnich miesiącach: od zakazu wjazdu za memy w telefonie po podejrzane deale z rosyjskim biznesem, matactwa w sprawie Epsteina czy strzały w Minneapolis. Wszystkie te działania są, jak się okazuje, „po prostu ekstatycznie wychwalane przez polską (…) prawicę”. Major Hassliebe wzdycha przy tym rycersko – trochę podobnie jak publicyści „Gazety Wyborczej”, wspominający dziś z wielkim uznaniem politykę Lecha Kaczyńskiego wobec Rosji – za dawnymi czasami, kiedy to, jak się dowiadujemy, „polska prawica (…) pełna była ludzi, którzy nie dorośli do spełniania jej wyśrubowanych norm moralnych i ideologicznych. (…) Ale wszystko to było odstępstwem od pewnego wzorca moralnych zachowań”.
Mam wrażenie, że w tekście Majora zupełnie nie o Trumpa idzie, lecz o tę nieszczęsną „polską prawicę”, która „kiedyś tak wrażliwa na dziedzictwo cnoty, dziś sama się jej całkowicie pozbawiła”. Może tak. Z jak jednak cienkich słomek upleciony jest ów chochoł! W całym tekście Galopującego Majora nie pojawia się ani jedno nazwisko entuzjasty przyjaźni Trumpa z Epsteinem czy uniewinniania agentów ICE bez procesu.
Kim są ci prawicowi entuzjaści Trumpa? Nazwiska!
Poruszony rycerskością Majora, chwalącego dawne wzorce moralne prawicy, chętnie wyjdę mu naprzeciw: tak, nietrudno znaleźć w Polsce „trumpoentuzjastycznych” posłów PiS (na czele z Dominikiem Tarczyńskim), publicystów pokroju Łukasza Warzechy czy Wojciecha Cejrowskiego, wreszcie celebrytów, w tym stanowiącej, jak rozumiem, ważny punkt odniesienia dla Krytyki Politycznej Joanny Krupy (nawet z jej ust nie słyszałem jednak chyba pochwały zabójstwa działaczki Renee Good). Pytanie tylko, na ile zasadne jest określanie tego ekscentrycznego zbioru mianem „polskiej prawicy”.
Chyba umiarkowanie. Felieton mój nie jest, oczywiście, analizą medioznawczą. Śledząc jednak wypowiedzi zarówno liderów PiS, jak całej palety zajmujących mnie i wpływowych publicystów prawicy (kilka tylko nazwisk w aroganckim porządku alfabetycznym: Budzisz, Cichocki, Kita, Pilawa, Romaszewska, Semka, Skwieciński, Zaremba), nie znalazłem tam ani jednej pochwały wyżej wspomnianych wydarzeń w Stanach Zjednoczonych: za to, owszem, niemało pogłębionej, krytycznej refleksji o działaniach USA na scenie międzynarodowej.
Oczywiście, można upleść sobie „polską prawicę” z kilku szurów, trolli i atencjuszy, podobnie jak „polską lewicę” z Jasia Kapeli, Krzysztofa Skiby, Joanny Szczepkowskiej i płk. Mazguły: ile jednak warte są takie słomiane warkocze?