Kiedy w 2020 roku pisowska atrapa Trybunału Konstytucyjnego zaatakowała kobiety, a konkretnie resztkę ich prawa do własnego ciała, Polska się zagotowała. I słusznie ze wszech miar. Bo chodziło nie tylko o godność i prawa połowy społeczeństwa, lecz także o przyszłość Polski i Polaków.
Kryzys demograficzny w Polsce. Jakie są jego przyczyny?
Polska się zwija. W 2024 r. ubyło prawie 150 tys. mieszkańców. O tyle więcej było pogrzebów niż porodów. W 2025 r. było jeszcze gorzej, ale jeszcze nie wiadomo, o ile dokładnie. Choć przecież rządy i samorządy od lat zwiększają wydatki mające zachęcać do rodzenia dzieci.
Koszty są gigantyczne. 800+, babciowe, becikowe, urlopy rodzicielskie, lokalnie darmowe lub półdarmowe przedszkola i żłobki, coroczna wyprawka szkolna, darmowe podręczniki, ulgi dla „dużych rodzin”, pracownicza ochrona ciężarnych. Na pewno coś jeszcze pominąłem. To wszystko jest potrzebne i dobre, ale nie rozwiązuje problemu. Bo przyczyny katastrofy demograficznej są nie tylko materialne. Kluczowe są zmiany kulturowe i cywilizacyjne, których nie chcielibyśmy cofnąć. Ale poza zawsze niewystarczającym dosypywaniem kasy i mnożeniem różnych udogodnień, które łagodzą problem, skłonność do posiadania dzieci można zwiększać, poprawiając poczucie bezpieczeństwa i obniżając egzystencjalną niepewność. A po dwóch latach sprawowania władzy Donald Tusk postanowił poczucie bezpieczeństwa potencjalnych matek osłabić, zaś niepewność wzmocnić.
Porodówki na SOR-ach. Czy ktoś tu oszalał?
Najpierw nowa ministra zdrowia, którą premier wyciągnął z Trójmiasta, z jakiegoś diabelskiego podszeptu postanowiła skierować rodzące kobiety na SOR-y, czyli do samego piekła polskiej służby zdrowia. Słusznie lub niesłusznie, poza aresztami nie ma w systemie publicznym instytucji cieszących się gorszą sławą. Nie przypominam sobie takiego miesiąca, kiedy opinii publicznej nie bulwersowały niepotrzebne cierpienia lub zgony w kolejkach i korytarzach SOR-ów. Jeżeli premierowi chodziło o to, żeby młode kobiety jeszcze bardziej przerazić wizją ewentualnego porodu i zniechęcić je do zachodzenia w ciążę, to trudno o lepszy pomysł. Ale jeśli taki jest cel rządu Tuska – to po cholerę pakuje miliardy w babciowe etc.
Potem sam Donald Tusk spektakularnie uwalił drugi już projekt cywilizujący polski rynek pracy, na którym młode kobiety – potencjalne matki – zatrudniane na umowach o dzieło nie mają zapewnionej publicznej służby zdrowia, urlopów ani żadnej gwarancji zatrudnienia. Czyli nie mają tego minimum poczucia bezpieczeństwa, które jest potrzebne, by rozsądnie zdecydować się na macierzyństwo.
Jeżeli chodziło o to, by rodziło się jeszcze mniej dzieci, to premier znów dał radę. Ale jeśli tak, to po co pakuje budżetowe środki w „politykę rodzinną”, której cel sam później tak spektakularnie i skutecznie sabotuje?
Strajk Kobiet znany jest z ostrego języka. Nazwanie „szaleństwem” polityki demokratycznego rządu tę reputację umacnia. Ale to nie jest przesada. Bo jeśli nie jest szalone beztroskie rujnowanie czegoś, co się przez lata wielkim kosztem buduje (w tym przypadku warunków sprzyjających rodzeniu się dzieci), to co właściwie byłoby szaleństwem?