Gwiazdą niedawnego „Sylwestra z Dwójką”, wielkiego show zorganizowanego w katowickim Spodku przez Telewizję Polską w likwidacji, był Sting. Portal X zaroił się więc od entuzjastycznych wpisów. Wiadomo, dawny lider zespołu The Police to gwiazda światowego formatu, więc ściągnięcie go na imprezę sylwestrową do Polski uznano za olbrzymi sukces.

Wśród autorów laurek dla TVP nie zabrakło polityków koalicji „uśmiechu” i jej zwolenników. Wykorzystali oni wydarzenie, żeby zakomunikować, jak to za obecnej władzy telewizja publiczna kwitnie – w przeciwieństwie do czasów, w których Polską władali przaśni pisowcy, tych bowiem stać było tylko na serwowanie widzom disco polo. Do tego jeszcze warto dodać, że Sting znany jest z tego, że upomina się o demokrację, prawa człowieka, pokój. Z punktu widzenia ludzi nowoczesnych i postępowych stoi po jasnej stronie mocy. Zatem sprowadzenie kogoś takiego do Polski miało również wymiar polityczny.

 Rosjanie kochają swoje dzieci i będą chcieli uchronić je przed zagładą atomową. Czyżby?

W Katowicach Sting wykonał kilka swoich utworów. Ale zabrakło słynnej piosenki – „Russians”. Pomyślałem, że warto ją przypomnieć. Została nagrana w roku 1985 i stanowiła komentarz do lęków epoki zimnej wojny, kiedy po obu stronach żelaznej kurtyny krążyły scenariusze konfliktu atomowego. Utwór Stinga w warstwie muzycznej zaskakuje słuchacza patosem i nawiązuje do fragmentu suity „Porucznik Kiże” rosyjskiego kompozytora Siergieja Prokofiewa. Tekst piosenki zaś można streścić następująco: na Zachodzie z powodu zagrożenia sowieckiego narasta poczucie histerii. Prowadzi ono jednak donikąd. Nie ma konfrontacji zbrojnej, którą można wygrać. A przecież niezależnie od wszelkich ideologii, ludzie na Zachodzie i na Wschodzie są biologicznie tacy sami. Wszędzie na świat przychodzi potomstwo. Jest więc nadzieja, że Rosjanie kochają swoje dzieci i będą chcieli uchronić je przed zagładą atomową.

Jaka szkoda, że w katowickim Spodku Sting nie zaśpiewał tego naiwniutkiego, pacyfistycznego protest songu. Całość politycznego wizerunku artysty zostałaby bowiem dopełniona, choć co bardziej świadoma część osób oglądających „Sylwestra z Dwójką” mogłaby być skonsternowana. „Russians” to przecież piosenka bardzo aktualna, której Sting się nie wypiera. Uświadamia nam ona, że „pożyteczni idioci” wśród twórców kultury Zachodu nie są pieśnią przeszłości. Po okresie złudnego „końca historii” znów żyjemy w burzliwej epoce, z tą różnicą, że teraz – inaczej niż w trakcie zimnej wojny – miasta są bombardowane nie gdzieś w Trzecim Świecie, lecz w Europie – tuż za wschodnią granicą Polski.

Dziś hasła pacyfistyczne powtarza nie tylko lewica, ale też prawica. Choćby Viktor Orbán

I tu warto poczynić jeszcze jedno istotne spostrzeżenie. Podczas zimnej wojny pacyfizm był na Zachodzie domeną lewicy. Dziś w państwach zachodnich (włącznie z członkami NATO i UE należącymi niegdyś do bloku wschodniego) występuje on jednak już ponad podziałami politycznymi. Viktor Orbán jest politykiem prawicowym, a mawia, że jedyną drogą do tego, żeby nie było rozlewu krwi w relacjach rosyjsko-ukraińskich, jest zawarcie pokoju za wszelką cenę. Nie oceniam polityki zagranicznej premiera Węgier, rozumiem, że państwo to ma inne interesy niż Polska, ale ta retoryka zakrawa mi na demagogię. Wynika z niej bowiem, że ci, którzy optują za asertywnością Zachodu w stosunku do Kremla, chcą, żeby nadal ginęli ludzie. To bałamutne stawianie sprawy.

Rosjanie są – tu Sting ma rację – biologicznie takimi samymi ludźmi jak Polacy, Francuzi, Amerykanie. Jeśli jednak chodzi o mentalność, politycy rosyjscy różnią się od polityków państw zachodnich. Pojednawcze opowiastki – takie jak utwór Stinga – odbierają jako przejaw słabości Zachodu. Ustępują tylko wobec realnej siły. I z tego warto wyciągać wnioski.